rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Kolejni buntownicy domagają się dyskusji, demokratyzacji, zmian i tym podobnych fantasmagorii w Prawie i Sprawiedliwości. Po co im to? Dlaczego przez tyle lat rządy silnej ręki im nie przeszkadzały?

Prezes Jarosław Kaczyński był dobry, mimo że władał partią w tym samym stylu co dziś, bo dawał szansę wygranych wyborów. Członkowie partii byli w stanie wiele znieść w zamian za profity płynące ze sprawowania władzy.

Teraz dzięki niemu PiS przyjął opcję wiecznego opozycjonisty. Jedyna szansa na władzę, to wygrana z wynikiem ponad 50 procent. Na to jednak się nie zanosi, a każde inne zwycięstwo nie daje władzy, bo partia straciła wszelką zdolność koalicyjną.

Kurski, Ziobro i inni nie chcą dalej znosić prezesa, bo nie mają w tym już żadnego interesu. Jedynym profitem może być jeszcze dobre miejsce na liście wyborczej. Jednak jeśli ktoś ma ambicje być ministrem, rozdzielać posady zaskarbiając sobie wdzięczność i lojalność partyjnych kolegów, to bycie za wszelką cenę dożywotnim opozycyjnym posłem nie satysfakcjonuje go. Jest pokusa, aby zrobić jakiś manewr. Stąd brak lojalności. Przecież prezes się nie zmienił, zawsze był taki sam.

Pretekst jest dobry, trzeba rozliczyć wyborczy wynik. Wiadomo, jak musi się skończyć takie wyzwanie rzucone prezesowi w twarz. I wcale nie jest to zarzut wobec PiS-u, bo każda partia buntowników wyrzuca. Najmniej jest ich w partii rządzącej, bo zwyczajnie tam jest najmniejsza motywacja do wychylania się. Zbyt dużo można stracić. Ale i w PO się zdarza, a gdy ta stanie się opozycyjna, to może być prawdziwa fala buntów.

Swoją drogą, sprawa z księdzem Bonieckim pokazała, że partie przypominają zakony. Jest reguła i nie można inaczej mówić niż szef, nawet jeśli mówi się mądrzej.

PiS ma poważny problem, bo Jarosław Kaczyński nie jest w stanie doprowadzić partyjnych działaczy do władzy, a z drugiej strony PiS to Jarosław Kaczyński i bez niego ugrupowanie nie może liczyć na przyzwoity wynik w wyborach. Bez Kaczyńskiego nie da się wejść do Sejmu, a z Kaczyńskim nie da się dojść do władzy.

Ciekaw jestem, jaki koncept na przyszłość mają ziobryści? Są zbyt doświadczonymi politykami, aby powtarzać drogę PJN-u, a nie jestem przekonany, czy powtórzą drogę Palikota. Ten konkurował ze słabym SLD, a oni muszą z mocnym PiS-em i niezastąpionym prezesem. Nie mogą tworzyć PiS-bis, ale raczej nową jakość. Ciekawe, czy za cztery lata wyborcy będą pamiętać, kim jest Ziobro i Kurski, a nawet jeśli, to czy wycenią ich inicjatywę na ponad pięć procent.

 
 Oceń wpis
   

Mord dokonany przez szaleńca w Łodzi nic nie zmieni na naszej scenie politycznej. Ewentualnie doprowadzi do eskalacji nienawiści i nastąpi odwet. Zmiana retoryki nie jest możliwa, bo obie konkurencyjne partie są zbyt do siebie podobne, aby mogły w miarę normalnie ze sobą się spierać. Muszą się nienawidzić, wyostrzać drobne różnice i ukrywać wiele podobieństw.

Dlaczego między PiS-em a SLD jest tylko spór a nie ma wojny? Podobnie między PiS-em a PSL-em. Również między PSL-em a SLD, między PO a SLD. Wojna jest tylko na linii PO - PiS. Otóż partie z tak podobnym programem muszą walczyć ze sobą, aby pokazać wyborcom, iż jednak są różne i udowodnić, że nie jest wszystko jedno, czy się zagłosuje na jedną czy drugą.

Z SLD, PSL-em, można się w sposób cywilizowany spierać, polemizować, ale nie trzeba wywoływać wojny, bo każdy wie, że to zupełnie różne partie.

Przed 2005 rokiem koalicja POPiSowa wydawała się oczywista. Tak wiele te partie łączyło. Właśnie zbyt wiele. Wbrew pozorom, podczas wyborów łatwiej jest rywalizować partiom różnym i później się dogadać w sprawie koalicji niż partiom podobnym. Bo te podobne muszą się odróżnić w kampanii wyborczej a żeby się odróżnić, muszą się bardziej brutalnie skopać. Po stoczonym boju jest zbyt wiele ran, aby spokojnie się dogadać i na chłodno uzgodnić podział stołków (bo o wspólnym programie rządu nie trzeba zbyt długo rozmawiać, bo i tak jest wspólny).

Przyczyną trwającej piąty rok POPiSowej wojny nie są kwestie światopoglądowe, personalna nienawiść na linii Tusk - Kaczyński, czy to, że prezes przestał albo zaczął brać tabletki. Nawet, jeśli to wszystko ma znaczenie, to drugorzędne (przecież kiedyś Stefan Niesiołowski w ZChN-ie był świętszy od papieża, a teraz jest głównym pogromcą PiS-u, w którym schronienie znalazło ZChN-owskie skrzydło).

Gdyby tak, jak nas uczono na matematyce, utworzyć dwa zbiory wartości i przekonań PiS-u i PO, to zbiór wspólny byłby największy. I to właśnie jest przekleństwem obecnych czasów w polityce.

Dawniej było prościej. Byli postkomuniści i reszta porządnych. Ci pierwsi czasem spotykali się w niektórych kręgach z ostracyzmem, z tych drugich czasem się śmiano za brak ogłady na salonach władzy. Jednak nikt nikogo nie zarzynał.

Teraz postkomuniści nie są już dziedzicami Bieruta, tylko młodymi prężnymi (może trochę zabawnymi) zapaterystami. I taka jest recepta na zmiany. PiS albo PO w takim kształcie, jakim są obecnie, zniknie z polityki.

PiS podzieli los LPR-u i zejdzie ze sceny, jeśli stanie się partią ultraprawicową. A może to PO będzie miała poparcie na granicy błędu statystycznego, bo zostanie odrzucona przez elektorat troszkę liberalny za zbyt socjalistyczne podejście do gospodarki i zbytni konserwatyzm w kwestiach światopoglądowych. A może PO stanie się bardziej prawicowa i nikt nie będzie chciał na nią głosować, bo po co stawiać krzyżyk na PiS light, skoro jest prawdziwy PiS?

Kto dożyje, też zobaczy, jak będzie.

 
 Oceń wpis
   

Wszystko ma swoje granice, nawet polityczne show. Jednak Janusz Palikot je przekroczył. Powiedział wprost w TVN24, że tragicznie zmarły prezydent Lech Kaczyński jest moralnie odpowiedzialny za śmierć wszystkich ludzi w katastrofie smoleńskiej i ma krew na rękach.

Takie słowa wypowiedziane przez posła, szefa regionu, to co najmniej skandal i pozycjonuje Platformę Obywatelską na marginesie sceny politycznej. Gdzieś daleko w dół poniżej Samoobrony, która od wczoraj na tle PO wypada godnie, jako spokojne, wyważone, rozsądne ugrupowanie.

Wypowiedź Palikota - tak mi się wydaje - była odpowiedzią na słowa jakiegoś człeka-anonima z ulicy, który powiedział przed kamerą, że Tusk ma krew na rękach i jest w zmowie z Putinem. Jednak nie jest to stanowisko PiS-u i żaden działacz Prawa i Sprawiedliwości, tym bardziej poseł, czegoś takiego nie powiedział. Waga słów krzykacza jest znacznie mniejsza tym bardziej, że nikt nie widział dokumentacji psychiatrycznej tego osobnika.

Jednak wyrok Palikota na Lechu Kaczyńskim w momencie, kiedy nawet eksperci nie wiedzą, jakie były przyczyny katastrofy, jest poniżej wszelkiego poziomu. Co innego jest przynieść do studia telewizyjnego łeb świni, machać na konferencji prasowej sztucznym penisem, ale bez podstaw oskarżać kogoś o spowodowanie śmierci blisko stu osób, to już NIE jest happening. To już jest... Brak mi cenzuralnych słów, a nie chcę się zniżać do poziomu Palikota.

Nie mam pewności, że Lech Kaczyński nie jest moralnie odpowiedzialny za tragedię, ale póki co nie ma dowodów, aby tak mówić. Równie dobrze może się okazać, że moralnie odpowiedzialny jest Radosław Sikorski, bo to jego resort organizował tę wycieczkę. Ale dziś po prostu nikt nie wie, kto i na ile jest odpowiedzialny, więc Palikot nie ma prawa mówić tak samo, jak uliczny krzykacz, czy w debacie publicznej sprowadzać rządzącą partię do poziomu Naszego Dziennika.

Niestety byłem też oglądaczem (już po wypowiedzi Palikota) spotkania w TV PO-wca Kazimierza Kutza z PiS-owcem Zbigniewem Girzyńskim. I wrażenie okropne. Kutz mówiący o tym, że Palikot jest fajny (bo taka jest nowa jakość polityki i tacy politycy to przyszłość) oraz Girzyński, który spokojnie krytykując pajaca z PO wypadł jak przedstawiciel rozsądnego ugrupowania, które chce normalności w kraju.

Teraz Platforma ma jedno wyjście, aby udowodnić, że jest normalną partią: wyrzucić Palikota i na początek zacząć pracować nad tym, aby wybić się z szamba i próbować dorównać poziomem Samoobronie. Jak już przejdą poziom Łyżwińskiego, to wtedy przyjdzie czas na pracę nad stworzeniem ugrupowania godnego rządzenia krajem. Czasu nie mają zbyt wiele.

 
 Oceń wpis
   

Śledząc wydarzenia polityczne ostatnich tygodni można odnieść wrażenie, że nic zupełnie w kraju się nie dzieje poza tym, że w PO decydują, kto będzie prezydentem RP.

Platformeskie prawybory są bowiem tak zręcznie sprzedawane, że można odnieść wrażenie, że to już wybory. Media zostały nimi zdominowane i mniej zorientowany odbiorca może sądzić, że poza Komorowskim i Sikorskim nie ma w kraju innych kandydatów na najwyższy urząd.

I o to właśnie chodziło PO.

Chodziło o to, żeby nie było Lecha Kaczyńskiego, żeby nie było Olechowskiego, żeby nie było Szmajdzińskiego (który swoją drogą jest tak, jakby go nie było), żeby nie było Nałęcza (którego jakby bez wysiłków PO nie ma) i żeby byli tylko Komorowski z Sikorskim.

Przedwyborczą akcję Platformy uważam za mistrzostwo PR-u. Skoro media przez kilka tygodni, czy nawet miesięcy będą odmieniać przez wszystkie przypadki nazwiska Sikorski i Komorowski, to w końcu każdy dowie się, kim są. A głosować można tylko na tego, kogo się zna. Rozpoznawalność jest więc rzeczą kluczowa, a jak pokazują badania, większości polityków ludzie jednak nie kojarzą.

Pomysł z prawyborami jest trafiony w dziesiątkę. Aby koncept się nie znudził, do podgrzewania atmosfery zatrudniony został agent specjalny Palikot. Swoją robotę ma do wykonania również Rostowski, który musi mówić, że reformator i wybawca kraju Tusk nie może robić reform, a nawet nie może zacząć ich planować, bo zły prezydent nie powiedział, że nie poprze reformy polegające na nie-wiadomo-czym.

Ludzie prezydenta nie śpią i tym razem ich reakcja była świetna. Polecam lekturę wywiadu z Pawłem Wypychem, który celnie, merytorycznie, bez zacietrzewienia punktuje Rostowskiego. Rozmowa nie jest krótka, ale proszę przeczytać całą. Warto!

Gdyby zawsze szeroko pojęty obóz PiS-u stosował taką taktykę - spokojnego obnażania miałkości obecnego rządu - to śmiem twierdzić, że słupki w sondażach wyglądałyby inaczej niż dziś.

Bo można się zgodzić z argumentami Wypycha, który spokojnie tłumaczy, dlaczego prezydent nie mógł powiedzieć Rostowskiemu tak. Nie obraził on przy okazji połowy społeczeństwa, nie powiedział, że kto myśli inaczej, ten jest agentem, gejem, komuchem, złodziejem czy innym połamasem, a mimo to zręcznie wykazał, że nie ma żadnego sensownego planu reformy finansów.

Gdyby z niego przykład wzięli koledzy z PiS-u i sam wódz-prezes, to daliby szansę Lechowi Kaczyńskiemu. A żeby się liczyć w najbliższych wyborach, bardzo on jej potrzebuje. Szansę może dać mu jego własny obóz, czyli musi przestać go niszczyć, a zacząć wspierać w budowaniu wizerunku osoby, która otacza się nie oszołomami, ale osobami trzeźwo patrzącymi na sytuacje kraju i rząd Donalda Tuska.

Jeśli wywiad z Pawłem Wypychem to dobry początek nowego, to wybory będą ciekawe. Jeśli to tylko wypadek przy pracy i wszystko wróci do znanej nam normy, to bez instytutów badawczych wiem, kto będzie prezydentem.

 

 
 Oceń wpis
   

Nie rozumiem dwóch rzeczy: dlaczego prezydent, nawet jeśli jest alkoholikiem, miałby zrezygnować z pełnionej funkcji, a druga sprawa, to o co - poza rozgłosem - chodzi Palikotowi?

Załóżmy, że Palikot ma rację. I co z tego? Palikot, gdyby żył w innych czasach i w innym kraju domagałby się od Churchilla rezygnacji z funkcji premiera?

Nawet jeśli Winston Churchill nie był alkoholikiem, to za kołnierz nie wylewał. Różne źródła podają rozbieżne informacje, co lubił najbardziej, ale nie jest istotne, co pił człowiek uznany za najwybitniejszego Brytyjczyka w historii, ale ile. A ponoć niemało.

Jego okołoalkoholowe powiedzenia stały się klasyką. Pewna kobieta na przyjęciu miała powiedzieć do Churchilla: Pan jest kompletnie pijany! To skandal! Ponoć brytyjski premier miał odpowiedzieć: A Pani jest brzydka i to się nie zmieni. Natomiast ja jutro wytrzeźwieję. (cytuję z pamięci - nie pamiętam źródła).

Co prawda, nasz prezydent z takich powiedzeń nie zasłynął, co nie oznacza, że nie pije. Ale o co cała ta afera? Jeśli Lech Kaczyński lubi sobie wypić, to powinien odpowiedzieć Palikotowi, że owszem, lubię.

Jestem przekonany, że prezydent zyskałby w sondażach, dzięki takiemu wyznaniu. Ja bym pomyślał: swój chłop. Poza tym takie wyznanie odbrązowiłoby postać prezydenta. W dodatku zagrałby na nosie Palikotowi, któremu raczej nie zależy, aby sondażowe słupki rosły prezydentowi.

Udokumentowany niejednokrotnie został fakt, że poprzednik Lecha Kaczyńskiego lubi sobie wypić. I co? Nic! Wciąż jest popularnym politykiem. Kolejne rządy za jego dwóch kadencji konsekwentnie dążyły do członkostwa Polski w NATO i Unii Europejskiej. Nie zawsze trzeźwy prezydent nie dość, że w tym nie przeszkadzał, to nawet pomagał.

W kraju natomiast zdobył sobie opinię prezydenta koncyliacyjnego.

Jeśli zatem nasz prezydent pije, to co z tego? Nie wierzę, aby decyzje o tym, czy podpisać jakąś ustawę zapadały bez jego świadomości.

Jedno mnie natomiast dziwi. Dlaczego o pijaństwie ma świadczyć zakup małych buteleczek alkoholu? Jeśli ktoś lubi sobie popijać niewielkimi łyczkami, to znacznie praktyczniejsza jest piersiówka. Po co ktoś za prezydentem ma nosić siatkę z buteleczkami (przecież takie podzwanianie na pewno byłoby wychwycone przez telewizyjne mikrofony i dopiero byłaby afera), skoro głowa państwa może mieć w kieszeni marynarki piersiówkę?

A swoją drogą, to czemu się dziwić, że prezydent lubi sobie wypić (jeśli rzeczywiście lubi)? Gdyby do mnie codziennie dzwonił prezes PiS-u, w moim imieniu wypowiadał się Kamiński albo Kurski, to też bym się napił. A gdyby koleżankami mojego brata były panie Sobecka i Kempa, to piłbym codziennie.

P.S. Informacje o zakupach alkoholi przez kancelarię prezydenta nieco mnie rozczarowały. Była mowa o zakupach whisky, koniaku i czegoś tak jeszcze. Ani słowa o Żołądkowej Gorzkiej :(

A tak chciałbym poczuć z prezydentem więź smakową.

 
 Oceń wpis
   

W potocznej polszczyźnie słowo biadolenie powinno zostać zastąpione słowem tuskolenie, a utyskiwanie słowem utuskiwanie. Przynajmniej w sferze polityki. Bo metodą PO na rządzenie jest właśnie biadolenie i próba przepękania jakoś tego trudnego okresu, kiedy jest się u władzy a nie wie się, co z nią zrobić.

Nie mamy pomysłu co zrobić, nie chcemy się pogodzić z demokratycznymi mechanizmami, to będziemy tuskolić i utuskiwać - taka jest filozofia Platformy.

Platforma zajmuje się albo nic-nie-robieniem, albo tworzeniem i forsowaniem ustaw, o których i tak wiadomo, że prezydent je zawetuje (ustawa kominowa i medialna).

Gdyby PO naprawdę chciała coś zrobić, dostosowałaby się do panującego w Polsce demokratycznego reżymu zamiast zajmować się utuskiwaniem. Nie warto teraz rozważać, czy Konstytucja jest dobra, czy zła, ale jest i nie zostanie jeszcze długo zmieniona. Według tej Konstytucji, sejmowa zwykła większość musi przekonać prezydenta do swoich pomysłów albo skonstruować większość zdolną odrzucić prezydenckie weto.

PO konsekwentnie łamie te zasady, a zatem wniosek jest prosty - tak naprawdę nie chce nic zrobić, tylko uprawia pozoranctwo.

Gdyby była w niej chęć działania, to zamiast słyszeć o utuskiwaniu, w mediach byłoby głośno o spotkaniach: Donald Tusk - Jarosław Kaczyński; Donald Tusk - Lech Kaczyński; Donald Tusk - Grzegorz Napieralski. I byłyby to spotkania przed wniesieniem projektu ustawy pod obrady Sejmu.

Konstytucja po to tak została skonstruowana, aby prezydent mógł hamować zapędy koalicji rządzącej, a koalicja mogła hamować zapędy prezydenta i odrzucać projekty ustaw powstające z jego inicjatywy. Ten hamulec działa słabo, gdy oba ośrodki władzy wykonawczej są z jednego obozu, ale to już decyzja wyborców, aby jednej opcji powierzyć pełnię władzy.

Działa jednak dobrze w przypadku kohabitacji. I dobrze, bo władza nie powinna mieć komfortu rządzenia. Im większy ma komfort, tym gorzej dla obywateli.

Nie oznacza to, że PO-PSL nic nie może zrobić. Może, tylko musi chcieć. A jeśli będzie chciała, to może pójść na kompromis z SLD, z PIS lub z ośrodkiem prezydenckim, czyli z PiS. Tak czy inaczej, projekt ustawy musi mieć szersze poparcie, niż tylko wśród zwolenników Platformy.

Tym lepiej dla projektu! Jeśli ma szersze poparcie partii, to ma szersze poparcie w społeczeństwie. Dlaczego PO zanim wniesie projekt do Sejmu, nie zapyta prezydenta, co musi w nim zmienić, żeby nie został zawetowany? Dlaczego nie spyta SLD, czy zagłosuje za odrzuceniem prezydenckiego weta? Dlaczego nie spyta PiS-u, czy nie poprze ustawy, skoro w poprzedniej kadencji PO głosowała za większością PiS-owskich ustaw?

Platforma woli jednak pozorować, że ma pomysł na Polskę, na zmiany, na lepszą przyszłość. Woli tworzyć kiepskie ustawy wiedząc, że i tak zostaną zawetowane. PR-owcy i tak zadbają o przekaz, że PO chce dobrze, ale zły prezydent nie pozwala.

Skuteczny PR jest niezbędny każdemu rządowi, ale poza nim jest potrzebna skuteczność w działaniu, którą PR-owcy mogą nagłaśniać. Po co w następnych wyborach mam zagłosować na partię, która nie jest skuteczna? Samym PR-em nie da się sprawić, że wyborcy zagłosują na tuskoleni lub utuskiwaczy.

Właśnie dlatego uważam, że PO stacza się po równi pochyłej. Jaki będzie wynik w 2011 roku? Jeśli PO wygra, to oznaczać będzie, że zaczęła wreszcie działać albo że PR wygrał z demokracją. Zamiast RP, będziemy mieli PR.

 
 Oceń wpis
   

Pojawiły się dwie elektryzujące informacje dotyczące świata polityki i świata mediów, a jak się okazało, jedna z nich sprawiła, że na giełdzie zapanowała euforia. Pierwsza dotyczy decyzji rumuńskiego Senatu, który uchwalił, że w serwisach informacyjnych połowa newsów musi być pozytywna. Druga jest z naszego ogródka/grajdołka - PiS bojkotuje TVN, co Przemysław Edgar G. ogłosił w TVN (sic!).

PiS obraziło się na wszystkie media koncernu medialnego ITI. TVN i TNV24 są złe, bo źle mówią o PiS-ie, a jak już źle mówią, to za krótko - inne partie mają ponoć więcej czasu antenowego. Onet.pl jest zły, bo jak wyjaśnia PiS, przy depeszach o Prawych i Sprawiedliwych zamieszcza szkaradne zdjęcia członków.

Ponoć nie jest to wina członków, tylko osób dobierających fotki. Jest wiele zdjęć przedstawiających wyżej wymienionych w pozach godnych dobrotliwych mężów stanu, a dziennikarskie wredoty wybierają te ze szkaradnymi grymasami twarzy. Ciekawe skąd biorą takie zdjęcia? Na pewno przerabiają w Photoshopie. I tak zamiast uśmiechniętych amantów powstają pisopotwory.

Kliknij tutaj, aby zobaczyć przegląd zdjęć polityków PiS autorstwa fotoreporterów PAP. Czy naprawdę można się obrazić?

Trzeba działać, bo może się zdarzyć, że PiS obrazi się na wszystkie media i przestanie istnieć. Nie można dopuścić do tak wielkiej straty w polskim życiu politycznym. Kto miałby zostać kolejnym premierem?

Szefowie wszystkich największych mediów powinni usiąść przy okrągłym stole i ustalić zasady, jakimi będą się kierować przy wydawaniu serwisów informacyjnych. Przykład mamy z Rumuni, ale u nas lepiej nie mieszać do tego parlamentu. Niech media oddolnie ustalą kodeks wydawcy. W każdym serwisie musi być 50 procent pozytywnych informacji o PiS. Połowa publikowanych zdjęć członków PiS ma być ładna.

To wcale nie jest trudne (no, może poza zdjęciami). Stwórzmy w połowie pozytywny serwis informacyjny. 50 procent pozytywnych informacji o PiS-ie!

Co dziś w serwisach PiSzczy? Wysoko zamieszczona została informacja o tym, że Jarosław Kaczyński postuluje wyeliminowanie Kazimierza Kutza. Po co zaraz tytuł z cytatem wypowiedzi prezesa Wyeliminować Kutza z życia publicznego (gazeta.pl)? Po co Ostre słowa J. Kaczyńskiego pod adresem Kutza (onet.pl)? I dlaczego zdjęcie zacietrzewionego szefa partii?

Do tego akurat nie pasowałaby fotografia dobrotliwie uśmiechniętego byłego premiera, ale można dać na przykład zdjęcie Kutza i piły mechanicznej, a podpisem mógłby być cytat Tego rodzaju ludzi trzeba z polskiego życia publicznego eliminować. A gdzie obowiązkowy pozytyw? Oczywiście, że jest, należy tylko podkreślić, że prezes nie zamierza całkiem wyeliminować Kutza, a jedynie z życia publicznego. Kutz może żyć - może to byłby dobry tytuł, albo optymistycznie nastrajająca pointa.

Płynnie przechodzimy do kolejnej pozytywnej informacji: 15-latka zamierza pozostać dziewicą (onet.pl). Drugi tytuł tej samej depeszy: Niewinna i czysta Miley Cyrus. Zdjęcie jest w porządku, więc nie zmieniamy. Jakąż to ulgę przynosi odbiorcom, że jest na świecie 15-letnia dziewica i w dodatku nie zamierza tego zmieniać przed milionową widownią podczas jakiegoś reality show.

Do tej pozytywnej informacji trzeba dodać wątek PiS-owski. Miley Cyrus taką jedynie słuszną decyzję z punktu widzenia jedynie słusznej religii podjęła po spotkaniu z Przemysławem Gosiewskim. Ponoć nie musiał jej długo przekonywać tym bardziej, że na horyzoncie zobaczyła zbliżającego się Karola Karskiego. PiS uratowało czystość Cyrus - proponuję taki tytuł.

Ceny mieszkań będą spadać - donosi Money.pl. Jaki nietrafny tytuł: Nie kupuj teraz mieszkania! Dzięki PiS-owi będą tańsze mieszkania - tak powinno to być, bo przecież taniejące nieruchomości to efekt zapoczątkowanego przez PiS programu budowy trzech milionów tanich mieszkań (brutalnie przerwanego przez nietrafne decyzje oszołomionych tendencyjnymi mediami wyborców). Program nie został zrealizowany, ale i tak przynosi efekty - słuszną linię miała nasza władza. Dlaczego tam jest zdjęcie robotników? Powinien być uśmiechnięty prezes z podpisem To jemu zawdzięczamy, że za miesiąc pracy możemy sobie kupić 33 centymetry kwadratowe mieszkania - o 3 centymetry więcej, niż za czasów układu.

GPW ostro w górę - co to za tytuł i dlaczego zdjęcie z giełdy zamiast z obrad kierownictwa PiS-u? Przecież giełda poszła do góry tylko dlatego, że PiS obiecał, iż nie będzie pojawiał się w mediach. Euforia inwestorów nie miała granic. 3-procentowe wzrosty zamiast 3-procentowych spadków zafundował nam prezes! Tylko tendencyjni dziennikarze zamiast docenić plan szefa partii i poinformować opinię publiczną o jego geniuszu, mówią i piszą, że PiS naprawdę chce zniknąć z mediów. Przecież on to zrobił dla inwestorów, dla przyszłych emerytów. Ktoś musi ratować giełdę. Łubu dubu, łubu dubu...

 
 Oceń wpis
   

Mamy bardzo dobrą konstytucję! O tym, że jest bardzo dobra świadczy fakt, że nie podoba się nikomu. Nie ma dla niej lepszej rekomendacji.

Gdyby bowiem ustawa zasadnicza w stu procentach spełniała oczekiwania jednej siły politycznej, byłaby konstytucją dla jednej opcji. A powinna być dla wszystkich, nie tylko dla wszystkich polityków, ale dla wszystkich obywateli.

Skoro ma być dla wszystkich, to oznacza, że musi być efektem kompromisu, a zatem nikt nie jest z niej w pełni zadowolony, ale jednocześnie ma taki kształt, który wszyscy są skłonni zaakceptować z często mniejszym niż większym entuzjazmem, a najczęściej bez entuzjazmu.

Wolałbym nie doczekać chwili, kiedy ktoś powie: mamy idealną konstytucję. A jeśli powiedziałby to szef którejś partii, oznaczałoby to, że doczekaliśmy się konstytucji napisanej pod jedną partię.

Dlatego nie chcę konstytucji tuskowej, ani nie chcę kaczyńskiej. Chcę ułomnej, niczyjej, czyli wspólnej!

Irytują mnie głosy namawiające do poprawiania konstytucji pod obecny układ polityczny - skoro premier drze koty z prezydentem, to trzeba jednemu zabrać władzę, a drugiemu dać - albo odwrotnie, zależy, czy o zmianach mówi obóz rządowy, czy prezydencki.

Przecież przeżyjemy Tuska, przeżyjemy Kaczyńskich, a konstytucja zostanie. Specjalnie władza została podzielona między premiera a prezydenta, żeby żaden nie mógł zbyt mocno nabałaganić. Oczywiście możliwa jest pełnia władzy wykonawczej, gdy oba urzędy obsadzi jedna opcja polityczna lub nawet jedna rodzina.

Jedno i drugie się już zdarzyło i to całkiem niedawno. Jednak o ile układ rodzinny się sprawdzał, to układ partyjny już niekoniecznie. Duet Kwaśniewski-Miller nie był - delikatnie mówiąc - idealny. Nie wystarczy pochodzić z jednej partii - w każdej są jeszcze frakcje, które najczęściej ze sobą skrycie lub jawnie rywalizują.

Tak więc poza układem rodzinnym, który nieczęsto w historii się zdarza, na linii prezydent-rząd często iskrzy i mało tego, iskrzyć powinno! Kto bowiem powiedział, że sprawowanie władzy ma być komfortowe? Im mniej komfortowe jest tym lepiej dla obywateli. Władza demoralizuje, władza absolutna demoralizuje absolutnie - rzekł lord Acton i wiedział co mówi.

Polska konstytucja była pisana pod polskich polityków - na wszelki wypadek nie można dać pełni władzy jednemu.

Czy trudno sobie wyobrazić, że premierem zostaje imbecyl? A gdybyśmy mieli system kanclerski i nikt nie przeszkadzałby mu w realizacji chorych wizji?

A gdybyśmy mieli prezydenta - zakompleksionego, niezrealizowanego frustrata, który chciałby się wyżyć za wszystkie niepowodzenia? Co by się działo, gdyby obowiązywał system prezydencki?

Wcale mnie nie roztkliwia utyskiwanie Tuska i jego ekipy, że nie mogą nic zrobić, bo prezydent zawetuje. Dlatego na wszelki wypadek nic nie robią. A co szkodzi przygotować projekt ustawy i zanim zgłosi się go pod obrady Sejmu, pójść z nim do prezydenta, zaprezentować i zapytać, jakie zmiany wprowadzić, żeby ustawa zyskała poparcie głowy państwa?

To się nazywa: negocjacje. Jeśli przyniosą efekt, to mamy do czynienia z kompromisem. (Dla obecnych polityków to trudne słowa, dlatego wyjaśniam ich znaczenie.)

Jeśli nie można dogadać się z prezydentem, rząd może negocjować z lewicą, aby ta zagłosowała za odrzuceniem prezydenckiego weta. Tak czy inaczej może powstać prawo, które nie zadowoli w pełni Platformy i PSL, ale po części zadowoli zwolenników PO, PSL, SLD, a w pierwszym scenariuszu zadowoli PO, PSL, zwolenników prezydenta, a więc w dużej mierze i PiS-u. W efekcie mamy prawo, które ma znacznie szersze poparcie, choć nie spełnia w stu procentach oczekiwań jednej opcji.

Na tym polega demokracja.

I już.

Skoro politycy nie potrafią się poruszać w ramach zasad nakreślonych przez obecną konstytucję, to nie będą potrafili także odnaleźć się w zasadach zmienionej konstytucji (jeśli nie daj Bóg do zmiany dojdzie).

Bo tak między Bogiem a prawdą, czy system kanclerski nadaje się dla Tuska? Dobry byłby dla Millera, Buzka, itd.? A czy prezydencki nadałby się dla Kaczyńskiego? A może dla Kwaśniewskiego lub Wałęsy? O pierwszego prezydenta III RP pytać nie będę.

 
 Oceń wpis
   

Prezydent nie mógł się dogadać z premierem w Warszawie. Udało się dopiero w pięknych okolicznościach przyrody na Helu. Nie chodzi o to, co ustalili, bo tego jeszcze do końca nie wiadomo, ale o sam fakt porozumienia.

Skoro politycy mają problem, żeby się dogadać w stolicy, to może trzeba ich wyekspediować na Hel. Mieszkańców tego pięknego miejsca przepraszam za ten pomysł, ale dla dobra kraju powinni się poświęcić. Może nawet wyprowadzić - za odszkodowaniem oczywiście.

Każdy poseł dostałby do dyspozycji pokój w jednym z licznych pensjonatów lub hoteli, albo domek na kempingu. Któraś z sal konferencyjnych dałaby się pewnie przerobić na miejsce obrad Sejmu.

A po co to wszystko? Dla atmosfery porozumienia! Olejniczak spacerujący po plaży pod ramię z Gosiewskim, Kurski w saunie z Kaliszem, Karski nacierający Senyszyn olejkiem - sielanka. I wszyscy sobie przytakują: Tak, tak panie pośle, ma pan rację. Albo: Akurat w tej sprawie mam nieco odmienne zdanie, ale podyskutujemy o tym spokojnie, a na pewno dojdziemy do kompromisu.

Premier Tusk z premierem Kaczyńskim siedząc przy barze w nadmorskiej kafejce też się w końcu dogadają, może nawet wspólnie postrzelają do tarczy z pistolecika. Do prezydenta Kaczyńskiego wpadną Kwaśniewski z Wałęsą na lampkę wina i może już zostaną.

Coś jest na tym Helu wyjątkowego. Wąski cypek ziemi, a działa jak magnes na tysiące turystów. Przecież prezydent bardzo lubi spędzać tam czas i z żalem wyjeżdża stamtąd do Warszawy. Może powinien zostać.

Czy eksperyment z wyekspediowaniem na Hel polityków może się udać? Warto spróbować. W razie, gdybym jednak przeceniał właściwości Helu i politycy zamiast się kochać, zaczęliby się boksować jak w stolicy, zawsze można ich łatwo odizolować. Z półwyspu szybko można zrobić wyspę - przekopać kanał, byle był głęboki i żadnej nad nim kładki ani mostu zwodzonego.

I tak powstałby rezerwat (dlatego wspomniałem, że mieszkańcy powinni wyjechać).

Same korzyści: albo mamy polityków nieszkodliwych (bo odizolowanych), albo mamy Sejm zgody narodowej. Jeden i drugi scenariusz jest dobry dla kraju.

Operację można by sfinansować ze sprzedaży bądź wynajmu wielu niepotrzebnych już nieruchomości w Warszawie. Mają dobrą lokalizację, więc trochę grosza wpadnie. Zaoszczędzi się też na posłach, bo nie trzeba będzie płacić za ich przeloty do Warszawy oraz na przelotach prezydenta, który też nie będzie już musiał zaglądać do stolicy.

A nawet gdyby zabrakło - choćby na odszkodowania dla mieszkańców Helu - to obywatele chętnie się dorzucą, bo naprawdę warto raz zacisnąć pasa, żeby mieć święty spokój.

 
 Oceń wpis
   

Zdumiony byłem debatą Kaczyński-Tusk! Nie poznawałem szefa PO. Jakiś taki energiczny, nawet błysk w jego oku dostrzegłem!

Przez ostatnie dwa lata nie mogłem patrzeć na Tuska. Zgaszony taki, nie bronił się przed kopniakami, a nawet przyjmował je jakby z obojętnością. Grał tak, jak mu zgrał prezes Kaczyński.

A tu jakby wigor odzyskał. Momentami nawet przejmował inicjatywę podczas debaty. Sądziłem, że Pan Jareczek zmiażdży Donaldka i do wyborów szef PO nie zdąży się pozbierać. Jareczek i Donek to określenia zaczerpnięte z debaty. Tak słodko momentami było. To informacja dla tych nielicznych, którzy z powodu porodu dziecka, nagłego zasłabnięcia, awarii elektryczności, nie mogli zobaczyć debaty.

Przed pojedynkiem jeden z komentatorów stwierdził, że remis oznacza zwycięstwo Tuska. Zgadzam się. W moim odczuciu był remis - każdy z Panów mnie momentami zirytował, każdy momentami był zabawny, żaden nie był przekonujący.

Kaczyński nie powinien podkreślać, że normalna, prawdziwa Polska zaczęła się dwa lata temu. Za taką normalność dziękuję. Poza tym jestem z pokolenia, które zaczęło uczestniczyć w budowaniu kraju w latach 90. i nie życzę sobie, aby ktoś mi mówił, że niepotrzebnie się fatygowałem, bo współtworzyłem jakąś obrzydliwą, skorumpowaną, nędzną III RP.

Z kolei Tusk męczący był w powtarzaniu, że kraju jakaś okropna, straszliwa nędza panuje. No bogatym społeczeństwem to nie jesteśmy, ale znowu nie jakimiś dziadami, bo wysiłkiem wielu ludzi udało nam się jednak dokonać skoku cywilizacyjnego przez ostatnie kilkanaście lat.

Tusk uczepił się też tej emigracji. Pan, Panie Tusk, też by nie zatrzymał tych ludzi, gdyby był premierem. Za dużo obłudy i demagogii w tym.

Podsumowując: podobało mi się, bo było dużo bardziej emocjonująco niż podczas poprzedniej - wygranej przez Kaczyńskiego - debaty. Oczywiście wybory i tak wygra PiS, debata tego nie zmieni, jak nie zmieni tego, że w polskiej polityce jest jeden rozgrywający.

 
1 | 2 |





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.