rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Mord dokonany przez szaleńca w Łodzi nic nie zmieni na naszej scenie politycznej. Ewentualnie doprowadzi do eskalacji nienawiści i nastąpi odwet. Zmiana retoryki nie jest możliwa, bo obie konkurencyjne partie są zbyt do siebie podobne, aby mogły w miarę normalnie ze sobą się spierać. Muszą się nienawidzić, wyostrzać drobne różnice i ukrywać wiele podobieństw.

Dlaczego między PiS-em a SLD jest tylko spór a nie ma wojny? Podobnie między PiS-em a PSL-em. Również między PSL-em a SLD, między PO a SLD. Wojna jest tylko na linii PO - PiS. Otóż partie z tak podobnym programem muszą walczyć ze sobą, aby pokazać wyborcom, iż jednak są różne i udowodnić, że nie jest wszystko jedno, czy się zagłosuje na jedną czy drugą.

Z SLD, PSL-em, można się w sposób cywilizowany spierać, polemizować, ale nie trzeba wywoływać wojny, bo każdy wie, że to zupełnie różne partie.

Przed 2005 rokiem koalicja POPiSowa wydawała się oczywista. Tak wiele te partie łączyło. Właśnie zbyt wiele. Wbrew pozorom, podczas wyborów łatwiej jest rywalizować partiom różnym i później się dogadać w sprawie koalicji niż partiom podobnym. Bo te podobne muszą się odróżnić w kampanii wyborczej a żeby się odróżnić, muszą się bardziej brutalnie skopać. Po stoczonym boju jest zbyt wiele ran, aby spokojnie się dogadać i na chłodno uzgodnić podział stołków (bo o wspólnym programie rządu nie trzeba zbyt długo rozmawiać, bo i tak jest wspólny).

Przyczyną trwającej piąty rok POPiSowej wojny nie są kwestie światopoglądowe, personalna nienawiść na linii Tusk - Kaczyński, czy to, że prezes przestał albo zaczął brać tabletki. Nawet, jeśli to wszystko ma znaczenie, to drugorzędne (przecież kiedyś Stefan Niesiołowski w ZChN-ie był świętszy od papieża, a teraz jest głównym pogromcą PiS-u, w którym schronienie znalazło ZChN-owskie skrzydło).

Gdyby tak, jak nas uczono na matematyce, utworzyć dwa zbiory wartości i przekonań PiS-u i PO, to zbiór wspólny byłby największy. I to właśnie jest przekleństwem obecnych czasów w polityce.

Dawniej było prościej. Byli postkomuniści i reszta porządnych. Ci pierwsi czasem spotykali się w niektórych kręgach z ostracyzmem, z tych drugich czasem się śmiano za brak ogłady na salonach władzy. Jednak nikt nikogo nie zarzynał.

Teraz postkomuniści nie są już dziedzicami Bieruta, tylko młodymi prężnymi (może trochę zabawnymi) zapaterystami. I taka jest recepta na zmiany. PiS albo PO w takim kształcie, jakim są obecnie, zniknie z polityki.

PiS podzieli los LPR-u i zejdzie ze sceny, jeśli stanie się partią ultraprawicową. A może to PO będzie miała poparcie na granicy błędu statystycznego, bo zostanie odrzucona przez elektorat troszkę liberalny za zbyt socjalistyczne podejście do gospodarki i zbytni konserwatyzm w kwestiach światopoglądowych. A może PO stanie się bardziej prawicowa i nikt nie będzie chciał na nią głosować, bo po co stawiać krzyżyk na PiS light, skoro jest prawdziwy PiS?

Kto dożyje, też zobaczy, jak będzie.

 
 Oceń wpis
   

Mija trzeci dzień od wyborów, a na moim blogu milczenie. Nie będę się tłumaczył tym, że musiałem odespać przedziwny wieczór wyborczy i wieczorami ucinam sobie drzemki, zamiast pisać mądre/głupie* rzeczy (*niepotrzebne skreślić).

Ale tak naprawdę nie wiem, co napisać. Nie ukrywam, że cieszę się, iż PiS nie wygrał. Nie wygrał, to dobre określenie, bo przegrał jest nietrafione. PiS nie może czuć się pokonane, bo to jedyna partia, która rządziła i po kolejnych wyborach powiększyła swój stan posiadania. To dobry wynik. Bierze się stąd, że wierni Kaczyńskim pozostali wierni, a doszli także dotychczasowi wyborcy Samoobrony i LPR-u.

Osobiście gratuluję PiS-owi dobrego wyniku i dobrej kampanii wyborczej. Kampania była dobra, mimo że niektóre jej elementy nieco obrażały inteligencję wielu odbiorców (ale tak było z kampaniami wszystkich partii).

Miała jednak jedną wadę - umiarkowanych przeciwników tej partii zachęcały do niej bardziej. A więc jak ktoś nie chciał iść na wybory, to jednak poszedł zagłosować na PO, a jak ktoś chciał głosować na LiD, to poszedł zagłosować na PO - byle odsunąć PiS od władzy, co gwarantowało głosowanie na partię Tuska.

Dla wielu osób popisówka (ale się dobrze złożyło: poPiSówka) CBA tuż przed wyborami oraz agitacja premiera z wykorzystaniem bezpłatnego czasu publicznej TV parę godzin przed ciszą wyborczą - to było zbyt wiele.

PiS miało dobrą kampanię, ale przegięło w ostatnich dniach.

Natomiast PO miała beznadziejną kampanię, ale w ostatnich dniach nastąpiło zdecydowane przeobrażenie. Nie znam tego środowiska, więc nie wiem, czy wymienili speców od kampanii, czy też starych olśniło.

Nie wiem, ale ta zmiana wyszła - jak zresztą pokazały wyniki - na dobre.

Tak naprawdę chciałem napisać krótko - jak zwykle nie wyszło - że cieszę się wynikiem wyborów.

Ciesze się mocno, żeby zdążyć się nacieszyć. Bo wiem, że czasu do radości nie ma wiele. Wkrótce PO zacznie się kompromitować i znów zacznie mi ubywać włosów, a z tych pozostających coraz więcej będzie siwych.

Przy okazji mam pytanie - czy to normalne, że w kwiecie wieku, ledwie po trzydziestce, tak szybko powiększają się zakola? To tak ma być, czy może to geny, czy też to wszystko wina polityki? Jak ktoś zna odpowiedź będę wdzięczny.

Na włosach bardzo mi zależy! Chodzi o to, żebym miał co rwać z głowy patrząc na to, co dzieje się na naszej scenie politycznej.

 
 Oceń wpis
   

Miałem sen, że zwolennicy LiD-u idąc do biało-czerwonych urn wrzucą karty do głosowania z krzyżykiem postawionym przy PO! Miałem sen, że Polska trawiona obecnie bezprawiem i uciskiem przez braci Kaczyńskich przemieni się w oazę wolności! Miałem sen, że będę premierem dzięki Wam, Polacy i dla Was wszystkich! - to nie jest dosłowny cytat z wystąpienia Tuska na koniec debaty, ale było blisko tego.

Na pewno nie jest to walka o tak wielką sprawę, jak o równe prawa dla murzynów w USA, ale zapał lidera PO był wręcz zapierający dech w piersiach. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, że temu człowiekowi zależy na zwycięstwie niemniej, jak Lutherowi Kingowi zależało na wolności dla wszystkich mieszkańców Stanów Zjednoczonych.

Jestem pod wrażeniem transformacji, jaką przeszedł Donald Tusk. Ostatnie lata - aż do debaty z Jarosławem Kaczyńskim - był Ciamciaramciam (jak trafnie nazwał go Roman Giertych). Nagle pokazał się jako prawdziwy lider, rasowy polityk z werwą. Brutalnie mówiąc, odzyskał cojones i to jakie!

Wieściłem zmierzch Paltformy. Twierdziłem, że przegra wybory i nawet dodawałem, że zasłużyła na to. Zwycięstwo należy się PiS-owi (kliknij tutaj, aby przeczytać wspomniany felieton). Teraz już nie jestem pewien swoich słów sprzed kilku tygodni. Nie powtórzyłbym po debacie tych słów: Platforma Obywatelska - niepełnosprawni w polityce.

Co więcej, na zwycięzcę debaty wskazywałbym Aleksandra Kwaśniewskiego. Znokautował Tuska w pierwszej turze, która zwykle jest domeną lidera PO, poświęconej gospodarce. Kwaśniewski nie dał się zapędzić w kozi róg, jak dał się zapędzić Kaczyński. Wręcz pokonał Tuska jego własną bronią.

Debata zakończyłaby się remisem, gdyby nie właśnie ostatnie wystąpienie Tuska. Porywające.

Pewnie jeszcze nie raz będę żałował, że tyle ciepłych słów napisałem o Tusku. O Platformie nie mam najlepszego zdania. O Tusku też miałem niezbyt pochlebne, ale może jednak dwie wielkie porażki i lata upokorzeń wyszły mu na dobre? A może tylko zmienił speców od kampanii wyborczej?

Tak czy inaczej, apel do zwolenników LiD-u, aby nie marnowali głosu, tylko zagłosowali na niego, jeśli nie chcą PiS-u u władzy, był genialnym posunięciem.

Tylko, czy ewentualne jego zwycięstwo w wyborach wyjdzie Polakom na dobre? Czy przed kolejnymi wyborami znów będę czekał na sen, w którym dobrzy politycy zastępują skompromitowanych?

 
 Oceń wpis
   

Zdumiony byłem debatą Kaczyński-Tusk! Nie poznawałem szefa PO. Jakiś taki energiczny, nawet błysk w jego oku dostrzegłem!

Przez ostatnie dwa lata nie mogłem patrzeć na Tuska. Zgaszony taki, nie bronił się przed kopniakami, a nawet przyjmował je jakby z obojętnością. Grał tak, jak mu zgrał prezes Kaczyński.

A tu jakby wigor odzyskał. Momentami nawet przejmował inicjatywę podczas debaty. Sądziłem, że Pan Jareczek zmiażdży Donaldka i do wyborów szef PO nie zdąży się pozbierać. Jareczek i Donek to określenia zaczerpnięte z debaty. Tak słodko momentami było. To informacja dla tych nielicznych, którzy z powodu porodu dziecka, nagłego zasłabnięcia, awarii elektryczności, nie mogli zobaczyć debaty.

Przed pojedynkiem jeden z komentatorów stwierdził, że remis oznacza zwycięstwo Tuska. Zgadzam się. W moim odczuciu był remis - każdy z Panów mnie momentami zirytował, każdy momentami był zabawny, żaden nie był przekonujący.

Kaczyński nie powinien podkreślać, że normalna, prawdziwa Polska zaczęła się dwa lata temu. Za taką normalność dziękuję. Poza tym jestem z pokolenia, które zaczęło uczestniczyć w budowaniu kraju w latach 90. i nie życzę sobie, aby ktoś mi mówił, że niepotrzebnie się fatygowałem, bo współtworzyłem jakąś obrzydliwą, skorumpowaną, nędzną III RP.

Z kolei Tusk męczący był w powtarzaniu, że kraju jakaś okropna, straszliwa nędza panuje. No bogatym społeczeństwem to nie jesteśmy, ale znowu nie jakimiś dziadami, bo wysiłkiem wielu ludzi udało nam się jednak dokonać skoku cywilizacyjnego przez ostatnie kilkanaście lat.

Tusk uczepił się też tej emigracji. Pan, Panie Tusk, też by nie zatrzymał tych ludzi, gdyby był premierem. Za dużo obłudy i demagogii w tym.

Podsumowując: podobało mi się, bo było dużo bardziej emocjonująco niż podczas poprzedniej - wygranej przez Kaczyńskiego - debaty. Oczywiście wybory i tak wygra PiS, debata tego nie zmieni, jak nie zmieni tego, że w polskiej polityce jest jeden rozgrywający.

 
 Oceń wpis
   

Lekarz byłego prezydenta stwierdził, że jego pacjent nie jest i nie był chory na zakaźną chorobę przywiezioną z Filipin. Bolał go brzuch, zalecił mu dietę.

Lekarz musiał to ujawnić, bo gdyby Aleksander Kwaśniewski miał chorobę zakaźną, a lekarz nie podzielił się tą wiedzą z Sanepidem, to mógłby zostać ukarany grzywną.

I tak to wytrawny, zawodowy polityk, dał się zrobić jak dziecko. Aleksander Kwaśniewski powinien znać ustawę z 2001 roku, która nakazuje lekarzom powiadamianie Sanepidu o przypadkach chorób zakaźnych. Powinien ją znać, bo sam ją podpisał. Ale o niej zapomniał, bo gdyby pamiętał, inaczej by się tłumaczył.

Albo nie docenił przeciwnika. Sanepid w kampanii przedwyborczej został użyty po raz pierwszy, ale dobrze, że tak się stało. Może to nauczy Olka, małego krętacza - jak go nazywa Józef Oleksy - że czasem lepiej milczeć, niż kłamać w żywe oczy.

Dziwi mnie też niesmak byłego prezydenta spowodowany tym, że wszyscy się interesują jego zdrowiem. Gdy lektura niemieckiej prasy zaszkodziła obecnemu prezydentowi, to też cały kraj się tym interesował. Pewien jestem, że gdyby premier lub Donald Tusk zachowywali sie podobnie, jak Kwaśniewski w Szczecinie, to też cała Polska zatroszczyłaby się i dopytywała o przyczyny dolegliwości.

Wielu osobom zapewne zdarzyło się w młodzieńczych latach tłumaczenie rodzicom złego samopoczucia po prywatce, nieświeżą sałatką tam skonsumowaną. Rodzice zapewne wyjaśnienia te przyjmowali z taką samą wiarą, jak dziennikarze i opinia publiczna przyjęła wyjaśnienia byłego prezydenta.

Tylko że w wieku nastu lat nie ma się takiego doświadczenia, jakie ma dojrzała osoba w dodatku po kilkudziesięciu latach spędzonych na uprawianiu polityki. Tym bardziej niezrozumiałe jest, że były prezydent się dziwi, iż opinia publiczna nie łyka jego wyjaśnień. Powinna łykać bez zmrużenia oka, jak Kwaśniewski lekarstwa.

 
Na wybory weźmy kredki! 2007-10-03 22:25
 Oceń wpis
   

Nadchodzą wybory, a więc i obywatele się aktywizują. Funkcjonują co najmniej dwie akcje godne uwagi. Pierwsza, to "Zabierz babci dowód", druga, to "Pobazgraj swoją kartę do głosowania". O ile udział w pierwszej akcji jest karalny, to duga jest całkowicie legalna.

Obie są bardzo zabawne. Krążą maile i SMS-y, mniej więcej takiej treści: Nadchodzą wybory. Chcesz uratować kraj, zabierz babci dowód. O ile hasło jest zabawne, to uważam, że drogą do ratowania kraju jest udział w wyborach, a nie eliminowanie moherowego elektoratu poprzez zabieranie mu dowodów. Za samo rozsyłanie tego apelu grozi zresztą do 5 lat więzienia. Ale więcej nie będę o tym pisał, bo co myślę, napisałem w felietonie dla Money.pl.

Dowiedziałem się o drugiej akcji. Polega ona na tym, żeby oddać dwa głosy: jeden stawiając krzyżyk przy wybranym kandydacie, a drugi, pisząc na karcie wyborczej, co sądzimy o politykach, sytuacji w kraju, o swoim sąsiedzie, czy szefie. O czymkolwiek. Autor akcji zachęca też do pokazywania swego zdania poprzez rysunki, grafiki i inne formy wyrazu.

Nie będę zresztą wyręczał Viktora z Bielska. Posłuchajcie i popatrzcie:



Viktorowi rację przyznaje Ferdynard Rymarz, szef Państwowej Komisji Wyborczej.



Co prawda szef PKW nie jest urzeczony tą akcją, ale obu Panów łączy jedno: chęć przyciągnięcia do urn młodych ludzi. Dlatego przyłączam się do nich.

Walczę z powszechnym tumiwisizmem, zachęcając do głosowania także ludzi, którzy nie mają na kogo oddać swojego głosu, nawet na zasadzie mniejszego zła.

Niestety nasz drugi głos - dopisany lub dorysowany - nie ma żadnej siły. Jedynie może rozśmieszyć lub wkurzyć członka komisji.

Tak więc akcja podoba mi się dlatego, że jest. Jest to obliczone na zainteresowanie wyborami, a więc - jak pewien zacny człowiek napisał mi w mailu podsyłając linki do tych filmików - "fajne i anarchistyczne, a jednocześnie państwotwórcze".

Nie wiem, czy coś może jednocześnie państwowotwórcze i anarchistyczne. Jeśli coś może takie być, to właśnie ta akcja.

Nie zapomnijcie o kredkach, bo będziecie skazani na urzędowy długopis!

 
 Oceń wpis
   

Aleksander Kwaśniewski wypadł dobrze, jak prawie zawsze - pokazał się jako elokwentny laluś, inteligentny, gdy trzeba uszczypliwy. Dlatego nie było zaskoczenia. Zaskoczył Jarosław Kaczyński, który zaprezentował się, jako całkiem zrównoważony polityk.

Błysnął kilka razy dowcipem i inteligencją. Gdyby pokazał swoje oblicze zaściankowego pieniacza, poległby z kretesem.

Cenię premiera i PiS-owskich speców właśnie za profesjonalizm w prowadzeniu kampanii wyborczej. Gdy premier przemawia do ciemnego ludu, to wali jak łopatą w głowę. Ciemny lud to kupuje. Tak jak znakomite (dla ciemnego ludu) reklamówki wyborcze.

Jednak debaty ciemny lud nie oglądał (na Polsacie zamiast niej był jakiś inny program) i trzeba było dobrze wypaść przed nieco bardziej wyrobionymi wyborcami. To Kaczyńskiemu się udało. Kaczyński wypadł dobrze i tym zaskoczył. Kwaśniewski wypadł dobrze, ale dla niego to standard. Dlatego Kaczyński vs Kwaśniewski 1:0.

Co do samej debaty - spodziewałem się, że będzie nudniejsza. Było momentami wesoło. W poczuciu humoru 1:1. W uszczypliwościach też remis 1:1. Jeśli chodzi o obronę swojej wizji polityki, to ocena już zależy od upodobań politycznych.

Debata umocniła zwolenników Kwaśniewskiego w tym, że dobrze wybrali i będą głosować na LiD. Zwolenników Kaczyńskiego, że dobrze robią planując oddać głos na PiS.

Nie wierzę, że po tej debacie niezdecydowani wyborcy, jak ja, powezmą przekonanie, że warto głosować na stronnictwo któregoś z panów. Mówiło się, że debatę wygra Tusk. Też nie wygrał.

Wydaje mi się, że po tej debacie jest status quo. Nikt nie zyskał, nikt nie stracił, ale dobrze, że się odbyła. Przynajmniej mogłem zobaczyć przebłyski ludzkiej twarzy naszego premiera. Ale dalej nie wiem, co zrobić ze swoim głosem.

 
 Oceń wpis
   

Napiszę krótko, to co nieco dłużej napisał mój zacny kolega Olgierd Rudak: na wybory trzeba chodzić. Napisałem krótko, żeby nie powtarzać celnych argumentów (kto chce, to przeczyta). Dodam tylko jeden: jeśli naprawdę nie ma się na kogo zagłosować - nawet na zasadzie wyboru mniejszego zła, to trzeba pójść na wybory i oddać głos nieważny.

Na temat tego argumentu chcę się nieco rozpisać. Może pół miliona, milion lub dwa miliony nieważnych głosów, dadzą do myślenia politykom? OK, nic nie zmienią, ale chwila refleksji naszej klasie politycznej nie zaszkodzi.

Po co iść, żeby oddać głos nieważny? Bo nie idąc na wybory jasno mówimy: mamy w... głębokim poważaniu nasz kraj i prosimy sąsiadów, aby wybrali władzę za nas.
Poza tym, jak można nie brać udziału w jedynym święcie demokracji, gdy następuje jedyny taki moment, w którym coś od nas zależy?

Nie idąc na wybory jednocześnie mówimy "nie chcemy demokracji". Niektórzy twierdzą, że właśnie demokracja polega na tym, że można nie głosować. Uważam jednak, że jeśli ktoś nie jest zwolennikiem autokratycznych systemów, dyktatury albo libertariańskich utopii (w tym momencie kolega Olgierd lub koleżanka Agnieszka mnie przeklinają) to powinien głosować.

Głos nieważny, też jest głosem. Nie pójście na wybory nie jest głosem - chyba, że może przynieść wymierny skutek polityczny, jak pisze Olgierd.

Generalnie jestem przeciwnikiem wprowadzania sankcji, za brak udziału w wyborach bez usprawiedliwienia (co jest praktykowane w kilku krajach o głęboko zakorzenionych demokratycznych tradycjach). Jednak jak patrzę na frekwencję rzędu 40 procent lub mniej, to zastanawiam, się, czy nie warto jakoś tego rozwiązać.

Niestety nie mam pomysłu. Nie jestem zwolennikiem praktykowanej w innych krajach grzywny. To najprostsze rozwiązanie, ale dość brutalne. Nie chcę, żeby ludzie głosowali, bo nie stać ich na zapłacenie grzywny. Może trzeba wprowadzić inne?

A może zamiast sankcji po prostu apel: człowieku, nasz kraj nie należy do polityków, tylko do ludzi tu mieszkających. Mieszkając tu, a nie głosując, de facto oddajesz władzę politykom. Bo wielu zależy na tym, żebyś nie poszedł do wyborów, bo zdobyć władzę mogą tylko dzięki mniejszości wyborców.

Niestety w skuteczność apeli nie wierzę za bardzo. Dlatego 21 października znów władza zostanie wybrana przez mniejszość Polaków.

 
 Oceń wpis
   

Czym się różni Władysław Bartoszewski od Jarosława Kaczyńskiego? Ten pierwszy ma klasę, styl i przede wszystkim autorytet.

Po dzisiejszej wymianie zdań między obu Panami (prawdziwej wymiany nie było, pierwszy przemawiał w Krakowie, drugi trochę później w Szczecinie) muszę wyrazić ubolewanie. Ubolewanie, że premier lubuje się w niszczeniu autorytetów.

Niech sobie niszczy Tuska, Kwaśniewskiego i kogo tam jeszcze chce, ale niech się ograniczy do tej ligi.

Dlaczego po raz kolejny obrzucił błotem osobę, która dla wielu jest wielkim autorytetem. Mało kto ma taki życiorys i całym swoim długim już życiem udowodnił, że jest ze wszech miar porządnym i prawym człowiekiem.

Kto ma być autorytetem dla młodego pokolenia Polaków, skoro ci słyszą, jak premier RP pluje na takich ludzi? Kaczyński ma być autorytetem? Giertych junior a może senior? Czy może Przemysław Edgar?

Jak można (nie pierwszy raz) powiedzieć o Bartoszewskim, że on cokolwiek na kolanach robił, czy służalczo zgięty w pas? Według premiera właśnie tak prowadził rozmowy z Niemcami w czasie, gdy był ministrem spraw zagranicznych.

Po namyśle stwierdzam, że Jarosław Kaczyński mówi tak przez zazdrość. Zazdrości Bartoszewskiemu, że ten może z Niemcami rozmawiać jak równy z równym, bo jest dla nich autorytetem. To Niemcy mają kompleks wobec Bartoszewskiego, więc on nie musi na nich poszczekiwać jak mały kundelek na doga.

Gdy rozmawia z Niemcami, nie musi krzyczeć, grozić, wymachiwać szabelką. Po prostu mówi i jest słuchany.

Premier ma czego zazdrościć i widać ma nieodparta potrzebę uzewnętrznienia tego uczucia.

Być może góra Ślęża ma kompleks wobec Czomolungmy, ale przynajmniej nie zdradza tego nikomu. Dlatego wszyscy ją lubią i nawet podziwiają. Bo choć niezbyt wielka, to godnie się prezentuje.

P.S. Do Władysława Bartoszewskiego - choć uważam go za autorytet - mam jednak żal o to, że zaangażował się w kampanię PO. Partia ta jeszcze go rozczaruje. Dlatego powinien trzymać się w większej odległości od bieżącej polityki. Gdyby powiedział to, co powiedział, ale nie na konwencji PO, miałoby jeszcze większą siłę rażenia.

 
 Oceń wpis
   

Dlaczego ktoś, kto nie chce żyć w Polsce, ma decydować o tym, jak mają żyć ci, którzy zostali? Obecne rozwiązanie polegające na tym, że głosuje każdy, kto ma polski paszport, trzeba gruntowanie przemyśleć.

Obserwując Lecha Kaczyńskiego i Nelly Rokity, którzy prowadzili kampanię wyborczą w Stanach, słuchając wypowiedzi tamtejszej Polonii, zacząłem się zastanawiać, dlaczego mieszkający tam ludzie mają decydować, kto będzie rządził mną tutaj?

Wcale nie chodzi o to, aby Polonii odebrać prawo głosu za karę, że wybrali lepsze życie poza ojczystym krajem. Każdy ma prawo, a przynajmniej powinien mieć, aby żyć tam, gdzie chce.

Nie chodzi o karę, ale o logikę. Dlaczego ktoś, kto od 20 lat mieszka w USA, ma decydować, kto będzie rządził w Polsce? Dlaczego ma wybierać za mieszkańców kraju nad Wisłą, skoro nie będzie ponosił konsekwencji wyborczej decyzji?

Oczywiście trzeba rozwiązać problem ludzi, którzy wyjechali na parę lat po to, aby się dorobić i wrócić. Oni powinni móc współdecydować o kształcie Polski.

Jak rozróżnić te dwa rodzaje emigracji? Najprościej poprzez podatki. Jeśli ktoś je płaci w Polsce (a przynajmniej składa deklaracje podatkowe), to znaczy, że nie pożegnał się z krajem na zawsze. Może nie jest to do końca sprawiedliwe, ale jednak to dość czytelny podział na Polaków chwilowo przebywających za granicą, a tych, którzy swoje losy związali z innym krajem.

Według takiego myślenia, prawo wyborcze powinni otrzymać obcokrajowcy żyjący w Polsce. Jeśli ktoś ma prawo pobytu i pracy na kilka lat, dlaczego ma nie mieć wpływu na kraj, w którym mieszka i pracuje?

Co w tym złego, że Anglik, Niemiec, czy Ukrainiec będzie miał wpływ na kształt parlamentu, skoro, tak jak Polak, będzie ponosił skutki ewentualnego złego wyboru, czy też cieszył się, że dzięki jego trafnej decyzji kraj rozwija się pomyślnie.

W wyborach samorządowych mieszkaniec Suwałk nie może współdecydować o tym, kto będzie prezydentem Wrocławia, nawet jeśli jest w tym mieście podczas wyborów na delegacji. I słusznie, bo wrocławianie jak sobie pościelą, tak się wyśpią i mieszkańcom Suwałk niewiele do tego. I odwrotnie.

Skoro więc wrocławianinowi - choćby urodził się w Suwałkach - nic do tego, jaką w Suwałkach mieszkańcy sobie władzę wybiorą, to dlaczego Amerykanie z Ameryki, Irlandczycy z Irlandii lub Niemcy mieszkający w Niemczech - choćby urodzili się w Polsce - mają decydować, kto będzie tutaj rządził?

 
1 | 2 |





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.