rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Bez ogródek powiedział dziś Donald Tusk, że przywódcy krajów ze strefy euro nic nie robią, choć ta się rozpada, a swoją bezczynność maskują serią licznych spotkań, z których nic nie wynika. Mocne. Niby wszyscy to wiedzą, ale inna jest waga, gdy mówi to publicznie premier szefom rządów innych krajów.

Z przemówienia wynikało, że skoro wielcy Europy nic nie robią, to Polska wraz z innymi drobnymi tego świata ich zmobilizują.

- Postulujemy między innymi szybką zmianę traktatu. Mówiąc po ludzku, Polska, tak jak i inne kraje, nie będąc wewnątrz strefy euro, chce na mocy zmian traktatowych uczestniczyć we wszystkich spotkaniach, na których będzie się zarządzać strefą euro - mówił premier.

Przemówienia Tuska nie można nazwać przełomowym, ale wreszcie zobaczyłem premiera, który mówi zdecydowanie o tym, co chce zdziałać. To dużo, bo oznacza, że ma jakąś wizję. Tego wcześniej brakowało.

Ostatni raz takiego Tuska widziałem 12 października 2007 roku podczas przedwyborczej debaty z Jarosławem Kaczyńskim. Pozwoliłem sobie wtedy komentarz zatytułować: Po dwóch latach Ciamciaramciam wreszcie się pozbierał.

Przypomnę, że określenie ciamciaramciam wprowadził do obiegu Roman Giertych. Bardzo pasowało ono do ówczesnej postawy Donalda Tuska.

Trzy dni później było jeszcze lepiej. Płomienne przemówienie na koniec debaty z Aleksandrem Kwaśniewskim było majstersztykiem. Dla przypomnienia polecam: Donald King: I Have a Dream.

Niestety okazałem się prorokiem, bo napisałem wtedy, że pewnie jeszcze nie raz będę żałował, że tyle ciepłych słów napisałem o Tusku. Oczywiście żałowałem, nie raz. Bo na cztery lata powrócił Ciamciaramciam.

Ale nowa kadencja dała Tuskowi kopa: czuje, że musi wreszcie zacząć działać. Różnicę widać już było w expose - konkretne, bez optymizmu, na który pokrycia nie ma, poświęcone w dużej mierze gospodarce i niezbędnym reformom. Zupełnie inne niż 3,5-godzinna tyrada sprzed czterech lat.

Teraz pozostaje obserwować i czekać. Czy drugie przebudzenie Tuska jest chwilowe, czy może średni premier przepotwarza się właśnie w męża stanu, który zamierza coś zrobić nawet wbrew sondażowym słupkom?

Czy znów będę żałował tego, co napisałem?

 
 Oceń wpis
   

Mord dokonany przez szaleńca w Łodzi nic nie zmieni na naszej scenie politycznej. Ewentualnie doprowadzi do eskalacji nienawiści i nastąpi odwet. Zmiana retoryki nie jest możliwa, bo obie konkurencyjne partie są zbyt do siebie podobne, aby mogły w miarę normalnie ze sobą się spierać. Muszą się nienawidzić, wyostrzać drobne różnice i ukrywać wiele podobieństw.

Dlaczego między PiS-em a SLD jest tylko spór a nie ma wojny? Podobnie między PiS-em a PSL-em. Również między PSL-em a SLD, między PO a SLD. Wojna jest tylko na linii PO - PiS. Otóż partie z tak podobnym programem muszą walczyć ze sobą, aby pokazać wyborcom, iż jednak są różne i udowodnić, że nie jest wszystko jedno, czy się zagłosuje na jedną czy drugą.

Z SLD, PSL-em, można się w sposób cywilizowany spierać, polemizować, ale nie trzeba wywoływać wojny, bo każdy wie, że to zupełnie różne partie.

Przed 2005 rokiem koalicja POPiSowa wydawała się oczywista. Tak wiele te partie łączyło. Właśnie zbyt wiele. Wbrew pozorom, podczas wyborów łatwiej jest rywalizować partiom różnym i później się dogadać w sprawie koalicji niż partiom podobnym. Bo te podobne muszą się odróżnić w kampanii wyborczej a żeby się odróżnić, muszą się bardziej brutalnie skopać. Po stoczonym boju jest zbyt wiele ran, aby spokojnie się dogadać i na chłodno uzgodnić podział stołków (bo o wspólnym programie rządu nie trzeba zbyt długo rozmawiać, bo i tak jest wspólny).

Przyczyną trwającej piąty rok POPiSowej wojny nie są kwestie światopoglądowe, personalna nienawiść na linii Tusk - Kaczyński, czy to, że prezes przestał albo zaczął brać tabletki. Nawet, jeśli to wszystko ma znaczenie, to drugorzędne (przecież kiedyś Stefan Niesiołowski w ZChN-ie był świętszy od papieża, a teraz jest głównym pogromcą PiS-u, w którym schronienie znalazło ZChN-owskie skrzydło).

Gdyby tak, jak nas uczono na matematyce, utworzyć dwa zbiory wartości i przekonań PiS-u i PO, to zbiór wspólny byłby największy. I to właśnie jest przekleństwem obecnych czasów w polityce.

Dawniej było prościej. Byli postkomuniści i reszta porządnych. Ci pierwsi czasem spotykali się w niektórych kręgach z ostracyzmem, z tych drugich czasem się śmiano za brak ogłady na salonach władzy. Jednak nikt nikogo nie zarzynał.

Teraz postkomuniści nie są już dziedzicami Bieruta, tylko młodymi prężnymi (może trochę zabawnymi) zapaterystami. I taka jest recepta na zmiany. PiS albo PO w takim kształcie, jakim są obecnie, zniknie z polityki.

PiS podzieli los LPR-u i zejdzie ze sceny, jeśli stanie się partią ultraprawicową. A może to PO będzie miała poparcie na granicy błędu statystycznego, bo zostanie odrzucona przez elektorat troszkę liberalny za zbyt socjalistyczne podejście do gospodarki i zbytni konserwatyzm w kwestiach światopoglądowych. A może PO stanie się bardziej prawicowa i nikt nie będzie chciał na nią głosować, bo po co stawiać krzyżyk na PiS light, skoro jest prawdziwy PiS?

Kto dożyje, też zobaczy, jak będzie.

 
 Oceń wpis
   

Nie będzie już kampanii wyborczych, w których politycy licytują się, kto bardziej obniży podatki i komu. Jeśli ktoś przez najbliższe lata zacznie to obiecywać, znaczy się, że populista ponad standard albo oszołom skończony.

Niemal pewne jest, że wyższy VAT będzie obowiązywał do 2016, a może nawet do 2018 roku. W dodatku trudno uwierzyć, że kiedykolwiek zostanie obniżony do 22 procent.

Do wyborów z 2007 roku standardem były obiecanki-cacanki. My obniżymy najbiedniejszym, a my wszystkim, a my podniesiemy najbogatszym, żeby starczyło na dawanie biednym. I tak sobie mijały kampanie.

Teraz to już niemożliwe. Musimy się pogodzić z tym, że podatki, które do tej pory płaciliśmy, nie były wcale wysokie. Nadchodzi era ich podwyższania, co jest nieuniknione. Są dwa wyjścia: w kwestii dawania zachowujemy status quo i podnosimy podatki, albo mniej dajemy a podatki zostają bez zmian.

To drugie brzmi lepiej, jednak tylko ta pierwsza opcja jest realna. Bo jak i komu zabierać? Przestaniemy rewaloryzować emerytury? Pół biedy z tymi seniorami, którzy mają po trzy tysiące na miesiąc, ale jak nie będziemy podnosić świadczeń takim, którzy dostają po tysiąc złotych, to przez inflację za parę lat nie starczy im nawet na czynsz. Pójdą do MOPS-u i tak trzeba będzie im dać, tylko z innej kieszeni.

Zlikwidować pomoc społeczną? To niehumanitarne i nie możemy sobie pozwolić na taki wstyd, że w Polsce ludzie umierają z głodu na ulicy i nikt z tym nic nie robi.

Kolejna grupa to renciści. Pozabierać renty, które wynoszą po kilkaset złotych miesięcznie? No bez przesady! Oczywiście należy zabierać lewe renty, ale na to nie ma przyzwolenia. Gdy proponował to swego czasu wicepremier Jerzy Hausner - a nawet nie zabieranie tylko nie przyznawanie kolejnych lewych - to podniosło się larum i nawet PO z PiS-em głosowało przeciw tak zwanemu planowi Hausnera. A gdyby poparli, to dziś PO nie miałaby do czynienia z zapaścią finansów publicznych.

Można jeszcze zabrać najbogatszym to, co dało im PiS z LPR-em i Samoobroną (chodzi o PIT 18 i 32 zamiast 19, 30 i 40). Za czasów rządu Jarosława Kaczyńskiego doświadczyli jedynej tak znaczącej obniżki obciążeń od wprowadzenia podatków PIT. Jednak podnieść im podatki będzie trudno, bo jeśli PiS dojdzie do władzy, to przecież nie będzie mu wypadało wycofywać się ze sztandarowych zmian mających udowodnić zamożnym, że PiS dba o nich lepiej niż niby liberalna PO.

Jak u władzy utrzyma się PO, to powrót do starych wyższych stawek nie dość, że wkurzy elektorat tej partii, to narazi na atak ze strony PiS-u. Zabrać bogatym może jedynie SLD, ale nie ma szans, aby doszedł do władzy. Może być jedynie słabszym koalicjantem PO, która bogatym nie zabierze tego, co dało im PiS.

Można jeszcze zabierać na inne sposoby. Na przykład samorządom zmniejszyć dotacje. Ale co, te mają przestaną dotować komunikacje miejską? Bilety mają zdrożeć dwukrotnie?

Przykłady można mnożyć, ale chyba nie ma szans, aby zmniejszyć wydatki państwa - przynajmniej przy układzie politycznym, jaki jest i jeszcze długo będzie. Jeśli ktoś ma koncepcję, komu można zabrać - ale tak realnie - to proszę podzielić się w komentarzu pod wpisem.

Jedynym pomysłem, który przychodzi mi do głowy - ale nie wiem, czy przyniesie on oszczędności - jest zracjonalizowanie pomocy potrzebującym. Dziś jest tak, że każdy z biedniejszych, czy rzeczywiście potrzebuje, czy nie, dostaje groszową pomoc. A konkretne pieniądze, pozwalające na przeżycie, powinni dostawać ci, którzy naprawdę ich potrzebują. Nie wiem do końca jak w praktyce można oddzielić wykorzystywaczy od potrzebujących. Ale trzeba próbować nawet jeśli nie da to oszczędności, tylko poprawi byt tych drugich.

A skoro nie da się na nikim zaoszczędzić, to trzeba płacić wysokie podatki. A skoro nikt nie ma odwagi cofnąć zmian firmowanych przez wicepremier Zytę Gilowską, to szczypani będziemy wszyscy na około. A to VAT 25 procent, a tu koniec z 50-procentowym kosztem uzyskania przychodu, a tu żegnamy ulgę prorodzinną...

Nie pozostaje nic innego, jak przyzwyczaić się, że lepsze jutro było wczoraj, tak jak niskie podatki. Były, minęły.

 
 Oceń wpis
   

Śledząc wydarzenia polityczne ostatnich tygodni można odnieść wrażenie, że nic zupełnie w kraju się nie dzieje poza tym, że w PO decydują, kto będzie prezydentem RP.

Platformeskie prawybory są bowiem tak zręcznie sprzedawane, że można odnieść wrażenie, że to już wybory. Media zostały nimi zdominowane i mniej zorientowany odbiorca może sądzić, że poza Komorowskim i Sikorskim nie ma w kraju innych kandydatów na najwyższy urząd.

I o to właśnie chodziło PO.

Chodziło o to, żeby nie było Lecha Kaczyńskiego, żeby nie było Olechowskiego, żeby nie było Szmajdzińskiego (który swoją drogą jest tak, jakby go nie było), żeby nie było Nałęcza (którego jakby bez wysiłków PO nie ma) i żeby byli tylko Komorowski z Sikorskim.

Przedwyborczą akcję Platformy uważam za mistrzostwo PR-u. Skoro media przez kilka tygodni, czy nawet miesięcy będą odmieniać przez wszystkie przypadki nazwiska Sikorski i Komorowski, to w końcu każdy dowie się, kim są. A głosować można tylko na tego, kogo się zna. Rozpoznawalność jest więc rzeczą kluczowa, a jak pokazują badania, większości polityków ludzie jednak nie kojarzą.

Pomysł z prawyborami jest trafiony w dziesiątkę. Aby koncept się nie znudził, do podgrzewania atmosfery zatrudniony został agent specjalny Palikot. Swoją robotę ma do wykonania również Rostowski, który musi mówić, że reformator i wybawca kraju Tusk nie może robić reform, a nawet nie może zacząć ich planować, bo zły prezydent nie powiedział, że nie poprze reformy polegające na nie-wiadomo-czym.

Ludzie prezydenta nie śpią i tym razem ich reakcja była świetna. Polecam lekturę wywiadu z Pawłem Wypychem, który celnie, merytorycznie, bez zacietrzewienia punktuje Rostowskiego. Rozmowa nie jest krótka, ale proszę przeczytać całą. Warto!

Gdyby zawsze szeroko pojęty obóz PiS-u stosował taką taktykę - spokojnego obnażania miałkości obecnego rządu - to śmiem twierdzić, że słupki w sondażach wyglądałyby inaczej niż dziś.

Bo można się zgodzić z argumentami Wypycha, który spokojnie tłumaczy, dlaczego prezydent nie mógł powiedzieć Rostowskiemu tak. Nie obraził on przy okazji połowy społeczeństwa, nie powiedział, że kto myśli inaczej, ten jest agentem, gejem, komuchem, złodziejem czy innym połamasem, a mimo to zręcznie wykazał, że nie ma żadnego sensownego planu reformy finansów.

Gdyby z niego przykład wzięli koledzy z PiS-u i sam wódz-prezes, to daliby szansę Lechowi Kaczyńskiemu. A żeby się liczyć w najbliższych wyborach, bardzo on jej potrzebuje. Szansę może dać mu jego własny obóz, czyli musi przestać go niszczyć, a zacząć wspierać w budowaniu wizerunku osoby, która otacza się nie oszołomami, ale osobami trzeźwo patrzącymi na sytuacje kraju i rząd Donalda Tuska.

Jeśli wywiad z Pawłem Wypychem to dobry początek nowego, to wybory będą ciekawe. Jeśli to tylko wypadek przy pracy i wszystko wróci do znanej nam normy, to bez instytutów badawczych wiem, kto będzie prezydentem.

 

 
 Oceń wpis
   

Sądzili Państwo, że reformę emerytalną zmieniają fachowcy dobrze zorientowani w systemie? To polecam wywiad z jednym z współtwórców zmian, Janem Rostowskim, nazywanym przez siebie Jackiem. Mówi niemal wprost, że nie wie, jak działa w Polsce system emerytalny.

Wywiadu udzielił Gazecie Wyborczej. Z początku rozmowy jasno wynika, że minister finansów nie ma pojęcia, jak funkcjonuje system emerytalny w Polsce.

Na pytanie, czy jest pan w OFE? odpowiada: Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że tak.

Niekoniecznie, mógł pan zostać tylko w ZUS - uświadamiają reformatora Agata Nowakowska z Dominiką Wielowieyską.

- Szczerze mówiąc, nie pamiętam, jak prawdopodobnie większość ludzi - odpowiada z obnażającą szczerością Rostowski.

I tak osoba, która chce nam zabrać część pieniędzy i sfinansować nimi dług publiczny, pokazuje, gdzie ma system emerytalny. Skoro ma go w głębokim poważaniu, to rzeczywiście nie dziwi, że taka radykalna zmiana to dla niego pikuś. Nawet nie pan pikuś!

Z całego wywiadu wynika, że jeden z najważniejszych ministrów w rządzie nie widzi różnicy między tym, czy OFE kupują obligacje skarbu państwa, czy zabiera się im pieniądze na ich zakup i finansuje nimi świadczenia obecnych emerytów.

A różnica jest zasadnicza. Bo w ZUS-ie nie będzie naszych pieniędzy, tylko zapis, że kiedyś powinniśmy je dostać od naszych dzieci, jeśli te będą pracować w Polsce i płacić składki na ZUS. A w OFE są nasze realne pieniądze, choć pomniejszone o zbójeckie prowizje, ale jednak to żywy pieniądz.

A dla mnie żywy pieniądz jest lepszy od obietnic, że jak przyszłe pokolenie zapracuje, to coś dostanę. Dla ministra finansów nie ma różnicy.

Ja mam wielkie zaufanie do zdrowego rozsądku Polaków - mówi w dalszej części wywiady Rostowski.

Jeśli minister się nie myli i naród będzie postępować zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, to powinien płacił podatki do budżetu nie gotówką, jak teraz, ale wirtualnymi pieniędzmi - obietnicą, że kiedyś zapłaci. Na razie niech w budżecie będzie taki specjalny zapis księgowy, że Kowalski niby zapłacił. Analogicznie jak chce Rostowski, żeby w ZUS-ie był zapis, że na niby są w nim pieniądze Kowalskiego.

 
 Oceń wpis
   

W pociągu poruszającym się z prędkością światła, z jaką prędkością porusza się pasażer, który idzie od jego końca w kierunku lokomotywy? Takie rzeczy opowiadali moi nauczyciele od fizyki i do niedawna nie wiedziałem po co.

Teraz wiem! W latach 90. chcieli mnie nauczyć teorii względności po to, abym w 2009 roku mógł zrozumieć sukces Polski. Sukces ten polega na tym, że produkt krajowy wzrósł o oszałamiającą wartość 0,8 procent!

Do tej pory miarą sukcesu był wzrost PKB o ponad pięć procent. A wzorem były kraje, które rozwijały się w tempie bliżej dziesięciu.

Gdy wzrost PKB oscylował w okolicach 6 procent, wiele było głosów, że gdyby przeprowadzono skuteczne reformy, to wzrost wyniósłby co najmniej 10 procent.

A teraz się wszyscy cieszą, że mamy nawet ten niecały procent. Grunt, że na plusie.

Oczywiście, jest sukces w kontekście globalnej recesji. Jednak dziś PO nie może się chwalić wzrostem PKB tak, jak Gomułka chwalił się tym, że jesteśmy szóstą potęgą gospodarcza świata.

Rząd obwieścił sukces, że z powodu nic-nie-robienia od 2007 roku, zapracowaliśmy na wzrost PKB o prawie jeden procent.

Wniosek numer jeden: gdyby wszystkie rządy po 1989 roku nic nie robiły, to dziś wzrost PKB Polski wyniósłby pewnie z 80 procent.

Wniosek numer dwa: wszystko schrzanił rząd Mazowieckiego z Balcerowiczem! Oni reformowali, coś robili. Gdyby wzorem Tuska i Rostowskiego się powstrzymali, dziś bylibyśmy krainą mlekiem i miodem płynącą.

Skoro sukces płynie z tego, że się nic nie robi, to ja kończę pisać i idę spać. Jutro obudzę się bogatszy.

 
 Oceń wpis
   

PiS chce odwoływać ministra finansów Jana Rostowskiego. Jak wiadomo, z prób odwoływania któregokolwiek z członków rządu podejmowanych przez opozycję nic nie wychodzi, ale zawsze jest fajna medialna zadyma.

Dlatego rząd jest rządem, że ma większość w Sejmie. Poza wyjątkami rządów na przetrwanie do wyborów oraz innych dziwnych tworów, każdy normalny rząd ma poparcie tych, którzy go powołali, czyli ponad 50 procent posłów. I ta większość nie pozwoli mniejszości dokonywać zmian, których nie chce.

To jest niby jasne, ale wnioski o odwołanie ministra dają opozycji świetną okazję do popisów medialnych. Każdy zrobi relację z konferencji, podczas której zapowiada się wniosek o odwołanie członka rządu. Każda stacja będzie też publikować bogate relacje z dyskusji w Sejmie przed głosowaniem nad takim wnioskiem.

Takie są mechanizmy demokracji medialnej i trudno z nimi walczyć. Problem leży gdzie indziej. Nie w tym, co teraz robi lub czego nie robi minister finansów. Opozycja powinna zadać pytanie, co rząd robił w czasie prosperity, dlaczego wtedy nie reformował, nie ciął wydatków, nie racjonalizował finansów publicznych.

Trudno dziś stwierdzić, czy rację ma Rostowski, PiS, czy ekonomista Grzegorz Kołodko, który w imię promocji swojej książki pojawi się chętnie w każdym programie i będzie mówił, że fajne rzeczy pisze i gdyby Rostowski czytał, to byłoby dziś w Polsce tip-top.

Faktem jest jednak, że rząd Donalda Tuska przebimbał rok dobrej koniunktury. Poza szczątkową (aczkolwiek trudną) reformą emerytalną, nie zrobił nic. A mógł.

I za to należy odwoływać Rostowskiego a może całą ekipę Tuska. Nie za to, że rząd teraz nie prowadzi rozdawnictwa, na które zwyczajnie naszego kraju nie stać.

Ale takich rzeczy PiS nie może mówić, bo współrządził w czasie gospodarczej hossy i zamiast wtedy szukać oszczędności na gorsze czasy, to zmniejszał wpływy budżetowe zwiększając jednocześnie wydatki.

I tu dochodzimy do największego problemu polskiej sceny politycznej. Nie ma na niej twardzieli, którzy wzięliby na siebie prawdziwe reformy. Są tylko medialne stworki, które dzielą się na dwie grupy: jedna dla dobrego wizerunku udaje, że Polski kryzys nie dotyczy, a druga widzi kryzys nawet tam, gdzie go nie ma  i na zasadzie im gorzej tym lepiej dla prywaty żąda rzeczy niemożliwych.

A ze zwiększaniem deficytu budżetowego jest jak z gimnastyką. Henry Ford miał powiedzieć, że gimnastyka to bzdura. Zdrowi jej nie potrzebują, a dla chorych jest niewskazana.

 
 Oceń wpis
   

W potocznej polszczyźnie słowo biadolenie powinno zostać zastąpione słowem tuskolenie, a utyskiwanie słowem utuskiwanie. Przynajmniej w sferze polityki. Bo metodą PO na rządzenie jest właśnie biadolenie i próba przepękania jakoś tego trudnego okresu, kiedy jest się u władzy a nie wie się, co z nią zrobić.

Nie mamy pomysłu co zrobić, nie chcemy się pogodzić z demokratycznymi mechanizmami, to będziemy tuskolić i utuskiwać - taka jest filozofia Platformy.

Platforma zajmuje się albo nic-nie-robieniem, albo tworzeniem i forsowaniem ustaw, o których i tak wiadomo, że prezydent je zawetuje (ustawa kominowa i medialna).

Gdyby PO naprawdę chciała coś zrobić, dostosowałaby się do panującego w Polsce demokratycznego reżymu zamiast zajmować się utuskiwaniem. Nie warto teraz rozważać, czy Konstytucja jest dobra, czy zła, ale jest i nie zostanie jeszcze długo zmieniona. Według tej Konstytucji, sejmowa zwykła większość musi przekonać prezydenta do swoich pomysłów albo skonstruować większość zdolną odrzucić prezydenckie weto.

PO konsekwentnie łamie te zasady, a zatem wniosek jest prosty - tak naprawdę nie chce nic zrobić, tylko uprawia pozoranctwo.

Gdyby była w niej chęć działania, to zamiast słyszeć o utuskiwaniu, w mediach byłoby głośno o spotkaniach: Donald Tusk - Jarosław Kaczyński; Donald Tusk - Lech Kaczyński; Donald Tusk - Grzegorz Napieralski. I byłyby to spotkania przed wniesieniem projektu ustawy pod obrady Sejmu.

Konstytucja po to tak została skonstruowana, aby prezydent mógł hamować zapędy koalicji rządzącej, a koalicja mogła hamować zapędy prezydenta i odrzucać projekty ustaw powstające z jego inicjatywy. Ten hamulec działa słabo, gdy oba ośrodki władzy wykonawczej są z jednego obozu, ale to już decyzja wyborców, aby jednej opcji powierzyć pełnię władzy.

Działa jednak dobrze w przypadku kohabitacji. I dobrze, bo władza nie powinna mieć komfortu rządzenia. Im większy ma komfort, tym gorzej dla obywateli.

Nie oznacza to, że PO-PSL nic nie może zrobić. Może, tylko musi chcieć. A jeśli będzie chciała, to może pójść na kompromis z SLD, z PIS lub z ośrodkiem prezydenckim, czyli z PiS. Tak czy inaczej, projekt ustawy musi mieć szersze poparcie, niż tylko wśród zwolenników Platformy.

Tym lepiej dla projektu! Jeśli ma szersze poparcie partii, to ma szersze poparcie w społeczeństwie. Dlaczego PO zanim wniesie projekt do Sejmu, nie zapyta prezydenta, co musi w nim zmienić, żeby nie został zawetowany? Dlaczego nie spyta SLD, czy zagłosuje za odrzuceniem prezydenckiego weta? Dlaczego nie spyta PiS-u, czy nie poprze ustawy, skoro w poprzedniej kadencji PO głosowała za większością PiS-owskich ustaw?

Platforma woli jednak pozorować, że ma pomysł na Polskę, na zmiany, na lepszą przyszłość. Woli tworzyć kiepskie ustawy wiedząc, że i tak zostaną zawetowane. PR-owcy i tak zadbają o przekaz, że PO chce dobrze, ale zły prezydent nie pozwala.

Skuteczny PR jest niezbędny każdemu rządowi, ale poza nim jest potrzebna skuteczność w działaniu, którą PR-owcy mogą nagłaśniać. Po co w następnych wyborach mam zagłosować na partię, która nie jest skuteczna? Samym PR-em nie da się sprawić, że wyborcy zagłosują na tuskoleni lub utuskiwaczy.

Właśnie dlatego uważam, że PO stacza się po równi pochyłej. Jaki będzie wynik w 2011 roku? Jeśli PO wygra, to oznaczać będzie, że zaczęła wreszcie działać albo że PR wygrał z demokracją. Zamiast RP, będziemy mieli PR.

 
 Oceń wpis
   

Mamy bardzo dobrą konstytucję! O tym, że jest bardzo dobra świadczy fakt, że nie podoba się nikomu. Nie ma dla niej lepszej rekomendacji.

Gdyby bowiem ustawa zasadnicza w stu procentach spełniała oczekiwania jednej siły politycznej, byłaby konstytucją dla jednej opcji. A powinna być dla wszystkich, nie tylko dla wszystkich polityków, ale dla wszystkich obywateli.

Skoro ma być dla wszystkich, to oznacza, że musi być efektem kompromisu, a zatem nikt nie jest z niej w pełni zadowolony, ale jednocześnie ma taki kształt, który wszyscy są skłonni zaakceptować z często mniejszym niż większym entuzjazmem, a najczęściej bez entuzjazmu.

Wolałbym nie doczekać chwili, kiedy ktoś powie: mamy idealną konstytucję. A jeśli powiedziałby to szef którejś partii, oznaczałoby to, że doczekaliśmy się konstytucji napisanej pod jedną partię.

Dlatego nie chcę konstytucji tuskowej, ani nie chcę kaczyńskiej. Chcę ułomnej, niczyjej, czyli wspólnej!

Irytują mnie głosy namawiające do poprawiania konstytucji pod obecny układ polityczny - skoro premier drze koty z prezydentem, to trzeba jednemu zabrać władzę, a drugiemu dać - albo odwrotnie, zależy, czy o zmianach mówi obóz rządowy, czy prezydencki.

Przecież przeżyjemy Tuska, przeżyjemy Kaczyńskich, a konstytucja zostanie. Specjalnie władza została podzielona między premiera a prezydenta, żeby żaden nie mógł zbyt mocno nabałaganić. Oczywiście możliwa jest pełnia władzy wykonawczej, gdy oba urzędy obsadzi jedna opcja polityczna lub nawet jedna rodzina.

Jedno i drugie się już zdarzyło i to całkiem niedawno. Jednak o ile układ rodzinny się sprawdzał, to układ partyjny już niekoniecznie. Duet Kwaśniewski-Miller nie był - delikatnie mówiąc - idealny. Nie wystarczy pochodzić z jednej partii - w każdej są jeszcze frakcje, które najczęściej ze sobą skrycie lub jawnie rywalizują.

Tak więc poza układem rodzinnym, który nieczęsto w historii się zdarza, na linii prezydent-rząd często iskrzy i mało tego, iskrzyć powinno! Kto bowiem powiedział, że sprawowanie władzy ma być komfortowe? Im mniej komfortowe jest tym lepiej dla obywateli. Władza demoralizuje, władza absolutna demoralizuje absolutnie - rzekł lord Acton i wiedział co mówi.

Polska konstytucja była pisana pod polskich polityków - na wszelki wypadek nie można dać pełni władzy jednemu.

Czy trudno sobie wyobrazić, że premierem zostaje imbecyl? A gdybyśmy mieli system kanclerski i nikt nie przeszkadzałby mu w realizacji chorych wizji?

A gdybyśmy mieli prezydenta - zakompleksionego, niezrealizowanego frustrata, który chciałby się wyżyć za wszystkie niepowodzenia? Co by się działo, gdyby obowiązywał system prezydencki?

Wcale mnie nie roztkliwia utyskiwanie Tuska i jego ekipy, że nie mogą nic zrobić, bo prezydent zawetuje. Dlatego na wszelki wypadek nic nie robią. A co szkodzi przygotować projekt ustawy i zanim zgłosi się go pod obrady Sejmu, pójść z nim do prezydenta, zaprezentować i zapytać, jakie zmiany wprowadzić, żeby ustawa zyskała poparcie głowy państwa?

To się nazywa: negocjacje. Jeśli przyniosą efekt, to mamy do czynienia z kompromisem. (Dla obecnych polityków to trudne słowa, dlatego wyjaśniam ich znaczenie.)

Jeśli nie można dogadać się z prezydentem, rząd może negocjować z lewicą, aby ta zagłosowała za odrzuceniem prezydenckiego weta. Tak czy inaczej może powstać prawo, które nie zadowoli w pełni Platformy i PSL, ale po części zadowoli zwolenników PO, PSL, SLD, a w pierwszym scenariuszu zadowoli PO, PSL, zwolenników prezydenta, a więc w dużej mierze i PiS-u. W efekcie mamy prawo, które ma znacznie szersze poparcie, choć nie spełnia w stu procentach oczekiwań jednej opcji.

Na tym polega demokracja.

I już.

Skoro politycy nie potrafią się poruszać w ramach zasad nakreślonych przez obecną konstytucję, to nie będą potrafili także odnaleźć się w zasadach zmienionej konstytucji (jeśli nie daj Bóg do zmiany dojdzie).

Bo tak między Bogiem a prawdą, czy system kanclerski nadaje się dla Tuska? Dobry byłby dla Millera, Buzka, itd.? A czy prezydencki nadałby się dla Kaczyńskiego? A może dla Kwaśniewskiego lub Wałęsy? O pierwszego prezydenta III RP pytać nie będę.

 
 Oceń wpis
   

Prezydent nie mógł się dogadać z premierem w Warszawie. Udało się dopiero w pięknych okolicznościach przyrody na Helu. Nie chodzi o to, co ustalili, bo tego jeszcze do końca nie wiadomo, ale o sam fakt porozumienia.

Skoro politycy mają problem, żeby się dogadać w stolicy, to może trzeba ich wyekspediować na Hel. Mieszkańców tego pięknego miejsca przepraszam za ten pomysł, ale dla dobra kraju powinni się poświęcić. Może nawet wyprowadzić - za odszkodowaniem oczywiście.

Każdy poseł dostałby do dyspozycji pokój w jednym z licznych pensjonatów lub hoteli, albo domek na kempingu. Któraś z sal konferencyjnych dałaby się pewnie przerobić na miejsce obrad Sejmu.

A po co to wszystko? Dla atmosfery porozumienia! Olejniczak spacerujący po plaży pod ramię z Gosiewskim, Kurski w saunie z Kaliszem, Karski nacierający Senyszyn olejkiem - sielanka. I wszyscy sobie przytakują: Tak, tak panie pośle, ma pan rację. Albo: Akurat w tej sprawie mam nieco odmienne zdanie, ale podyskutujemy o tym spokojnie, a na pewno dojdziemy do kompromisu.

Premier Tusk z premierem Kaczyńskim siedząc przy barze w nadmorskiej kafejce też się w końcu dogadają, może nawet wspólnie postrzelają do tarczy z pistolecika. Do prezydenta Kaczyńskiego wpadną Kwaśniewski z Wałęsą na lampkę wina i może już zostaną.

Coś jest na tym Helu wyjątkowego. Wąski cypek ziemi, a działa jak magnes na tysiące turystów. Przecież prezydent bardzo lubi spędzać tam czas i z żalem wyjeżdża stamtąd do Warszawy. Może powinien zostać.

Czy eksperyment z wyekspediowaniem na Hel polityków może się udać? Warto spróbować. W razie, gdybym jednak przeceniał właściwości Helu i politycy zamiast się kochać, zaczęliby się boksować jak w stolicy, zawsze można ich łatwo odizolować. Z półwyspu szybko można zrobić wyspę - przekopać kanał, byle był głęboki i żadnej nad nim kładki ani mostu zwodzonego.

I tak powstałby rezerwat (dlatego wspomniałem, że mieszkańcy powinni wyjechać).

Same korzyści: albo mamy polityków nieszkodliwych (bo odizolowanych), albo mamy Sejm zgody narodowej. Jeden i drugi scenariusz jest dobry dla kraju.

Operację można by sfinansować ze sprzedaży bądź wynajmu wielu niepotrzebnych już nieruchomości w Warszawie. Mają dobrą lokalizację, więc trochę grosza wpadnie. Zaoszczędzi się też na posłach, bo nie trzeba będzie płacić za ich przeloty do Warszawy oraz na przelotach prezydenta, który też nie będzie już musiał zaglądać do stolicy.

A nawet gdyby zabrakło - choćby na odszkodowania dla mieszkańców Helu - to obywatele chętnie się dorzucą, bo naprawdę warto raz zacisnąć pasa, żeby mieć święty spokój.

 
1 | 2 |





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.