rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Skoro kataryna nie napisała zupełnie NIC kontrowersyjnego, a stała się sławna, to ja postanowiłem jej dorównać.

Dotychczas, w swojej skromnej karierze, zostałem pozwany tylko raz i na skromne dwa miliony złotych, więc liczę, że syn ministra Czumy przebije stawkę i pozwie nie choćby na 2,1 mln.

Tamten pozywający mnie i rednacza jegomość, chciał dla siebie zaledwie jedną trzecią kwoty. Reszta miała iść na cele dobroczynne. Tak więc niech Czuma junior pamięta, że jak mnie pozwie i wygra, to niech całej kwoty nie przepitoli na spłatę długów, tylko niech część odda na biedne dzieci.

A za co mnie ma pozwać?

Za wierszyk niech mnie pozwie:

Czy Czuma wie, co to zaduma?
Niech pozwie Chochoła,
A ten mu w sądzie wywoła,
Co znaczy mieć fioła.

Mieć na nazwisko Czuma,
To wielka duma!
Jednak łatwo dumę,
Zamienić w dżumę.

Kataryna rymów nie układała,
A i tak sławna została.
Wystarczy, że skomentowała,
Co gazeta i tak udokumentowała.

Wiec sądźmy się za rymy,
Bo i tak personaliów kataryny nie ustalimy.
Niech Chochoł zamiast niej będzie sławny,
Bo przynajmniej rym zapodaje składny.

Ale mi się poskładało :)))

 
 Oceń wpis
   

Przedstawiłem ostatnio pięć punktów, dlaczego pracobiorcy-rodzice są lepszymi pracownikami od bezdzietnych. Od czasów Mojżesza się przyjęło, że powodów musi być 10, tak samo jak rad, przyczyn, przykazań.

Dlatego dziś kończę wątek i podaję brakujących pięć przyczyn, dlaczego warto zatrudniać pracowników-rodziców:

6. Pewną część populacji dopada czasem dolegliwość zwana popularnie kacem. Co robi bezdzietny pracownik? Dzwoni do szefa i informuje, że wziął urlop na żądanie. Co robi rodzic? Przychodzi do pracy dwie godziny wcześniej, żeby wyjść z domu zanim wstaną dzieci, włączą śpiewającego misia, kwaczącą kaczkę, samolot doskonale imitujący dźwięk, który słyszy osoba stojąca przy startującym F-16.

7. Poza tym osoby z dziećmi rzadziej mają kaca, choć często mogą sprawiać wrażenie wczorajszych. Jaka dla firmy jest różnica, czy mają skacowanego bezdzietnego, czy chronicznie niewyspanego rodzica? Otóż zasadnicza. Kiedy rodzic w firmowym aucie zaśnie za kierownicą i skasuje brykę, to firma otrzyma za nią odszkodowanie. Gdy to samo zrobi osoba, z której nie uleciały jeszcze promile, niestety - czysta strata.

8. Rodzic częściej wymyka się z biura, aby zawieźć dziecko do lekarza, na szczepienia, albo zadzwonili z przedszkola, że ma złamaną rękę i rozcięty łuk brwiowy.
Jednak nigdy nie wyjdzie z pracy wcześniej dlatego, że już się napracował i jest zmęczony, bo w domu czeka na niego jeszcze gorsza robota. Nigdy też nie wyjdzie wcześniej z powodu nagłego bólu głowy czy złego samopoczucia, bo nie zamieni przyjaznego biura na domowe wrzaski pociech.

9. Rodzic ma bez liku sztywnych wydatków - posługując się żargonem resortu finansów. Nie może przyoszczędzić na przedszkolu, niani, pieluchach, lekach, itd, itp. Luzak może odmówić sobie jednej imprezy, czy jednego wyjazdu ze znajomymi. Dlatego motywacja do ciężkiej pracy i zdobywania premii jest nieporównywalna.

10. Szczęśliwy, zrealizowany pracownik to dobry pracownik. A czy kino, teatr, imprezki, szalone wyjazdy, mogą dać więcej szczęścia niż małe wrzeszczące szkodniki?

 
 Oceń wpis
   

CZĘŚĆ I

Nie mogłem pojąć mody, której ulegli niektórzy pracodawcy, na wspieranie zatrudnionych w firmie matek i ojców. Zapewne wzięła się z czasów gospodarczej hossy - na rynku pracy zabrakło bezdzietnych dyspozycyjnych fachowców, więc zaczęli doceniać tych obciążonych potomstwem.

Na łamach tego bloga nie poruszałem jeszcze tematów z dziedziny HR, ale najwyższy czas naprawić to zaniedbanie.

Po analizie sytuacji dostrzegłem, że pracodawcy ceniący rodziców, mają w tym interes. Niby dzieci to przeszkoda w poświęcaniu się dla firmy, ale:

1. Gdy zostaje się rodzicem, poniedziałek z najbardziej znienawidzonego dnia tygodnia staje się najpiękniejszym. Pracownik-rodzic wstaje z uśmiechem na twarzy i radośnie idzie do pracy. Po spędzeniu 48 godzin z dziećmi, aż łaknie chwili wytchnienia w biurze. Pracownik z takim nastawieniem jest znacznie bardziej wydajny od tego, który cierpi z powodu końca weekendu, narzeka, że zbyt krótki, że nie chce mu się pracować, że tak fajnie było, itp.

2. Bezdzietny pracownik może być sfrustrowany, że szef na niego nakrzyczał. Nie ma nic gorszego, niż napięcia na linii podwładny-szef. Natomiast dla rodzica krzyk szefa to pieszczota dla uszu w porównaniu z dźwiękami, których doświadcza po pracy. Traktuje go jak wstęp do rzeczowej dyskusji.

3. Osoba bezdzietna, a tym gorzej bez partnera, ciągle ma jakieś plany, z kimś się umawia, chodzi na koncerty, przesiaduje w pubach. Perspektywa delegacji budzi opór. Pracownik z potomstwem może jedynie narzekać, dlaczego tylko na dwudniową delegację został wysłany.

4. Pracownik bez zobowiązań może się unieść honorem i rzucić wypowiedzeniem w najmniej korzystnym dla firmy momencie. Jeśli firma pracownika-rodzica mieści się w okolicach żłobka lub przedszkola, nie zmieni on prędko pracy, nawet gdyby miał lepszą propozycję na drugim końcu miasta (w której nie ma jednej z wyżej wymienionych placówek).

5. Pracownika-rodzica częściej może nie być w pracy. Przysługuje mu tak zwana opieka, gdy dziecko jest chore. Dzieci często chorują. Jednak nie do końca to zmniejsza liczbę nieprzepracowanych dni w roku. Bo gdy pracownik bez dzieciaków źle się czuje, to bierze L4 i poleguje w łóżku, zamiast powiększać PKB. Natomiast rodzic, nawet z czterdziestostopniową gorączką, przyjdzie do pracy, bo szybciej wróci do zdrowia nad firmowym biurkiem niż w domowym łóżku z dziećmi biegającymi po głowie (dosłownie).

P.S. W takich tekstach zawsze musi być dziesięć punktów, dlatego ciąg dalszy nastąpi.

 
 Oceń wpis
   

Nie rozumiem dwóch rzeczy: dlaczego prezydent, nawet jeśli jest alkoholikiem, miałby zrezygnować z pełnionej funkcji, a druga sprawa, to o co - poza rozgłosem - chodzi Palikotowi?

Załóżmy, że Palikot ma rację. I co z tego? Palikot, gdyby żył w innych czasach i w innym kraju domagałby się od Churchilla rezygnacji z funkcji premiera?

Nawet jeśli Winston Churchill nie był alkoholikiem, to za kołnierz nie wylewał. Różne źródła podają rozbieżne informacje, co lubił najbardziej, ale nie jest istotne, co pił człowiek uznany za najwybitniejszego Brytyjczyka w historii, ale ile. A ponoć niemało.

Jego okołoalkoholowe powiedzenia stały się klasyką. Pewna kobieta na przyjęciu miała powiedzieć do Churchilla: Pan jest kompletnie pijany! To skandal! Ponoć brytyjski premier miał odpowiedzieć: A Pani jest brzydka i to się nie zmieni. Natomiast ja jutro wytrzeźwieję. (cytuję z pamięci - nie pamiętam źródła).

Co prawda, nasz prezydent z takich powiedzeń nie zasłynął, co nie oznacza, że nie pije. Ale o co cała ta afera? Jeśli Lech Kaczyński lubi sobie wypić, to powinien odpowiedzieć Palikotowi, że owszem, lubię.

Jestem przekonany, że prezydent zyskałby w sondażach, dzięki takiemu wyznaniu. Ja bym pomyślał: swój chłop. Poza tym takie wyznanie odbrązowiłoby postać prezydenta. W dodatku zagrałby na nosie Palikotowi, któremu raczej nie zależy, aby sondażowe słupki rosły prezydentowi.

Udokumentowany niejednokrotnie został fakt, że poprzednik Lecha Kaczyńskiego lubi sobie wypić. I co? Nic! Wciąż jest popularnym politykiem. Kolejne rządy za jego dwóch kadencji konsekwentnie dążyły do członkostwa Polski w NATO i Unii Europejskiej. Nie zawsze trzeźwy prezydent nie dość, że w tym nie przeszkadzał, to nawet pomagał.

W kraju natomiast zdobył sobie opinię prezydenta koncyliacyjnego.

Jeśli zatem nasz prezydent pije, to co z tego? Nie wierzę, aby decyzje o tym, czy podpisać jakąś ustawę zapadały bez jego świadomości.

Jedno mnie natomiast dziwi. Dlaczego o pijaństwie ma świadczyć zakup małych buteleczek alkoholu? Jeśli ktoś lubi sobie popijać niewielkimi łyczkami, to znacznie praktyczniejsza jest piersiówka. Po co ktoś za prezydentem ma nosić siatkę z buteleczkami (przecież takie podzwanianie na pewno byłoby wychwycone przez telewizyjne mikrofony i dopiero byłaby afera), skoro głowa państwa może mieć w kieszeni marynarki piersiówkę?

A swoją drogą, to czemu się dziwić, że prezydent lubi sobie wypić (jeśli rzeczywiście lubi)? Gdyby do mnie codziennie dzwonił prezes PiS-u, w moim imieniu wypowiadał się Kamiński albo Kurski, to też bym się napił. A gdyby koleżankami mojego brata były panie Sobecka i Kempa, to piłbym codziennie.

P.S. Informacje o zakupach alkoholi przez kancelarię prezydenta nieco mnie rozczarowały. Była mowa o zakupach whisky, koniaku i czegoś tak jeszcze. Ani słowa o Żołądkowej Gorzkiej :(

A tak chciałbym poczuć z prezydentem więź smakową.

 
 Oceń wpis
   

Mam zwykłe konto oprocentowane tak samo wysoko, jak lokata w PKO BP - na 10,5 procent. Lokata w PKO jest rewelacyjna, bo nikt na rynku nie daje aż takiego oprocentowania. Podobnie rewelacyjne jest oprocentowanie mojego konta. Kto z Czytelników ma konto na 10,5 procent?

Oprocentowanie lokaty w PKO podane jest w skali półtorarocznej. Jak wyjaśniają przedstawiciele banku, wszystko jest w porządku, klienci otrzymują informację rzetelną i kompleksową. Czyli można wywnioskować, że według PKO BP podawanie oprocentowania w skali półtorarocznej jest standardem.

Skoro tak, to oczekuję, że bank poda również oprocentowanie kredytów analogicznie jak podaje oprocentowanie lokaty, czyli przez cały okres obowiązywania umowy. Niech PKO wyda pieniądze na reklamę o treści: u nas kredyt hipoteczny za jedyne 225 procent*. I małymi literkami doda: w skali 30-letniej, roczna stopa oprocentowania wynosi 7,5 procent.

Podobnie jak mój ROR jest oprocentowany na 10,5 procent w skali 105 lat.

I nikt tu nie kłamie - skoro są ROR-y na 10,5 procent, dlaczego ma nie być lokat na 10,5 procent i kredytów na 225 procent?

Nie wiem, czy PKO gratulować sprytu, czy oburzać się na robienie ludziom wody z mózgu.

W marketach etykiety na półkach z proszkami zawierają informacje, ile kosztuje kilogram proszku, aby klient mógł łatwo porównać ceny proszków sprzedawanych w różnej wielkości opakowaniach.

Na trudniejszym do ogarnięcia rynku finansowym nie ma takich wymogów, więc jeden bank może podać cenę kredytu w skali półrocznej, inny poda oprocentowanie lokaty w skali 7 lat i 2 miesięcy, trzeci w skali półtorarocznej, a ty konsumencie licz sobie, przeliczaj, porównuj, albo zdaj się na emocje i idź do najlepszego banku, czyli do PKO BP.*

A tak przy okazji - o ile reklamy banków nie muszą być rzetelne, to niech przynajmniej będą zabawne. Dla przypomnienia wrzucam reklamę kredytów hipotecznych, o której swego czasu było dość głośno.

 

* no bo ile osób sprawdza, co się kryje pod gwiazdką i czyta te nudne teksty napisane drobnym drukiem, a z tych czytających, jaki odsetek rozumie treść?

 
 Oceń wpis
   

Złodzieje samochodów nie włączyli się w realizację szczytnego ekologicznego celu i Dzień bez samochodu okazał się zwykłym dniem z wieloma samochodami.

Czy to oznacza, że polscy kierowcy mają w zupie ekologię? Nie! To oznacza, że są rozsądnymi ludźmi, którzy - jak wszyscy rozsądni ludzie - wybierają rozwiązania lepsze.

W wielu dużych miastach komunikacja jest adresowana dla perwersyjnych zboczeńców, choć w większości przypadków korzystają z niej zdrowi, normalni obywatele z tym, że mocno zdesperowani - ci, którzy nie mają prawa jazdy, nie mają auta lub nie stać ich na przemieszczanie się innym sposobem. I tu jest paradoks - stworzono coś dla dewiantów, a korzysta z tego rozwiązania zdrowa tkanka społeczeństwa.

Z okazji dni takich jak ten - Dzień bez samochodu - śmieszą mnie PR-owe wysiłki mające na celu przekonanie obywateli (tych zdrowych), że podróżowanie autobusami i tramwajami jest fajne.

Bo trudno jest przekonać ludzi do tego, że podczas trzydziestostopniowego upału:
- fajnie stoi się w autobusie, który też stoi, bo jest korek;
- miło jest stać obok jegomościa, który jak Bóg przykazał, kąpieli zażywał w sobotę, ale my niestety podróżujemy w piątek;
- ekscytujący jest zapach radzieckich perfum z bazaru, którymi obficie zlana jest pani w wieku poprodukcyjnym, która prosi nas o skasownie biletu;
- nie ma milszego doznania, jak czuć na karku oddech zwolennika zdrowej żywności, który nie wiadomo co zjadł na śniadanie, ale z pewnością były w tym co najmniej trzy ząbki czosnku;
- świetnym rozwiązaniem w niektórych nowych autobusach są takie malutkie, ledwo uchylane okienka, przez które nieco powietrza wpada tylko wtedy, gdy pojazd zbliża się do prędkości dźwięku, ale nie zbliża się, bo stoi w korku;
- klimatyzacja w autobusach wcale nie jest potrzebna;
- schładzanie silników w tramwajach z lat 60. wymaga włączenia ogrzewania.

Wcale też nie jest łatwo zachęcić do porzucenia auta w deszczowe dni, bo jak przekonać ludzi, że:
- woda deszczowa jest zdrowa, dobrze robi na włosy i cerę, więc moknięcie w oczekiwaniu na spóźniony autobus służy zdrowiu;
- kałuże przy przystankach nie są przypadkowym zjawiskiem - bryzgi wody i błota lecące spod kół pojazdu na pasażerów są lepsze niż SPA a rankiem rozbudzają lepiej niż espresso;
- woda wlatująca przez uchylone wyjście awaryjne w dachu (które jest zamykane latem, a otwierane w dni deszczowe) ma służyć temu, aby pasażer (znudzony, bo ile można stać w korku) nie przespał swojego przystanku.

Zimą najłatwiej do komunikacji zbiorowej przekonuje rozładowany akumulator. Po obfitych opadach śniegu, część decyduje się na tramwaj lub autobus, bo po odśnieżeniu trzech samochodów nie ma ochoty odśnieżać auta czwartemu sąsiadowi w nadziei, że tym razem to jego. Ale co z tymi, co mają garaż? Jak ich przekonać, że:
- niedogrzany tramwaj to wcale nie wina konstrukcji z lat 60., ale troska o to, aby różnice temperatur nie doprowadziły do choroby pasażerów;
- skoro jest zima, to autobusy i tramwaje mogą się bardziej spóźniać, niż zwyczajowe trzy kwadranse.

A jeszcze tak niezależnie od aury, nikt poza komunikacją zbiorową nie zapewni ci:
- emocji, które towarzyszą na przystanku w oczekiwaniu na pojazd: przyjedzie, nie przyjedzie, przyjechał o kwadrans za wcześnie, czy może jest spóźniony i kiedyś tam się pojawi;
- frajdy, jaką sprawia obstawianie ze współpasażerami, czy staruszka biegnąca do autobusu zdąży, czy nie zdąży, czy kierowca czeka na nią, aby tuż przed nosem zamknąć jej drzwi, czy czeka, bo akurat nie może wyjechać z zatoki;
- niewyobrażalnego hałasu, jaki sprawia przejeżdżający przez rozklekotane zwrotnice tramwaj;
- tak bliskiego kontaktu z drugim człowiekiem.

W tym kontekście, tylko złodzieje aut mogą skłonić kierowców do komunikacji miejskiej. Bo jak się to wszystko ma do stania w korku w klimatyzowanym (zimą ogrzewanym) autku, z radia leci miła muzyczka, jeśli ktoś śmierdzi, to każesz mu wysiąść - pełen relaks. A przy tym wszystkim docierasz do pracy lub domu szybciej i bez przesiadek.

 
 Oceń wpis
   

Byłem wielkim zwolennikiem zmiany obecnie obowiązującego, komunistycznego w swej genezie, prawa prasowego. Jednak, gdy zapoznałem się z propozycjami jego zmian, doszedłem do wniosku, że lepiej go nie ruszać.

Skoro stowarzyszenie, które ma reprezentować moje interesy, proponuje zmiany mające z dziennikarzy uczynić zgrupowanie leśnych dziadków, na wzór PZPN, czy adwokatów lub notariuszy, to ja dziękuję.

Obecnie obowiązująca ustawa pochodzi z 1984 roku i jest - subtelnie rzecz ujmując - niedoskonała. Nie dość, że ma dziwne zapisy, to jeszcze wcale nie uwzględnia istnienia internetu.

Nie wiadomo, jak i gdzie w portalach zamieszczać sprostowania, bo analogii z gazetą, stacją telewizyjną lub radiową, jest niewiele. Zamiast internetowi, prawo prasowe sporo miejsca poświęca zakładowym radiowęzłom. Za przeproszeniem, ile dziś osób słucha radiowęzła, a ile korzysta z internetu!?

Mimo to, stałem się gorliwym zwolennikiem obecnie obowiązującego prawa. Propozycje Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zmierzają do utworzenia korporacji zawodowej z hierarchią: pracownik redakcji -> dziennikarz licencjonowany -> dziennikarz zawodowy.

Taka klasyfikacja utrudni młodym ludziom dostęp do zawodu, a i tak nie zmieni tego, że są i będą dziennikarze słabi, nierzetelni, bądź skorumpowani.

Niby to działanie w moim interesie, bo młodszy już nie będę, a wkracza na rynek pracy konkurencja: młodzi, szybcy, ambitni, gotowi długo popracować i za darmo lub półdarmo. Ale jakoś się nie cieszę.

Problem złej jakości dziennikarzy nie leży w obwarowaniach prawnych, a w ekonomii. Szczególnie dotyczy to gazet. Sprzedaż maleje, zyski spadają (albo od dawna ich już nie ma) - trzeba ciąć koszty. Po co zatrudniać kilkunastu, czy kilkudziesięciu doświadczonych i sprawdzonych dziennikarzy i dobrze im płacić, skoro miejsce między reklamami mogą zapełnić tani ludzie z łapanki.

Skoro w redakcji jest więcej żółtodziobów niż doświadczonych, to nie ma kto ich prowadzić, kontrolować, pracować z nimi. Są puszczani samopas, co widać po poziomie wielu mediów.

Uważam, że zawód dziennikarza wymaga ISKRY BOŻEJ, a nie dyplomów, zaświadczeń, czy czegoś tam jeszcze. W dodatku można się go nauczyć tylko i wyłącznie w praktyce. Tak więc nie jest ważne, po jakich studiach (często nie jest ważne, czy dziennikarz cokolwiek studiował), ktoś przychodzi do redakcji, istotne jest to, czy się nadaje, czy nie.

Tak więc trzeba dawać szansę ludziom z ulicy, żeby mogli pisać. Albo się sprawdzą, albo nie. Jednak jeśli w redakcjach nie będzie się miał kto nimi zająć, to może się okazać, że beznadziejni dziennikarze w myśl przepisów proponowanych przez SDP bez problemu zyskają status dziennikarza zawodowego i będą bonzami nie do ruszenia.

Śledząc wyniki sprzedaży gazet, czy oglądalność stacji telewizyjnych, mam obawy, czy zdrowe siły rynkowe wyeliminuje te redakcje, które stawiają na tanią siłę roboczą zamiast na wykwalifikowaną. Mimo to jestem przeciwnikiem ustawowych regulacji, kto jest dobrym, a kto złym dziennikarzem.

W przypadku mediów - przynajmniej w Polsce - raczej działa kopernikowska zasada, że zły pieniądz wypiera dobry. Choć kopernikowskie prawo w tym przypadku napawa niepokojem, to jednak jest odwiecznym prawem rządzącym światem, a nie wymysłem ludzi ze stowarzyszenia, którzy zamiast dobrych artykułów piszą projekty ustaw.

 
 Oceń wpis
   

W kolejne rocznice Powstania pada pytanie, czy Ty byś poszedł? Poszedł umrzeć za ojczyznę. Pytanie jest o tyle trafne, że zmusza do myślenia o patriotyzmie. Ja mam jednak mniej popularne pytanie, czy Ty byś wywołał Powstanie?

Z wielką estymą myślę o wszystkich, którzy brali udział w tym zrywie i chylę czoła oraz jak w filmie Popiół i Diament Wajdy zapalam kolejną setkę na cześć im wszystkim.

Trzeba im oddać hołd, bo poszli w dobrej wierze. Ale trzeba zadać pytanie, dlaczego i po co 10-20 tysięcy walczących ludzi musiało zginąć lub zostać rannych? Dlaczego i po co 100-200 tysięcy cywilów musiało zginąć?

Nie chcę osądzać ówczesnych decydentów państwa podziemnego, bo tak do końca nigdy nie dowiemy się, ile wtedy wiedzieli i na jakie korzyści z Powstania liczyli.

Ale oprócz próby odpowiedzenia na pytanie, czy bym poszedł?, spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy bym zdecydował o wybuchu powstania? Z całą wiedzą, jaka mamy dziś: czy podjąłbym decyzję, o wymordowaniu i okaleczeniu do 20 tysięcy z reguły młodych ludzi, czy podjąłbym decyzję o wymordowaniu do 200 tysięcy cywilów?

Ceńmy bohaterstwo powstańców, ale nie bójmy się mówić o wielkiej porażce ich przywódców. Powstanie nie przyniosło żadnego skutku, a zginął kwiat stolicy, a samo miasto de facto przestało istnieć.

Dziś na świecie bardziej znane jest Powstanie w Getcie niż Powstanie Warszawskie. Albo nawet to drugie jest mylone z pierwszym. Cały Zachód Powstanie Warszawskie miał w głębokim poważaniu, podobnie jak Stalin, który z premedytacja wymordował Polaków rękoma Niemców.

Powstanie bardziej było nie na rękę Zachodowi niż Stalinowi. Stalin bez brudzenia sobie rąk pozbył się sporej części polskich patriotów, którzy niełatwo pogodziliby się z pojałtańskim porządkiem w Europie.

Zachodowi dostarczyliśmy lekki wyrzut sumienia, który został wymazany poprzez wymazanie samego Powstania z listy ważnych wydarzeń II wojny światowej.

Czy dla satysfakcji Stalina i lekkiego wyrzutu sumienia USA i Wielkiej Brytanii warto było poświęcić życie paruset tysięcy ludzi?

Nie wiem, czy bym poszedł, ale wiem, czy bym zdecydował o wybuchu Powstania Warszawskiego.

P.S. Wiele moich wpisów na tym blogu jest ironicznych, jajcarskich, etc. Ten jednak jest całkiem serio i wcale nie wbrew duchowi patriotycznemu. Jest jak najbardziej patriotyczny, bo patriotyczne jest pytanie, czy wolno pozwolić na wymordowanie patriotów. To ważne pytanie, od którego nie należy uciekać.

 
 Oceń wpis
   

W potocznej polszczyźnie słowo biadolenie powinno zostać zastąpione słowem tuskolenie, a utyskiwanie słowem utuskiwanie. Przynajmniej w sferze polityki. Bo metodą PO na rządzenie jest właśnie biadolenie i próba przepękania jakoś tego trudnego okresu, kiedy jest się u władzy a nie wie się, co z nią zrobić.

Nie mamy pomysłu co zrobić, nie chcemy się pogodzić z demokratycznymi mechanizmami, to będziemy tuskolić i utuskiwać - taka jest filozofia Platformy.

Platforma zajmuje się albo nic-nie-robieniem, albo tworzeniem i forsowaniem ustaw, o których i tak wiadomo, że prezydent je zawetuje (ustawa kominowa i medialna).

Gdyby PO naprawdę chciała coś zrobić, dostosowałaby się do panującego w Polsce demokratycznego reżymu zamiast zajmować się utuskiwaniem. Nie warto teraz rozważać, czy Konstytucja jest dobra, czy zła, ale jest i nie zostanie jeszcze długo zmieniona. Według tej Konstytucji, sejmowa zwykła większość musi przekonać prezydenta do swoich pomysłów albo skonstruować większość zdolną odrzucić prezydenckie weto.

PO konsekwentnie łamie te zasady, a zatem wniosek jest prosty - tak naprawdę nie chce nic zrobić, tylko uprawia pozoranctwo.

Gdyby była w niej chęć działania, to zamiast słyszeć o utuskiwaniu, w mediach byłoby głośno o spotkaniach: Donald Tusk - Jarosław Kaczyński; Donald Tusk - Lech Kaczyński; Donald Tusk - Grzegorz Napieralski. I byłyby to spotkania przed wniesieniem projektu ustawy pod obrady Sejmu.

Konstytucja po to tak została skonstruowana, aby prezydent mógł hamować zapędy koalicji rządzącej, a koalicja mogła hamować zapędy prezydenta i odrzucać projekty ustaw powstające z jego inicjatywy. Ten hamulec działa słabo, gdy oba ośrodki władzy wykonawczej są z jednego obozu, ale to już decyzja wyborców, aby jednej opcji powierzyć pełnię władzy.

Działa jednak dobrze w przypadku kohabitacji. I dobrze, bo władza nie powinna mieć komfortu rządzenia. Im większy ma komfort, tym gorzej dla obywateli.

Nie oznacza to, że PO-PSL nic nie może zrobić. Może, tylko musi chcieć. A jeśli będzie chciała, to może pójść na kompromis z SLD, z PIS lub z ośrodkiem prezydenckim, czyli z PiS. Tak czy inaczej, projekt ustawy musi mieć szersze poparcie, niż tylko wśród zwolenników Platformy.

Tym lepiej dla projektu! Jeśli ma szersze poparcie partii, to ma szersze poparcie w społeczeństwie. Dlaczego PO zanim wniesie projekt do Sejmu, nie zapyta prezydenta, co musi w nim zmienić, żeby nie został zawetowany? Dlaczego nie spyta SLD, czy zagłosuje za odrzuceniem prezydenckiego weta? Dlaczego nie spyta PiS-u, czy nie poprze ustawy, skoro w poprzedniej kadencji PO głosowała za większością PiS-owskich ustaw?

Platforma woli jednak pozorować, że ma pomysł na Polskę, na zmiany, na lepszą przyszłość. Woli tworzyć kiepskie ustawy wiedząc, że i tak zostaną zawetowane. PR-owcy i tak zadbają o przekaz, że PO chce dobrze, ale zły prezydent nie pozwala.

Skuteczny PR jest niezbędny każdemu rządowi, ale poza nim jest potrzebna skuteczność w działaniu, którą PR-owcy mogą nagłaśniać. Po co w następnych wyborach mam zagłosować na partię, która nie jest skuteczna? Samym PR-em nie da się sprawić, że wyborcy zagłosują na tuskoleni lub utuskiwaczy.

Właśnie dlatego uważam, że PO stacza się po równi pochyłej. Jaki będzie wynik w 2011 roku? Jeśli PO wygra, to oznaczać będzie, że zaczęła wreszcie działać albo że PR wygrał z demokracją. Zamiast RP, będziemy mieli PR.

 
 Oceń wpis
   

Pojawiły się dwie elektryzujące informacje dotyczące świata polityki i świata mediów, a jak się okazało, jedna z nich sprawiła, że na giełdzie zapanowała euforia. Pierwsza dotyczy decyzji rumuńskiego Senatu, który uchwalił, że w serwisach informacyjnych połowa newsów musi być pozytywna. Druga jest z naszego ogródka/grajdołka - PiS bojkotuje TVN, co Przemysław Edgar G. ogłosił w TVN (sic!).

PiS obraziło się na wszystkie media koncernu medialnego ITI. TVN i TNV24 są złe, bo źle mówią o PiS-ie, a jak już źle mówią, to za krótko - inne partie mają ponoć więcej czasu antenowego. Onet.pl jest zły, bo jak wyjaśnia PiS, przy depeszach o Prawych i Sprawiedliwych zamieszcza szkaradne zdjęcia członków.

Ponoć nie jest to wina członków, tylko osób dobierających fotki. Jest wiele zdjęć przedstawiających wyżej wymienionych w pozach godnych dobrotliwych mężów stanu, a dziennikarskie wredoty wybierają te ze szkaradnymi grymasami twarzy. Ciekawe skąd biorą takie zdjęcia? Na pewno przerabiają w Photoshopie. I tak zamiast uśmiechniętych amantów powstają pisopotwory.

Kliknij tutaj, aby zobaczyć przegląd zdjęć polityków PiS autorstwa fotoreporterów PAP. Czy naprawdę można się obrazić?

Trzeba działać, bo może się zdarzyć, że PiS obrazi się na wszystkie media i przestanie istnieć. Nie można dopuścić do tak wielkiej straty w polskim życiu politycznym. Kto miałby zostać kolejnym premierem?

Szefowie wszystkich największych mediów powinni usiąść przy okrągłym stole i ustalić zasady, jakimi będą się kierować przy wydawaniu serwisów informacyjnych. Przykład mamy z Rumuni, ale u nas lepiej nie mieszać do tego parlamentu. Niech media oddolnie ustalą kodeks wydawcy. W każdym serwisie musi być 50 procent pozytywnych informacji o PiS. Połowa publikowanych zdjęć członków PiS ma być ładna.

To wcale nie jest trudne (no, może poza zdjęciami). Stwórzmy w połowie pozytywny serwis informacyjny. 50 procent pozytywnych informacji o PiS-ie!

Co dziś w serwisach PiSzczy? Wysoko zamieszczona została informacja o tym, że Jarosław Kaczyński postuluje wyeliminowanie Kazimierza Kutza. Po co zaraz tytuł z cytatem wypowiedzi prezesa Wyeliminować Kutza z życia publicznego (gazeta.pl)? Po co Ostre słowa J. Kaczyńskiego pod adresem Kutza (onet.pl)? I dlaczego zdjęcie zacietrzewionego szefa partii?

Do tego akurat nie pasowałaby fotografia dobrotliwie uśmiechniętego byłego premiera, ale można dać na przykład zdjęcie Kutza i piły mechanicznej, a podpisem mógłby być cytat Tego rodzaju ludzi trzeba z polskiego życia publicznego eliminować. A gdzie obowiązkowy pozytyw? Oczywiście, że jest, należy tylko podkreślić, że prezes nie zamierza całkiem wyeliminować Kutza, a jedynie z życia publicznego. Kutz może żyć - może to byłby dobry tytuł, albo optymistycznie nastrajająca pointa.

Płynnie przechodzimy do kolejnej pozytywnej informacji: 15-latka zamierza pozostać dziewicą (onet.pl). Drugi tytuł tej samej depeszy: Niewinna i czysta Miley Cyrus. Zdjęcie jest w porządku, więc nie zmieniamy. Jakąż to ulgę przynosi odbiorcom, że jest na świecie 15-letnia dziewica i w dodatku nie zamierza tego zmieniać przed milionową widownią podczas jakiegoś reality show.

Do tej pozytywnej informacji trzeba dodać wątek PiS-owski. Miley Cyrus taką jedynie słuszną decyzję z punktu widzenia jedynie słusznej religii podjęła po spotkaniu z Przemysławem Gosiewskim. Ponoć nie musiał jej długo przekonywać tym bardziej, że na horyzoncie zobaczyła zbliżającego się Karola Karskiego. PiS uratowało czystość Cyrus - proponuję taki tytuł.

Ceny mieszkań będą spadać - donosi Money.pl. Jaki nietrafny tytuł: Nie kupuj teraz mieszkania! Dzięki PiS-owi będą tańsze mieszkania - tak powinno to być, bo przecież taniejące nieruchomości to efekt zapoczątkowanego przez PiS programu budowy trzech milionów tanich mieszkań (brutalnie przerwanego przez nietrafne decyzje oszołomionych tendencyjnymi mediami wyborców). Program nie został zrealizowany, ale i tak przynosi efekty - słuszną linię miała nasza władza. Dlaczego tam jest zdjęcie robotników? Powinien być uśmiechnięty prezes z podpisem To jemu zawdzięczamy, że za miesiąc pracy możemy sobie kupić 33 centymetry kwadratowe mieszkania - o 3 centymetry więcej, niż za czasów układu.

GPW ostro w górę - co to za tytuł i dlaczego zdjęcie z giełdy zamiast z obrad kierownictwa PiS-u? Przecież giełda poszła do góry tylko dlatego, że PiS obiecał, iż nie będzie pojawiał się w mediach. Euforia inwestorów nie miała granic. 3-procentowe wzrosty zamiast 3-procentowych spadków zafundował nam prezes! Tylko tendencyjni dziennikarze zamiast docenić plan szefa partii i poinformować opinię publiczną o jego geniuszu, mówią i piszą, że PiS naprawdę chce zniknąć z mediów. Przecież on to zrobił dla inwestorów, dla przyszłych emerytów. Ktoś musi ratować giełdę. Łubu dubu, łubu dubu...

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.