rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Zapewne większość ludzi nie ma emocjonalnego podejścia do tematu, w jakim wieku dzieci powinny rozpocząć edukację szkolną. Z pewnością jednak obojętne podejście nie dotyczy rodziców dzieci urodzonych w rocznikach 2007 i 2008. Nie dotyczy też tych, którym choć troszkę zależy na tym, aby zmiany w naszym - skądinąd fajnym - zakątku ziemi, przeprowadzane były z jako taką starannością.

Z tymi właśnie osobami chcę się podzielić osobistymi doświadczeniami. Dla porządku muszę zaznaczyć, że to właśnie OSOBISTE spostrzeżenia, które nie są związane z moim zawodem. Proszę tego nie czytać, jako wynurzenia zastępcy redaktora naczelnego portalu Money.pl, nie traktować jako jakiejś dziennikarskiej prowokacji, tylko po prostu są to wynurzenia rodzica.

Po co zatem prowokacyjny tytuł ze słowem powszechnie uważanym za obelżywe? Nie dla reklamy, nie dla zaciekawienia, tylko naprawdę jestem wkurwiony. Gdybym był zdezorientowany, zagubiony, zniesmaczony, to bym inaczej nazwał swoje emocje. Tymczasem używam słów adekwatnych do stanu, w jakim się znajduję.

Od początku: nie chcę rozstrzygać dylematu, w jakim wieku dzieci powinny pójść do szkoły. Nie dysponuję odpowiednim aparatem poznawczym, jak profesorowie, doktorzy i inni mądrzy ludzie, aby z nimi dyskutować. Skoro oni są podzieleni i nie są w stanie dojść do wspólnego wniosku, co jest dobre dla dzieci, to tym bardziej ja nie jestem w stanie rozstrzygnąć tego sporu. Nawet nie chcę próbować. Rzecz jest w czymś innym.

Mianowicie w tym, na jakie dylematy reforma szkolnictwa skazała rodziców. Gdy mój starszy syn chodził do żłobka, do I czy II grupy przedszkolnej, wydawało mi się, że nie ma to tak dużego znaczenia, czy pójdzie do szkoły rok wcześniej, czy w wieku 7 lat. Jest z rocznika 2007, więc jako ostatni ma możliwość wyboru. I wszystko fajnie, powinienem się cieszyć, że jeszcze mogę mieć na to wpływ.

Na tym wyborze właśnie polega przekleństwo. Jaki wybór daje mi państwo, skoro jednocześnie wszystkie mądre osoby przez nie opłacane mówią mi, że jeśli mój sześciolatek zmarnuje się w szkole przez to, że poszedł do niej za wcześnie, będzie to konsekwencja mojej niewłaściwej decyzji. Streszczając ich wywody, to ja będę winny temu, że zamiast się tam uczyć przeżył traumę i koncentrował się na jej przeżywaniu zamiast chłonąć wiedzę.

Ergo, do 2013 roku, to rodzice ponoszą odpowiedzialność za to, że ich dzieci słabo sobie radzą w pierwszych klasach. Ale już od 2014 roku, wszystkie dzieci będą sobie świetnie radzić w szkołach, bo będą miały taki obowiązek. Nie będą miały wyjścia. A jeśli sobie nie poradzą, to nie będzie już wina rodziców.

Nie potrafię tego zrozumieć, że wystarczy wydarcie jednej kartki z kalendarza i wszystko się zmieni. Zmieni się data i nagle wszystkie dzieciaki będą zaradne i bez zastrzeżeń będą się nadawały do 1. klasy. Póki co, to czy takie są, zależy od rodziców - tak twierdzi psycholog z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Takiemu psychologowi można ufać o tyle, że nie jest opłacany ani przez szkołę, ani przez przedszkole, czyli nie ma interesu w naganianiu do jednej czy drugiej placówki.

Oczywiście odpuściłbym sobie te rozważania i dla świętego spokoju puścił dzieciaka do szkoły, gdy skończy siedem lat. Problem w tym, że nie mogę iść na łatwiznę. Bowiem mam jeszcze dzieciaka z rocznika 2008 i on będzie musiał iść do szkoły w wieku 6 lat. A jak twierdzi psycholog przedszkolny, wyrządziłbym szkodę starszemu, gdybym dopuścił do tego, aby starszy z młodszym chodzili do jednej klasy.

Wiadomo, że starsze rodzeństwo to skrzywdzeni jedynacy. Jedyną dla nich rekompensatą za to, że w momencie narodzin młodszego rodzeństwa przestali być pępkiem świata jest właśnie to, że są pod pewnymi względami górą: wiedzą więcej, szybciej się uczą pewnych rzeczy, są mentorem dla młodszego. Gdy będą się uczyć w jednej klasie, to wszystkie te przewagi znikną. Będą robić to samo, uczyć się wielu rzeczy tak samo szybko, czyli starszy spadnie z piedestału i zostanie dla młodszego zwykłym rówieśnikiem. A jeśli w dodatku młodszy jest bardziej ekspansywny, to zdominuje starszego. To ponoć dla psychiki starszego bardzo niekorzystne.

Wychodzi z tego, że mogę starszego syna skrzywdzić na dwa sposoby: jeśli wyślę go do szkoły szybciej, może być w niej zagubiony i sobie nie radzić. Jeśli wyśle go później, będzie skrzywdzony do końca życia przez zrównanie go w dół z młodszym bratem. Ciekawy mam wybór, prawda?

Gdyby ktoś miał wrażenie, że wątpliwości rozwiewa wizyta w szkole, to grubo się myli. Podczas dni otwartych w jednej z podstawówek wielokrotnie usłyszałem, że niech starszy przychodzi od września do szkoły, ale do… zerówki. - "6-letnie dziecko do 1. klasy? Po co?" - pytało grono nauczycielskie. - "Dlaczego to tak przyspieszać, skoro macie jeszcze wybór."

Zapewne powinienem winić siebie, bo w końcu jestem współwinny temu, że między moimi dziećmi jest tylko rok różnicy. Dokładnie 22 miesiące, czyli prawie dwa lata, jednak rocznikowo tylko rok. Gdyby mój drugi syn urodził się 63 dni później, nie miałbym tak wielu rozterek. Byłby z rocznika 2009 i nie ważne, jaką decyzję podjąłbym ze starszym, i tak nie trafiliby do jednej klasy. Ale kto kiedykolwiek robił dzieci wie, że nie da się wszystkiego aż tak precyzyjnie zaplanować.

W tej reformie intryguje mnie również to, że o tym, czy mój 6,5-letni starszy syn (tyle będzie miał we wrześniu tego roku) nadaje się do 1. klasy, zależy od mojej decyzji popartej bądź zakwestionowanej przez przedszkolnego psychologa. Ale gdy nadejdzie wrzesień 2014 roku, to moje drugie, 5,5-letnie wtedy dziecko, będzie obowiązkowo nadawało się do 1. klasy. I to niezależnie od mojej decyzji i od rekomendacji psychologa.

Teraz 6,5 latek może się nie nadawać, ale za rok 5,5-latek będzie idealnym kandydatem na pierwszoklasistę! Jaka w tym logika pytam premiera Tuska i minister Szumilas?

Mój młodszy, z końcówki listopada, będzie chodził do klasy z dziećmi niemal o dwa lata starszymi od siebie i OBOWIĄZKOWO sobie poradzi. A starszy, ze stycznia, ma prawo sobie nie radzić, a jak sobie nie poradzi, to będą winni rodzice, którzy go za wcześnie posłali, choć przedstawiciele systemu edukacji im to odradzali.

Nie rozstrzygając, czy to jest dobra reforma, czy nie, nie jestem w stanie sposobu jej wprowadzania określić inaczej, jako wkurwiający. Kolejny raz przepraszam za ostre słowo, ale jak to inaczej nazwać?

 
 

Komentarze

2013-12-22 00:28:05 | *.*.*.* | sw-elzbieta.com
Re: 6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica [0]
:) skomentuj
2013-03-22 10:17:55 | 91.123.208.* | Berto74
Re: 6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica [0]
Do szkoły (klasy przygotowanej) 6 latek może iść bez problemów. Z przygotowanym
wychowawcą. Poprzednicy powiedzieli o tym jak wyglądają zajęcia. Nie będę
powtarzał.
Jako 8 latek lepiej obsługuje smartfona ("smartfonik") i komputer niż ja. Nie ma
problemów ze starszymi kumplami.
Szkoła jest zwyczajna, (głęboko) prowincjonalna (Sosnowiec), malowana farbą jak
za naszych czasów.
Duuuży plus dla wychowawczyni. To tak jak w zakładaniu instalacji gazowej w
samochodzie: najważniejszy jest gazownik. Tu: nauczyciel. skomentuj
2013-03-22 01:43:55 | *.*.*.* | Mariusz44a
Re: 6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica [0]
moim zdaniem to kiepski pomysł z tym wszystkim.... skomentuj
2013-03-21 18:29:43 | 188.121.12.* | anqa
Re: 6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica [3]
Teraz szkola wyglada diametralnie inaczej niz kiedys. Moj starszy jest wbrym roku
w zerowce (2006) bo mialam wybor czy zerowka czy 1 klasa. Momentami zaluje twj
decyzji bo czesc materialu jest totalna powtorka przedszkola i sie syn nudzi.
Mlodszy natomiast (2008) idzie w tym roku do O w szkole bo lepiej sie przystosuje
do szkoly. 0 uczy samodzielnosci a zasady nauki i zabawu sa takie jak w
przedszkolu. W 1 klasie takze nie ma normalnych lekcji, dzwonkow itp jak za
naszuch czasow. To nowa rzeczywistosc. 2 lata w wieku zamieni mi sie w rok po
roku w szkole. Trudno. Takie zycie. Ale mysle ze mojemu mlodszemu na dobre to
wyjdzie bo to huragan maly i za bratem ciagnie. skomentuj
2013-04-16 23:10:04 | *.*.*.* | klimatyzacja
Jeszcze w dużych miastach może się to sprawdzić, ale w szkołach wiejskich,
malutkich, to się nie sprawdza skomentuj
2013-11-08 23:10:02 | *.*.*.* | Arecki1
realnie,
to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach +
Szkoła jest bezpłatna +
reszta wyjdzie w praniu. skomentuj
2013-06-05 20:41:52 | *.*.*.* | separatory
pamiętam, jak byłem dzieciakiem, ideałem do którego miałą dążyć oświata
była 10 klasowa podstawówka made in ZSSR skomentuj
 





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.