rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Doniesienia medialne o negocjacjach w sprawie tarczy oraz o problemach stoczni wielce mnie zafrasowały. Gorzej sypiam, zauważyłem kolejny siwy włos i jakby problemy z cerą mam większe.

Dużo myślałem o twardym orzechu, który zgryzać musi nasz biedny kraj. Choć biedny, to może nie najlepsze określenie, bo jesteśmy tygrysem Europy i jednocześnie jesteśmy w czarnej zupie - oba stwierdzenia nawiązują do tytułów z czwartkowych gazet. Obie miały rację. Po trosze nasz kraj jest tygrysem, po trosze skansenem. Zależy na co patrzymy.

Ale wracam do stoczni i tarczy. Gdy szedłem do pracy, doznałem olśnienia. Odkryłem, gdzie nasz rząd popełnia błąd. Sformułowanie popełnia błąd nie oznacza, że rząd nie jest miłościwie nam panującym i jedynym mającym słuszną rację.

Popełnił drobny błędzik, który niebawem sam odkryje, bez czytania mojego bloga i znajdzie dobre rozwiązanie.

Mimo to postanowiłem pomóc i podpowiedzieć: błędzik rządu polega na tym, że kwestie tarczy i stoczni traktuje rozdzielnie. A oba problemy można rozwiązać tylko wtedy, gdy zacznie się rozpatrywać wspólnie.

Już wyjaśniam zniecierpliwionym czytelnikom i premierowi - jeśli mnie czyta - w czym rzecz.

Stocznie być może będą musiały nam oddać 5 mld złotych, które im daliśmy (nam, czyli podatnikom, a kto z czytających podatków nie płaci, niech się pod stół skryje). Daliśmy zresztą stoczniom dużo więcej, więc niech oddadzą nam chociaż tę piątkę. Zawsze coś. Jednak zwrot darowanej kasy doprowadzi je do bankructwa, a wtedy zamiast płacić na pracujących stoczniowców, będziemy musieli płacić na bezrobotnych stoczniowców. Nie wiem, co jest tańsze, ale nie w tym rzecz.

I tu jest miejsce dla Amerykanów. Trzeba się z nimi dogadać, aby dali stoczniom te pięć milionów. Wtedy stocznie będą mogły oddać je nam i nie zbankrutować. Ale dlaczego USA miałyby dać tyle pieniędzy stoczniom? W zamian za to, że w suchym doku stoczni będą mogły sobie wybudować tarczę. Unia i tak się domaga, aby któryś z doków zamknąć, więc po co ma tkwić zamknięty, skoro może w nim tkwić tarcza.

W dodatku zaproponujmy Amerykanom offset. Budowę tarczy będą musieli zlecić stoczniowcom - stocznie będą miały więc gwarantowane zlecenie, więc tym bardziej nie upadną. W dodatku zrobią taką tarczę, że żadna rakieta się nie prześlizgnie. Skoro robią kadłuby statków, przez które nie przemknie nawet malutka kropelka wody, to tym bardziej mogą zrobić tarczę, przez którą nie przejdzie nawet mała rakietka - nawet rakietka do ping-ponga. To na wypadek gdyby Chińczycy mieli nas zaatakować w odwecie za przegraną na olimpiadzie.

Plan nie jest idealny - przyznaję. Amerykanie chcą nam dać w zamian za miejsce na tarczę 20 mln dolarów, a my mamy chcieć tylko pięć milionów złotych? Ale też znalazłem wyjście. Niech dorzucą nam jeszcze 15 mln złotych - tyle dotychczas kosztował nas (czyli podatników) spór PZU z Eureko. Dlaczego mamy za to płacić - wujek Sam ureguluje rachunki prawników. Niestety, wujka Sama nie będzie stać na opłacenie odszkodowania dla Eureko, które zdaje się być nieuniknione, więc go tym nie obarczajmy - nie można tak doić rodziny.

Wychodzi więc na to, że w zamian za tarczę chcemy 20 mln złotych, a oni chcą nam dać 20 mln dolarów. Cóż, do czasu, kiedy negocjacje się zakończą, kurs złotego względem dolara będzie 1:1, więc rozbieżności same znikną.

 
 Oceń wpis
   

Ze zdumieniem wysłuchałem wczoraj w radiowym serwisie informacyjnym relacji z protestu artystów przed Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Tancerze domagali się, aby 40-letnie tancerki i 45-letni tancerze mogli przechodzić na garnuszek podatników.

To żądanie nawet mnie nie zdziwiło - każda grupa zawodowa domaga się prawa do wcześniejszej emerytury, bo każda uważa, że ma pracę bardziej męczącą niż inni. Sprawę rozwiązałby obowiązek przechodzenia na emeryturę w wieku 40 lat. I koniec z protestami, dyskusjami, dyskryminacją mężczyzn, tancerzy, górników, policjantów, żołnierzy, krawców, piekarzy, nauczycieli, hutników, itd.

Na razie jednak żaden rząd na wprowadzenie tego słusznego prawa nie zdecydował się i nie wiem dlaczego.

Co prawda parę lat do czterdziestki mi zostało, ale jakoś tam się doczołgam do zasłużonej emerytury.

Wracam jednak do protestu tancerzy. Domagali się nie tylko kasy, ale także bronili abonamentu radiowo-telewizyjnego. Naturalne - pomyślałem - że bronią TVP, bo bez abonamentu nie będzie w telewizji baletu. Nie wygra on walki o oglądalność z tańcami na lodzie, a nie każdy baletowy tancerz ma łyżwy (a swoją drogą, to czemu w TVP nie ma baletu, a są tańce na lodzie?).

Ku mojemu zdumieniu nie chodziło im jednak o telewizję, tylko kierowała nimi troska o radio! Jak to jeden z protestujących ujął, likwidacja abonamentu to zamordowanie radia publicznego.

I przyznam szczerze, że od wysłuchania tego newsa nie jestem już sobą. Coś we mnie pękło, zmieniłem się, apetyt mam jakby mniejszy.

Nie znam się na kulturze wysokiej, fanem baletu nie jestem, w środowisku artystycznym nie obracam się. Jednak spróbowałem wczuć się w rolę tancerza i naprawdę nie wiem, dlaczego tak bardzo bronią radia. Gdybym był tancerzem i miał występować w mediach publicznych, to jednak wybrałbym telewizję.

Nie sądzę, aby w radiu były wyższe gaże niż w telewizji. A czy to taka atrakcja dla tancerza, żeby być słuchanym przez miliony odbiorców?

Muszę to jeszcze wszystko dokładnie przemyśleć. Sprawdzę, może dziś w Programie II Polskiego Radia puszczą jakiś niezły balet. Posłucham, ukulturalnię się i lepiej zrozumiem tancerzy.

 
 Oceń wpis
   

Jaki sens może mieć reforma polegająca na przekształceniu szpitali w spółki, w których sto procent udziałów będą miały samorządy? Żaden problem nie zniknie, za to wszystkie zostaną zepchnięte szczebel lub dwa szczeble niżej i od razu rząd będzie miał lepszy PR.

Wyniesienie zbuka z kuchni i schowanie go do szafy w przedpokoju nie sprawi, że przeterminowane jajko stanie się jadalne. Zmienimy tylko miejsce, z którego nieciekawy zapach się roznosi.

To właśnie Platforma zamierza zrobić ze szpitalami. Wypowiedzi polityków rządzącej partii tak brzmią po przetłumaczeniu z języka polityki na język polski: Nie mamy ani odwagi, ani pomysłu na reformę służby zdrowia, a trzeba coś zrobić, bo sytuacja jest zła. Pozbędziemy się więc szpitali. Damy je samorządom - rząd będzie miał czyste ręce, a niech lokalne władze się martwią, skąd wziąć pieniądze na ich funkcjonowanie, na spłatę długów, niech też pertraktują ze strajkującymi pracownikami, a jeśli uznają za stosowne, niech zlikwidują szpital.
Klikając tutaj, przeczytasz tę wypowiedź w oryginale (para cyników w akcji, czyli wypowiedzi Ewy Kopacz i Zbigniewa Chlebowskiego).

Jestem ogromny zwolennikiem przekazywania władzy samorządom - z reguły wiedzą lepiej, co potrzeba mieszkańcom niż władza centralna. Jednak pomysł przekazania szpitali w takim stanie samorządom, jest po prostu świństwem. Co taki marszałek, starosta, czy prezydent ma z nimi zrobić? Zaniechać budowy i remontu dróg i całą kasę pakować w dofinansowanie szpitali? Zabrać pieniądze szkołom?

W wielu województwach i powiatach jest zbyt wiele szpitali i część trzeba zlikwidować. Jednak skoro do dziś nikt nie miał politycznej odwagi tego uczynić, to ma na to zdobyć się starosta?

Taki szpital, choć zaniedbany i niedofinansowany, to miejsce pracy wyborców. Są powiaty, gdzie to największy pracodawca. Mieszkańcy mają też złudne poczucie bezpieczeństwa. Taka placówka w okolicy niby zapewni im pomoc w razie czego, choć w rzeczywistości na poważniejsze zabiegi i tak są transportowani do lepszych szpitali, które mają sprzęt i odpowiednią kadrę.

Nie widzę najmniejszej szansy na to, że samorządy zreformują sieć szpitali na swoim terenie. Pomysłodawcy przekazania im placówek też nie są naiwni. Ale nieźle to wykombinowali - niech samorządy się martwią i spłacają długi - a oni na pytania dziennikarzy będą mogli odpowiadać, że problemy szpitali to nie jest sprawa rządu, proszę pytać samorządowców, dlaczego sytuacja jest taka zła. Rząd się troszczy, przygląda sytuacji, ale przecież nic nie może zrobić!

 
 Oceń wpis
   

Mamy bardzo dobrą konstytucję! O tym, że jest bardzo dobra świadczy fakt, że nie podoba się nikomu. Nie ma dla niej lepszej rekomendacji.

Gdyby bowiem ustawa zasadnicza w stu procentach spełniała oczekiwania jednej siły politycznej, byłaby konstytucją dla jednej opcji. A powinna być dla wszystkich, nie tylko dla wszystkich polityków, ale dla wszystkich obywateli.

Skoro ma być dla wszystkich, to oznacza, że musi być efektem kompromisu, a zatem nikt nie jest z niej w pełni zadowolony, ale jednocześnie ma taki kształt, który wszyscy są skłonni zaakceptować z często mniejszym niż większym entuzjazmem, a najczęściej bez entuzjazmu.

Wolałbym nie doczekać chwili, kiedy ktoś powie: mamy idealną konstytucję. A jeśli powiedziałby to szef którejś partii, oznaczałoby to, że doczekaliśmy się konstytucji napisanej pod jedną partię.

Dlatego nie chcę konstytucji tuskowej, ani nie chcę kaczyńskiej. Chcę ułomnej, niczyjej, czyli wspólnej!

Irytują mnie głosy namawiające do poprawiania konstytucji pod obecny układ polityczny - skoro premier drze koty z prezydentem, to trzeba jednemu zabrać władzę, a drugiemu dać - albo odwrotnie, zależy, czy o zmianach mówi obóz rządowy, czy prezydencki.

Przecież przeżyjemy Tuska, przeżyjemy Kaczyńskich, a konstytucja zostanie. Specjalnie władza została podzielona między premiera a prezydenta, żeby żaden nie mógł zbyt mocno nabałaganić. Oczywiście możliwa jest pełnia władzy wykonawczej, gdy oba urzędy obsadzi jedna opcja polityczna lub nawet jedna rodzina.

Jedno i drugie się już zdarzyło i to całkiem niedawno. Jednak o ile układ rodzinny się sprawdzał, to układ partyjny już niekoniecznie. Duet Kwaśniewski-Miller nie był - delikatnie mówiąc - idealny. Nie wystarczy pochodzić z jednej partii - w każdej są jeszcze frakcje, które najczęściej ze sobą skrycie lub jawnie rywalizują.

Tak więc poza układem rodzinnym, który nieczęsto w historii się zdarza, na linii prezydent-rząd często iskrzy i mało tego, iskrzyć powinno! Kto bowiem powiedział, że sprawowanie władzy ma być komfortowe? Im mniej komfortowe jest tym lepiej dla obywateli. Władza demoralizuje, władza absolutna demoralizuje absolutnie - rzekł lord Acton i wiedział co mówi.

Polska konstytucja była pisana pod polskich polityków - na wszelki wypadek nie można dać pełni władzy jednemu.

Czy trudno sobie wyobrazić, że premierem zostaje imbecyl? A gdybyśmy mieli system kanclerski i nikt nie przeszkadzałby mu w realizacji chorych wizji?

A gdybyśmy mieli prezydenta - zakompleksionego, niezrealizowanego frustrata, który chciałby się wyżyć za wszystkie niepowodzenia? Co by się działo, gdyby obowiązywał system prezydencki?

Wcale mnie nie roztkliwia utyskiwanie Tuska i jego ekipy, że nie mogą nic zrobić, bo prezydent zawetuje. Dlatego na wszelki wypadek nic nie robią. A co szkodzi przygotować projekt ustawy i zanim zgłosi się go pod obrady Sejmu, pójść z nim do prezydenta, zaprezentować i zapytać, jakie zmiany wprowadzić, żeby ustawa zyskała poparcie głowy państwa?

To się nazywa: negocjacje. Jeśli przyniosą efekt, to mamy do czynienia z kompromisem. (Dla obecnych polityków to trudne słowa, dlatego wyjaśniam ich znaczenie.)

Jeśli nie można dogadać się z prezydentem, rząd może negocjować z lewicą, aby ta zagłosowała za odrzuceniem prezydenckiego weta. Tak czy inaczej może powstać prawo, które nie zadowoli w pełni Platformy i PSL, ale po części zadowoli zwolenników PO, PSL, SLD, a w pierwszym scenariuszu zadowoli PO, PSL, zwolenników prezydenta, a więc w dużej mierze i PiS-u. W efekcie mamy prawo, które ma znacznie szersze poparcie, choć nie spełnia w stu procentach oczekiwań jednej opcji.

Na tym polega demokracja.

I już.

Skoro politycy nie potrafią się poruszać w ramach zasad nakreślonych przez obecną konstytucję, to nie będą potrafili także odnaleźć się w zasadach zmienionej konstytucji (jeśli nie daj Bóg do zmiany dojdzie).

Bo tak między Bogiem a prawdą, czy system kanclerski nadaje się dla Tuska? Dobry byłby dla Millera, Buzka, itd.? A czy prezydencki nadałby się dla Kaczyńskiego? A może dla Kwaśniewskiego lub Wałęsy? O pierwszego prezydenta III RP pytać nie będę.

 
 Oceń wpis
   

Bardzo pocieszający jest fakt, że poprawność polityczna jest tak głęboko zakorzeniona wśród blogerów na bblog.pl oraz wśród osób zaglądających tu przypadkiem bądź z sympatii, a nawet wśród wszystkich Polaków - co wykazały badania. Nikt - słownie nikt - nie chce, aby na znakach drogowych, tak jak obecnie, dominowali mężczyźni!

Przecież idący mężczyzna, który symbolizuje przejście dla pieszych, to jawna dyskryminacja kobiet. Dlatego właśnie - w ramach równouprawnienia - na znakach powinny się pojawić kobiety. Przecież one także są uczestniczkami ruchu drogowego. Dlaczego mężczyźni mają im oznajmiać, że tu jest przejście drogowe, a tu roboty drogowe, a tam miejsce parkingowe dla niepełnosprawnych?

Osoby, które to czytają, a nie wiedzą, o co chodzi, to koniecznie muszą przeczytać poprzedni wpis (kliknąć powinny tutaj).

Żeby dowieść, iż nie tylko bblogerzy, ale także w ogóle Polacy są przeciwni dyskryminacji płci, a także dyskryminacji rasowej oraz religijnej, przeprowadziłem badania socjologiczne na reprezentatywnej próbie Polaków.

Okazało się, że nikt, absolutnie nikt, nie chce utrzymania obecnej konwencji, która zakłada obecność facetów na większości znaków drogowych. Wśród badanych, nikt nie odpowiedział, że chce, aby znaki pozostały bez zmian!

To rewelacyjny wynik!

Mało tego, bardzo długo 100 procent badanych uważało, że najtrafniejszą odpowiedzią na pytanie, Czy znaki drogowe powinny ulec zmianie?, jest odpowiedź: Jeśli nowe znaki będą tak ładne, jak je zaprojektował Chochoł, to koniecznie trzeba szybko je wprowadzić.

Niestety później w ankiecie na moim blogu zagłosowała szósta osoba i wynik radykalnie uległ zmianie.

Z czasem było coraz gorzej, aż w końcu doszło do takich wyników:



Mimo że 100 procent badanych nie uznało znaków mojego autorstwa za jedyne godne wprowadzenia, to i tak bardzo mnie cieszy, że nikt nie chciał, aby obecne pozostawić bez zmian.

Świadczy to tylko o tym, że nasze społeczeństwo jest świadome rachunku krzywd, jakie przez minione lata błędów i wypaczeń doświadczyły kobiety, mniejszości religijne oraz rasowe.

Proszę zauważyć, że nikt też nie chce, aby na znakach były po prostu kobiety. Społeczeństwo chce także różnorodności religijnej oraz rasowej.

Nie ma lepszego dowodu na zmianę świadomości Polaków. Możemy być wzorem nawet dla najbardziej tolerancyjnych krajów Europy, nawet Amerykanie powinni nam się kłaniać w pas.

Ze wstydem przyznam się, iż obawiałem się, że w badaniu z 80 procent albo i więcej będzie za tym, aby zachować znaki bez zmian. Wstydzę się, że posądzałem moich rodaków o inklinacje do takiego wstecznictwa i takiej zaściankowości.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 30.04 - 04.05 na reprezentatywnej próbie 23 Polaków, którzy zechcieli wziąć udział w sondażu na chochol.bblog.pl :)

 
 Oceń wpis
   

Czy kobieta może przejść przez przejście dla pieszych, skoro na znaku ostrzegawczym widnieje postać mężczyzny? Pytanie wydawało mi się do niedawna idiotyczne. Symbol na znaku to symbol i już. Wiadomo, że chodzi o każdego pieszego, niezależnie od płci, wieku, wyznania, koloru skóry.

Moje podejście do tematu zmienili Szwedzi - ci to dopiero mają łby na karkach. Doszli do wniosku, że znaki drogowe z postaciami facetów dyskryminują kobiety - usłyszałem dziś w radiowej Trójce. Dlatego szwedzki rząd nakazał wprowadzenie znaków z postaciami symbolizującymi kobiety. Takie znaki na przejściach dla pieszych mają zapewnić równouprawnienie kobiet.

Na razie mamy tylko takie znaki ostrzegawcze ustawiane przed przejściami dla pieszychSłuszną rację mają nasi północni prawie sąsiedzi (kategorię słusznej racji lub przeciwnie - mylnego błędu, wprowadził do słownictwa mój znajomek i będę się tych terminów trzymał). Niby dlaczego facet ma informować, że tu się przechodzi na drugą stronę jezdni?

Niebawem powinny pojawić się takie znakiZainspirowany tym newsem postanowiłem zaapelować do naszych drogowców, czy nawet posłów (zdaje się, że wprowadzenie nowych znaków wymaga zmian w Kodeksie drogowym, ale nie jestem pewien) o wprowadzenie równouprawnienia także na polskich drogach.

Oprócz takich znaków...Nie możemy jednak papugować po Skandynawach - niby co, lepsi jacyś, czy mądrzejsi? Chwalą się, że klucz francuski wynalazł Szwed, ale to jedynie świadczy o ich słabym PR - skoro klucza nie nazwano szwedzkim - a nie o pomysłowości.

Dlatego idźmy o krok dalej, pokażmy im równouprawnienie! ...powinny pojawić zaistnieć również takie.Wprowadźmy znaki, które nie będą dyskryminować rasy. Obecne znaki przedstawiają tylko ludzi czarnych. Zdecydowanie brakuje białych oraz żółtych.

Dodatkowo należy zrobić ukłon w stronę mniejszości żydowskiej - na części znaków pieszy powinien mieć choćby pejsy. Chrześcijan można wrzucić do jednego worka, nie dzielić już na katolików prawosławnych, protestantów, itd. Dla nich na pewno w namalowaną postać da się wpleść krzyż, taki zawieszony na szyi, niekoniecznie niesiony na barkach, bo jeszcze ktoś pomyli znak z drogą krzyżową i zamiast przechodzić będzie klęczał i się modlił tamując ruch.

Co z wyznawcami Mahometa? Półksiężyc? Może lepiej przedstawić muzułmankę w czadorze.

Z buddystami jest kłopot. Te postacie na znakach takie jakby łyse, więc jak tu pokazać, że ten łysy
Dlaczego tylko panowie mają naprawiać drogi? Przecież i tak widać, że im nie wychodzi.to nie skinhead, tylko buddysta? Nie wiem, jak to rozwiązać, ale można powołać Komisję wspólną do spraw znaków drogowych niedyskryminujący buddystów, która rozwiąże problem.

W ten sposób problem dyskryminacji mamy rozwiązany i możemy świecić przykładem w całej Europie. Będą o nas z podziwem mówili w mediach we wszystkich krajach, stawiali za wzór postępu i wreszcie zdejmiemy z siebie łatkę ksenofobów i jeszcze jakiś tam fobów.
Dlaczego mają być tylko miejsca parkingowe dla niepełnosprawnych mężczyzn? Kobiety też powinny mieć swoje.
Żeby bardziej intensywnie zainspirować drogowców, postanowiłem sam zrobić kilka nowych znaków. Ograniczyłem się na razie do damsko-męskich. Bałem się, że znaki religijne wyjdą mi gorzej niż... hmmmm... atrybuty kobiecości, więc nie ruszałem tego tematu, niech się tym zajmą graficy, a nie pismacy.
Tego znaku nie trzeba poprawiać. Jest dziewczynka i chłopiec, dziewczynka biegnie szybciej, więc nie ma mowy o dyskryminacji - młode kobiety są lepsze od młodych mężczyzn!
Wśród obecnie jeszcze obowiązujących znaków wypatrzyłem jeden politycznie poprawny. To znak ostrzegający przed dziećmi. Namalowana jest dziewczynka i chłopiec. Dziewczynka biegnie szybciej od chłopca, co dowodzi tego, że młode kobiety są lepsze od młodych mężczyzn. Zero dyskryminacji kobiet. Ale ten znak to na pewno kobieta projektowała, bo całą resztę to wiadomo - męscy szowiniści.

 
 Oceń wpis
   

Porównywanie Polski z Hiszpanią było bardzo popularne do czasu, gdy podczas ostatniej kampanii wyborczej ten miły kraj został zastąpiony przez Irlandię. Mnie tam wszystko jedno, bo i tak oba te kraje nie mają nic wspólnego z Polską.

Hiszpanię i Irlandię łączy to, że nasz kraj w wielu dziedzinach może brać wzór z tych państw, ale żaden z nich nie da Polsce recepty na sukces, bo nie ma analogii miedzy Polską a Hiszpania, podobnie jak między Polską a Irlandią.

Myślałem, że porównywanie Polski z Hiszpanią szczęśliwie wyszło z mody, ale wrócił do tego na swoim blogu Janek Osiecki, mój znajomy, dawniej kolega z pracy. Chciałem wyżyć się na forum pod jego wpisem, ale nie miałem czasu, a po drodze urodziła mi się nieco dłuższa forma, więc poświęcę Jankowi wpis u siebie.

W pełni go rozumiem, gdy narzeka na naszą klasę polityczną, na stan dróg, itd., itp. oraz że nie dziwi go, iż jego młodsi koledzy opuszczają kraj nad Wisłą w poszukiwaniu lepszego życia.

Jednak stwierdzenia, iż Hiszpania była bardziej doświadczona niż my, a mimo to lepiej wykorzystała szansę po upadku dyktatury, są bałamutne. Nie sądzę, aby liczba ofiar dyktatury miała związek z obecną pozycją gospodarczą.

Poza tym można się spierać, który kraj był bardziej doświadczony przez Historię. Można wyciągać 120 lat braku polskiej państwowości. Do tego dołożyć, że po dwóch dekadach prób budowania od podstaw nowego państwa, na kolejne 6 lat Polska jako kraj przestała istnieć, a także to, że w przeciwieństwie do Hiszpanii przez większość XX wieku nie była suwerenna.

Można zliczać ofiary wojny domowej z Hiszpanii i sumować z ofiarami dyktatury Franco po to, aby zestawić z nimi polskie ofiary Hitlera i Stalina z ofiarami polskich rządów po '45 roku. Można sporządzić bilans i sprawdzić, które państwo wygrało. Tylko po co?

W Hiszpanii jest tak cool nie dlatego, że było więcej ofiar, a mimo to wykorzystała swoją szansę, a Polska mimo że miała mniej ofiar - jak twierdzi Janek - wszystko przepitoliła.

Oczywiście, że politycy polscy powinni robić więcej, nie roztrwaniać tego, co zaczął rząd Mazowieckiego. Jednak przyczyna sukcesu gospodarczego Hiszpanii tkwi gdzie indziej.

Pierwsze primo: w Hiszpanii za generała Franco był kapitalizm. Jaki był, taki był, ale był. W Polsce mieliśmy socjalizm realny i po 1989 roku zaczęliśmy budować kapitalizm bez kapitału. To trudne wyzwanie, z którym Hiszpania nigdy nie musiała sie borykać.

Drugie primo: Hiszpania wstępowała do Unii Europejskiej w zupełnie innych realiach geopolitycznych. Co prawda w 1986 roku Związek Radziecki nie był już niekwestionowaną potęgą - mówiąc eufemistycznie, pewne słabości socjalistycznego systemu zaczęły być wyraźnie widoczne w całym bloku wschodnim - jednak blok trwał i nikt nie przypuszczał, że za trzy lata zacznie się sypać.

Tak więc na członkostwie Hiszpanii w UE zależało nie tylko Unii, ale całemu demokratycznemu światu. Została przyjęta i dostała sporo pieniędzy po to, aby czasem prześladowani za Franco lewacy nie zaczęli flirtować z Moskwą. Poza tym Hiszpania nie musiała konkurować o pieniądze z dziewięcioma razem z nią przyjętymi państwami, a jedynie z Portugalią. Powiem więcej - Hiszpania nawet nie wstępowała do UE, tylko do EWG, a więc można rzec, że Hiszpania współtworzyła Unię Europejską wraz z pozostałymi członkami EWG.

Tak więc niezależnie od liczby ofiar dyktatury, Hiszpania miała nieporównywalnie lepszy start niż Polska.

Trzecie primo: niezłego kopa hiszpańskiej gospodarce dała turystyka. Polska nie ma takich możliwości - to chyba oczywiste, więc nie będę się rozwodził. Gdyby Bałtyk był atrakcyjniejszy od oceanu atlantyckiego, to Janek nie wybrałby się na Teneryfę, tylko na Hel.

Nie mogę się też zgodzić, że Hiszpanie mają gdzieś przeszłość i żyją patrząc tylko do przodu. Duch Franco jest obecny w tym kraju. W wielu kręgach pokolenia urodzonego w okolicach 1975 roku - a więc wśród ludzi, którzy czasów generała nie pamiętają - wypada być niewierzącym lewakiem. Można się oczywiście spierać, czy to efekt odebrania edukacji w katolickich szkołach, czy zmory przeszłości.

Jednak przeszłość ma znaczenie, bo owi lewacy - czyli po prostu socjaldemokraci - czasem określają ludzi o poglądach prawicowych, a nawet tylko centrowych, faszystami. Ja w tym czuje ducha Franco i chęć odreagowania przeszłości.

Mogę się zgodzić, że nie wykorzystaliśmy w pełni ostatnich 19 lat, ale nie mogę obojętnie przejść obok stwierdzenia, że je zmarnowaliśmy. Tym bardziej, że twierdzenie to jest oparte na porównaniu z Hiszpanią, a więc punkt wyjścia do wyciągnięcia takiego wniosku jest błędny.

Nie zamierzam bronić naszych polityków, ale gdy przypomnę sobie Polskę AD 1990, to jednak muszę stwierdzić, że dokonaliśmy olbrzymiego cywilizacyjnego skoku. A to, że Hiszpania stała się demokratyczna 14 lat wcześniej niż Polska, nie oznacza, że jesteśmy 14 lat za Hiszpanią, bo Hiszpania w 1975 roku była na innym etapie rozwoju niż Polska w 1989 roku. I nawet Kaczyńscy nie są temu winni.

 
 Oceń wpis
   

System edukacji w Polsce sprawdza się i warto było go reformować. Młodzież coraz to lepiej wykształcona, z polszczyzną bardziej obyta i w ogóle idzie ku lepszemu.

Piszę to ze skruchą, bo błądziłem. Przyznam szczerze, że na reformę edukacji patrzyłem sceptycznie. Tworzenie gimnazjów uważałem za bezsensowne piętrzenie stopni edukacji, które niczemu nie służy. Jednak dziś muszę przyznać rację reformatorom. Sól ziemi jednak skorzystała.

Zmiany w poziomie wykształcenia zaobserwowałem u siebie na dzielni. Nie chodzi więc o wykształcenie dzieci z zamożnych domów, raczej o ziomali z trójkąta (moja dzielnia nazywana jest trójkątem bermudzkim, bo niejeden tu wszedł i przepadł bez wieści).

Ziomale z mojej dzielni elokwencją wciąż jeszcze nadmierną nie grzeszą. Z zasłyszanych rozmów wiem, że dominuje kilka wyrazów używanych w różnej konfiguracji, które pełnią rolę przecinka lub podkreślają stan emocjonalny osobnika.

Jednak nastąpił w ostatnim czasie progres, jeśli chodzi o polszczyznę pisaną, a przede wszystkim ortografię. Skąd to wiem? Na podwórku jest sporo wyblakłych napisów HWDP (nie będę rozwijał skrótu, bo i tak wszyscy wiemy, co oznacza). Niedawno jednak pojawiły się świeże, mieniące się nieskażoną jeszcze bielą. To skrót tego samego stwierdzenia, jednak nowe napisy wyglądają tak: CHWDP.

Młodzież - sól tej ziemi - zrobiła postępy w ortografii, teraz czas na wzbogacenie słownictwa używanego podczas konwersacji. Tak więc mam apel do nauczycieli: mniej dyktand, bo efekty już są, więcej retoryki, bo na tym odcinku edukacyjnych wyzwań wciąż sporo mamy do zrobienia.

Finansowa pointa na koniec: skoro reforma edukacji przynosi tak namacalne efekty, to ja nie żałuję ani złotówki z moich podatków, które poszły na szkolnictwo i bardzo się cieszę, że zostały tak dobrze zagospodarowane, wręcz trzeba powiedzieć - zainwestowane. Bo nie ma lepszej inwestycji, niż wyłożenie pieniędzy na edukacje naszych pociech, słodkich dziatek, czyli innymi słowy ziomów z dzielni.

 
 Oceń wpis
   

Bank Pekao pokazał klasę! Po fuzji z BPH co prawda nie zmienił image banku kolejkowego, ale za to zaoferował nowym klientom sporo bonusów.

Dziś w Trójce poruszono temat przejęcia klientów BPH przez Pekao i rozdzwonili się słuchacze. Słyszałem w ich głosach ton pretensji, nawet oburzenia, co było dla mnie niezrozumiałe.

Wielu słuchaczy opowiadało, jak to Pekao nie chce od nich rat kredytów zaciągniętych jeszcze w BPH. Czy to nie piękne? Mało tego, jedna pani nie dość, że usłyszała w banku, iż żadnego kredytu nie ma, to i tak dwukrotnie próbowała bankowi ratę wcisnąć. Ale bank się nie ugiął. Gdyby mój bank zaprzestał ode mnie pobierania rat, w dodatku zakomunikował mi, że żadnego kredytu nie brałem, poprosiłbym tylko o taką informacje na piśmie z pieczątką banku, podziękowałbym i nie byłbym taki nachalny. Z kolejną ratą bym się już nie narzucał.

Natomiast jeden z panów opowiadał, jak to po zalogowaniu się do systemu do obsługi swojego konta, pojawiały mu się dwa konta. To drugie prestiżowe jakieś, nie na jego nazwisko, ale za to ze sporą kwotą, którą mógł w pełni dowolnie dysponować.

Ten pan też nie był zadowolony. Zamiast zaszaleć sobie zastanawiał się, ile osób ma teraz dostęp do jego konta? Co za podejście?! Z jego wypowiedzi jasno wynikało, że na koncie przypadkowo podpiętym do jego rachunku jest dużo, dużo więcej pieniędzy niż te, którymi dotychczas mógł dysponować. Więc co go martwi, że ktoś może popatrzeć albo nawet wydać jego nędzne grosze, skoro on ma do dyspozycji małą fortunę? Wolałby, żeby trafiło mu się konto jakiegoś biduli i to jeszcze z debetem do spłacania? A może wolałby, że Pekao przypisało mu kredyt tej pani, która dzwoniła wcześniej?

Sytuacja ta dowodzi, że banki w Polsce działają wyśmienicie, tylko klienci nie dorośli, aby to docenić.

 
 Oceń wpis
   

Prezydent nie mógł się dogadać z premierem w Warszawie. Udało się dopiero w pięknych okolicznościach przyrody na Helu. Nie chodzi o to, co ustalili, bo tego jeszcze do końca nie wiadomo, ale o sam fakt porozumienia.

Skoro politycy mają problem, żeby się dogadać w stolicy, to może trzeba ich wyekspediować na Hel. Mieszkańców tego pięknego miejsca przepraszam za ten pomysł, ale dla dobra kraju powinni się poświęcić. Może nawet wyprowadzić - za odszkodowaniem oczywiście.

Każdy poseł dostałby do dyspozycji pokój w jednym z licznych pensjonatów lub hoteli, albo domek na kempingu. Któraś z sal konferencyjnych dałaby się pewnie przerobić na miejsce obrad Sejmu.

A po co to wszystko? Dla atmosfery porozumienia! Olejniczak spacerujący po plaży pod ramię z Gosiewskim, Kurski w saunie z Kaliszem, Karski nacierający Senyszyn olejkiem - sielanka. I wszyscy sobie przytakują: Tak, tak panie pośle, ma pan rację. Albo: Akurat w tej sprawie mam nieco odmienne zdanie, ale podyskutujemy o tym spokojnie, a na pewno dojdziemy do kompromisu.

Premier Tusk z premierem Kaczyńskim siedząc przy barze w nadmorskiej kafejce też się w końcu dogadają, może nawet wspólnie postrzelają do tarczy z pistolecika. Do prezydenta Kaczyńskiego wpadną Kwaśniewski z Wałęsą na lampkę wina i może już zostaną.

Coś jest na tym Helu wyjątkowego. Wąski cypek ziemi, a działa jak magnes na tysiące turystów. Przecież prezydent bardzo lubi spędzać tam czas i z żalem wyjeżdża stamtąd do Warszawy. Może powinien zostać.

Czy eksperyment z wyekspediowaniem na Hel polityków może się udać? Warto spróbować. W razie, gdybym jednak przeceniał właściwości Helu i politycy zamiast się kochać, zaczęliby się boksować jak w stolicy, zawsze można ich łatwo odizolować. Z półwyspu szybko można zrobić wyspę - przekopać kanał, byle był głęboki i żadnej nad nim kładki ani mostu zwodzonego.

I tak powstałby rezerwat (dlatego wspomniałem, że mieszkańcy powinni wyjechać).

Same korzyści: albo mamy polityków nieszkodliwych (bo odizolowanych), albo mamy Sejm zgody narodowej. Jeden i drugi scenariusz jest dobry dla kraju.

Operację można by sfinansować ze sprzedaży bądź wynajmu wielu niepotrzebnych już nieruchomości w Warszawie. Mają dobrą lokalizację, więc trochę grosza wpadnie. Zaoszczędzi się też na posłach, bo nie trzeba będzie płacić za ich przeloty do Warszawy oraz na przelotach prezydenta, który też nie będzie już musiał zaglądać do stolicy.

A nawet gdyby zabrakło - choćby na odszkodowania dla mieszkańców Helu - to obywatele chętnie się dorzucą, bo naprawdę warto raz zacisnąć pasa, żeby mieć święty spokój.

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.