rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Pozwala choćby nabyć nowych umiejętności! Jak pokonać odległość 40 centymetrów, aby wyjechać spod krawężnika na środek ulicy. Nie wiedziałem, że jest wiele wariantów, ale eksperymentuję, podglądam sąsiadów i zdobywam kolejne sprawności - jak w harcerstwie.

Najskuteczniejsze jest odgarnięcie śniegu, więc kupiłem saperkę. Po złożeniu mała, można ja wozić w aucie przez cały rok, a znakomicie pomaga w trudnych warunkach. Choć przez to, że jest mała, to trzeba się sporo namachać. Więc wzorem kolegi, kupię jeszcze normalną szuflę, którą będę woził w aucie tylko zimą.

Wreszcie też wiem, po co wymieniłem opony na zimowe.

Moje podwórko typowe dla zakazanej dzielni, w której mieszkam, wreszcie wygląda ładnie. Takie czysto-białe.

Można się przekonać, że ludzie wbrew powszechnym narzekaniom są życzliwi - wypchną auto z mikrozaspy, przy której nawet saperka się nie sprawdza. Można też lepiej się poczuć i dowartościować wypychając kogoś. Świadomość, że jednak nie jest się złym człowiekiem, skończonym egoistą, pomaga przetrwać gorsze z braku słońca samopoczucie.

Poza tym, zima to jednak zima i dziwnie jest w styczniu włączać klimatyzację - co mi się zdarzyło bodajże w 2007 lub 2008 roku. Było dość ciepło i jeszcze słońce przygrzało, więc w aucie zrobiło się gorąco.

Oczywiście nieco mnie niepokoi, że zapewne będę miał dopłatę za ogrzewanie oraz m.in. z moich podatków idzie fortuna na odśnieżanie ulic. Ale cóż - za skuteczną walkę z ociepleniem klimatu trzeba płacić. Swoją drogą nie spodziewałem się, że przyniesie ona tak szybkie rezultaty.

Na koniec zostawiłem koronny argument przemawiający za tym, że ta zima jest cudowna: bardzo, ale to bardzo będziemy się cieszyć z wiosny! W tym roku bez wątpienia zauważymy, że nadeszła.

 
 Oceń wpis
   

Często zastanawiam się, skąd się bierze sentyment do PRL-u? "Że przed Balcerowiczem było lepiej". Rozumiem taki sentyment u kloszarda, który kiedyś był kimś. Rozumiem panią sklepową, która kiedyś należała do społecznej elity i za towar spod lady mogła mieć wszystko, a teraz jest po prostu panią sklepową. Ale skąd się bierze u ludzi, którzy dziś żyją w miarę godnie?

Przydałyby się jakieś gruntowne badania. Sztab socjologów, psychologów i psychiatrów powinien się tym zająć.

Nie jestem przedstawicielem żadnej z tych profesji, a jednak zająłem się tematem.

Sentyment bierze się przede wszystkim stąd, że mamy skłonność do idealizowania przeszłości. Wiadomo - jak człowiek był młodszy, to wszystko było lepsze. "Kiedyś było lepiej, bo państwo o wszystko zadbało. Dało wczasy z FWP, dało talon na pralkę, a mieszkanie to kupiliśmy za grosze" - wspomina sobie część pokolenia  50+. A młodzież tego słucha.

Ale nie usłyszy już, że mieszkanie można było kupić za grosze po 30 latach czekania i wpłacania co miesiąc wcale nie małego kawałka pensji na książeczkę mieszkaniową - to coś jak dzisiejszy kredyt hipoteczny, tylko na odwrót. Najpierw płaciło się raty, a po trzydziestu latach można było otrzymać mieszkanie jedynie za prowizję od udzielenie kredytu. Prawie to samo co dziś, tylko ma się własny kąt 30 lat wcześniej.

Osoby, które przez ostatnie 20 lat wygrzewały się na egipskich plażach, rzewnie wspominają tanie wczasy z FWP. Nie dziwie się. Wtedy mogły w wesołym towarzystwie napić się Żytniej, a teraz nie mogą Jasia Wędrowniczka, bo lekarz zabronił. Poza tym ta Żytnia bardziej smakowała, bo była zdobyczna. Trzeba się było nieźle nakombinować, aby się jej napić. A taki Jaś (wtedy oglądany przez szybę w Pewexie), dziś dostępny w każdym sklepie lub barze już tak nie cieszy.

A jaką radość można mieć dziś z nowej pralki? Żadnej. Można pójść do sklepu i ją kupić. Przywiozą do domu i wniosą do łazienki. Za średnią pensje można kupić trzy. Albo na kredyt wziąć. Jak to porównać z poniżaniem się, aby w radzie zakładowej wyprosić talon, który upoważnia do kupienia maszyny po odstaniu trzech dni przed sklepem? W dodatku trzeba na nią odłożyć całe dwie średnie pensje.

Jest co wspominać. Radość z podłączenia telefonu po 25 latach od złożenia wniosku, też nie da się przełożyć na dzisiejsze realia. Smak parówek, za którymi stało się trzy godziny w kolejce, nie da się porównać z dzisiejszymi. Choć pewnie zawartość mięsa w mięsie jest zbliżona.

Bez wątpienia zmienił się komfort zatrudnienia. Żeby (w przeliczeniu na dolary) zarobić 50 razy mniej niż dziś, wystarczyło do pracy przychodzić w miarę trzeźwym. Nie trzeba było się niczym wykazywać, żeby dotrwać bezpiecznie do emerytury. Dziś trzeba udowodnić pracodawcy, że pensja się należy.

Żyjemy w państwie cholernie dalekim od tego, aby go nazwać fajnym. Ale jednak III RP jest teraz krajem, który - w przeciwieństwie do PRL-u - jest znacznie dalej od nazwania go ch....m.

P.S. Do tego wpisu zainspirowało mnie to forum oraz komentarz Olafa pod poprzednim moim wpisem. Może niech Ci, którzy są za młodzi, żeby wiedzieć, niech słuchając rzewnych wspomnień dopytają o szczegóły - to może wiele zmienić w ich ocenie ostatnich 20 lat.

 
 Oceń wpis
   

Znam realia końcówki PRL-u. Pamiętam tę nędzę, szarzyznę i totalną beznadzieję. Jednak każdy kolejny tekst z cyklu publikacji pod hasłem Gospodarcza XX-latka uświadamia mi, jak wiele zmieniło się przez ostatnie dwie dekady. Przecież jeszcze bardzo przaśnie było w latach 90.

Nie jestem przekonany, czy 20 lat temu premier Mazowiecki z wicepremierem Balcerowiczem mieli do końca świadomość, czego dokonują. Zresztą nie musieli jej mieć, bo nie mieli innego wyjścia niż działać. Socjalistyczna gospodarka po prostu zbankrutowała i nie można było jej reformować - nawet gdyby ktokolwiek tego chciał. Trzeba było budować od zera nową jakość.

Do czasu cyklu XX-latka nie wiedziałem, że Polska pod koniec lat 80. nie była już w stanie spłacać zadłużenia zagranicznego. W 1989 roku zapłaciliśmy zagranicznym wierzycielom zaledwie 16 procent z wymaganych na ten okres rat kapitałowych i 30 proc. należnych odsetek - pisze Agnieszka Zawadzka.

Jak poczytałem te teksty, dodałem do tego własne wspomnienia plus rodzinne opowieści, to uznałem, że estyma, jaką mają osoby-symbole przemian, Mazowiecki z Balcerowiczem, jest uzasadniona.

Ale oni sami tego nie zrobili. Bo to MY zrobiliśmy. To my dzielnie znosiliśmy trudy transformacji, a dla wielu był to czas łez i potu. Okres wykorzystanych, ale też zmarnowanych szans. Ktoś tymi zmianami dyrygował, ale gdybyśmy my ich nie chcieli, to wybuchłaby rewolucja i głowy wyżej wspomnianych oddzieliłyby się od tułowi.

Dlatego sądzę, że to są NASZE przemiany i NASZE reformy. Jednak bez najlepszego rządu w dotychczasowej historii suwerennej Polski nie byłoby to możliwe.

Dla tych, którzy tęsknią do PRL-owskiej degrengolady, też jest dobra wiadomość. Balcerowicz w końcu odszedł.

Do annałów.

P.S. Powyższy wpis wbrew pozorom nie oznacza braku krytycyzmu do wielu aspektów przemian.

 
 Oceń wpis
   

Sądzili Państwo, że reformę emerytalną zmieniają fachowcy dobrze zorientowani w systemie? To polecam wywiad z jednym z współtwórców zmian, Janem Rostowskim, nazywanym przez siebie Jackiem. Mówi niemal wprost, że nie wie, jak działa w Polsce system emerytalny.

Wywiadu udzielił Gazecie Wyborczej. Z początku rozmowy jasno wynika, że minister finansów nie ma pojęcia, jak funkcjonuje system emerytalny w Polsce.

Na pytanie, czy jest pan w OFE? odpowiada: Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że tak.

Niekoniecznie, mógł pan zostać tylko w ZUS - uświadamiają reformatora Agata Nowakowska z Dominiką Wielowieyską.

- Szczerze mówiąc, nie pamiętam, jak prawdopodobnie większość ludzi - odpowiada z obnażającą szczerością Rostowski.

I tak osoba, która chce nam zabrać część pieniędzy i sfinansować nimi dług publiczny, pokazuje, gdzie ma system emerytalny. Skoro ma go w głębokim poważaniu, to rzeczywiście nie dziwi, że taka radykalna zmiana to dla niego pikuś. Nawet nie pan pikuś!

Z całego wywiadu wynika, że jeden z najważniejszych ministrów w rządzie nie widzi różnicy między tym, czy OFE kupują obligacje skarbu państwa, czy zabiera się im pieniądze na ich zakup i finansuje nimi świadczenia obecnych emerytów.

A różnica jest zasadnicza. Bo w ZUS-ie nie będzie naszych pieniędzy, tylko zapis, że kiedyś powinniśmy je dostać od naszych dzieci, jeśli te będą pracować w Polsce i płacić składki na ZUS. A w OFE są nasze realne pieniądze, choć pomniejszone o zbójeckie prowizje, ale jednak to żywy pieniądz.

A dla mnie żywy pieniądz jest lepszy od obietnic, że jak przyszłe pokolenie zapracuje, to coś dostanę. Dla ministra finansów nie ma różnicy.

Ja mam wielkie zaufanie do zdrowego rozsądku Polaków - mówi w dalszej części wywiady Rostowski.

Jeśli minister się nie myli i naród będzie postępować zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, to powinien płacił podatki do budżetu nie gotówką, jak teraz, ale wirtualnymi pieniędzmi - obietnicą, że kiedyś zapłaci. Na razie niech w budżecie będzie taki specjalny zapis księgowy, że Kowalski niby zapłacił. Analogicznie jak chce Rostowski, żeby w ZUS-ie był zapis, że na niby są w nim pieniądze Kowalskiego.

 
 Oceń wpis
   

Policji nie stać na programy antywirusowe, więc komputery nie będą chronione - dawno w mediach nie było tak pozytywnych wieści o policjantach. Dlaczego pozytywnych? Wynika z nich, że na komisariatach zaszły niebotyczne zmiany i wreszcie mamy nowoczesną służbę.

Pierwszy wniosek z tej informacji jest taki, że policja ma komputery. Drugi, że są one podłączone do internetu. Trzeci, że funkcjonariusze ich używają, bo przecież wyłączony sprzęt nie może zostać zainfekowany wirusem.

Funkcjonariusz siedzący w komisariacie przed komputerem - nawet bez programu antywirusowego - to budujący widok. Szum wiatraczków chłodzących procesory zamiast stukotu maszyn do pisania. Piękny obrazek! Jak to dobrze, że obraz policji znanej z seriali można teraz oglądać w prawdziwych komisariatach.

Kilka lat temu, ale już w XXI wieku, miałem okazję składać zeznania. W komisariacie, w pokoju, w którym rozmawiałem z funkcjonariuszem, stał komputer (jeden na trzy biurka) oraz maszyna do pisania (sztuk: jeden). Policjant jednak dzielnie spisywał moje zeznania ręcznie, bo maszyny używał akurat kolega, a komputer - wszystko na to wskazywało - służył jako zegar. Po monitorze jeździła aktualna godzina. Taki wygaszacz ekranu. Sam komputer wyglądał na taki, który nie jest zdolny się z niczym połączyć, więc żaden wirus nie był mu straszny.

Dlatego ucieszyło mnie, że teraz policjanci mają problem z oprogramowaniem. Nie traktowałbym tego, jako efektu niedofinansowania, ale wręcz przeciwnie - efekt unowocześniania policji, a raczej wprowadzenia jej - choć z dużym opóźnieniem - w XXI wiek.

Nie histeryzowałbym też z powodu braku programów antywirusowych. Jakiż to wirus odważy się zaatakować stróżów prawa? A hakerzy? Bezsens, bo przecież szanujący się haker nie będzie atakował niechronionych komputerów, bo to wstyd! Koledzy z branży wyśmialiby go przecież.

 
 Oceń wpis
   

Miałem tę historię opowiedzieć dawno temu, ale brakowało mi pointy. Teraz ją mam, więc nawijam: wyszedłem na balkon zapalić papierosa i widzę, że na podwórku pali się śmietnik (nie ten, w którym później leżała głowa sąsiadki). Wezwałem straż pożarną.

Około 30 sekund po zakończeniu rozmowy usłyszałem w oddali syrenę. Po dwóch minutach straż była na mojej ulicy. Pomylili podwórka i pobiegli sprawdzić, czy pali się na przeciwko. Zdezorientowani wrócili na ulicę, zapytali przechodnia i wbiegli na właściwe. Tam naocznie stwierdzili, że się pali i zadysponowali, aby wóz wjechał.

O dziwo tej nocy wjazd nie był zastawiony i wielki wóz strażacki mógł się dostać na podwórko.

Efekt był taki, że sześć minut od wezwania, śmietnik był już gaszony.

Sześć minut wystarczyło, aby strażacy zajęli się płonącymi śmieciami. Strażacy są od tego, aby ratować nie tylko życie, ale również mienie, a zapewne taki kontener sporo kosztuje.

I wszystko w porządku, gdyby nie przygoda, która mnie spotkała kilkanaście tygodni wcześniej. Szedłem późnym wieczorem z psem, a jakaś pani siedząca na schodach kamienicy nieopodal mojej plomby, zagadnęła mnie, czy mam przy sobie komórkę.

Nie wyglądała na osobę, która kroi komóry, więc przyznałem, że mam. Poprosiła, abym zadzwonił na pogotowie i powiedział, że ona tu siedzi i chyba ma złamaną nogę, bo bardzo boli i nie może chodzić.

Spytałem, czy długo tu siedzi. Powiedziała, że ze czterdzieści minut minęło od czasu, gdy poprzedni uprzejmy przechodzień na jej prośbę dzwonił i ona teraz mnie prosi, abym zapytał, czy kiedyś ktoś po nią może przyjedzie.

Więc dzwonię.

Pani z pogotowia mówi, że zupełnie niepotrzebnie, bo ona ma to zgłoszenie i jak będzie wolna karetka, to przyjedzie. To ja mówię, że ta pani chyba dość mocno cierpi (jakoś tak stękała żałośnie) i jak tak dłużej posiedzi, to może z nogą się jej nie pogorszy, ale może dostanie zapalenia płuc (wieczór był chłodny).

Mówię też, że może ta pani nie nadaje się na wzorowego członka klubu AA, ale jest na tyle trzeźwa, aby wiedzieć, czy ją boli, czy nie i czy bardzo, czy tylko troszkę. Poza tym, alkohol ma działanie znieczulające, więc w przypadku tej pani ból musi być dość silny, skoro mimo spożycia cierpi mocno.

Pani z pogotowia powiedziała, że to wszystko rozumie, ale nie ma wolnej karetki, a jak będzie miała, to wyśle.

Mocno zdruzgotany się czuję. Śmieci na ratunek czekają sześć minut, a człowiek po czterdziestu minutach dowiaduje się, że pomoc nawet nie jest w drodze.

No i dawno bym to opisał, ale nie wiedziałem, jaki wniosek z tego płynie. Opowiedziałem w pracy tę historię i zaraz podsunięto mi trafną pointę: ta pani powinna się podpalić! Już po sześciu minutach nadjechałaby pomoc.

Tak więc drogi Czytelniku, jeśli cokolwiek Ci się przytrafi: dostaniesz zawału, rozbijesz głowę, złamiesz kończynę - szybko się podpal!

P.S. Podsunięto mi też drugą pointę: ta historia wyjaśnia, dlaczego strażaków wszyscy lubią, a pogotowia - nie.

 
 Oceń wpis
   

- Tatusiu, dlaczego policjanci grzebią w śmietniku? - pyta synek widząc przez okno, jak umundurowani panowie przeczesują śmieci.

- Szukają głowy pani, która mieszkała w kamienicy obok.

- A dlaczego głowa tej pani jest w śmietniku?

- Czasem tak się mówi, że ktoś stracił głowę. Ta pani właśnie straciła głowę.

- Ale co znaczy stracić głowę?

- Tak się mówi, jak ktoś nie wie, co ma robić.

- Ta panie nie wiedziała, co ma robić?

- W jej przypadku głowę oddzielił od tułowia jej synek.

- Jak to oddzielił?

- Wziął siekierę i odrąbał.

- A dlaczego?

- Sąsiedzi mówią, że był chory.

- Ale jak ja jestem chory, to nie oddzielam mamy głowy od reszty mamy.

- Ten pan był inaczej chory. Taka choroba nazywa się schizofrenią. W dodatku ponoć ten pan brał narkotyki.

- A co to jest schizofrenia i co to są narkotyki?

- Schizofrenia to taka choroba głowy. Chory nie zawsze wie, co robi, a przez narkotyki wie jeszcze mniej. Dostaje małpiego rozumu.

- I skacze po gałęziach, jak małpki w zoo?

- Nie, ćwiartuje swoją mamę.

- Co znaczy ćwiartuje?

- Rąbie ją na małe kawałeczki, oddziela mięso od kości, pakuje do worków i wyrzuca po troszku do śmietnika.

- I teraz policja szuka tych kawałeczków?

- Tak, już prawie wszystkie znalazła, tylko głowy brakuje.

- A jak znajdzie głowę, to pani cała wróci do domku?

- Nie już nie wróci, bo nie da się porąbanego człowieka poskładać z powrotem tak, aby dalej mógł chodzić i iść do domku, tak jak chodził przed porąbaniem.

- To co teraz będzie?

- Synek tej pani pewnie nie wróci do domku, bo resztę życia - mam nadzieję - spędzi w szpitalu, takim specjalnym, zamkniętym, z którego nie wyjdzie. Jego mamusia też nie wróci do domku.

- I co będzie?

- Zwolni się jedno mieszkanie komunalne. Władzie miasta się ucieszą, bo kolejka czekających na takie lokum się skróci.

- I to wszystko?

- I to wszystko synku. Przynajmniej do czasu, aż zwolni się następne mieszkanie.

Takiej rozmowy z synem oczywiście nie miałem, bo nawet ten starszy jest zbyt mały, aby zadawać takie pytania. Gdyby mój syn był starszy, oczywiście powiedziałbym mu, że dobrzy policjanci pomagają sąsiadce w poszukiwaniu kluczy, które zgubiła i nie może wejść do domu. Ale co miałbym mu powiedzieć, gdyby zobaczył głowę pani sąsiadki?
Kupując mieszkanie w dziwnej dzielnicy trzeba liczyć się z tym, że dzieci będą zadawać trudne pytania. Trzeba też się liczyć z tym, że nigdy samego dziecka nie wypuści się na podwórko, bo nie wiadomo - choćby koledzy, z którymi się bawi, byli fajni - kogo może spotkać.
Kupując mieszkanie w takiej okolicy, nie wszystko przewidziałem. Ale nie tracę głowy.

P.S. Przepraszam, że linkuję do Faktu, ale inne media lakonicznie opisały sytuację, a Fakt, jak to Fakt, dość obrazowo.

 
 Oceń wpis
   

W piękną symboliczną rocznicę upadku komunizmu pochwalę się swoim styropianem. Podniosłem czoło i zawalczyłem z ustrojem! Ze względu na wiek mogłem się przeciwstawiać tylko przedstawicielom władzy asygnowanym przez MEN, ale i tak było to duże przeżycie.

Mój bunt nijak się ma do poczynań bohaterów przemian, ale urodziłem się za późno, aby im dorównać (a jak bym się urodził wcześniej, to nie wiem, czy miałbym tyle odwagi co oni).

Moja walka stoczyła się między przedstawicielem władzy w postaci mojej wychowawczyni z podstawówki, która była starą komunistką z awansu. Była wdzięczna władzy ludowej, że ta ją wykształciła (choć raczej nie wyniosła na intelektualne szczyty) i pozwoliła nosić kaganek oświaty.

Zapewne nie była złym człowiekiem, ale indoktrynowanie dzieci uważała za swój obowiązek - nie wiem, czy sprawiało jej to przyjemność.

Zobacz serwis specjalny Money.pl

20 lat w Wolnej Polsce
 

W każdym razie rozliczała nas z obecności w pochodach pierwszomajowych, co raczej można uznać za nadgorliwość (w tych czasach już nie wszyscy wychowawcy to robili, więc obowiązku chyba nie było).

Pewnego roku (nie pamiętam dokładnie, którego, ale w drugiej połowie lat 80.) 1 maja przypadł w niedzielę. Wtedy byłem katolikiem a godzina pochodu kolidowała z mszą dla młodzieży. Wybrałem mszę.

Nie było najgorsze to, że dostałem za to zachowanie nieodpowiednie, ale to, że musiałem stawić czoła wychowawczyni. A były to czasy, kiedy uczniowie nauczycieli nie bili, nie wsadzali im kubłów na głowy. Ba! Nie nawet nie dyskutowali z nimi, tylko ich słuchali.

Pamiętam jak dziś, że zostałem wywołany, wstałem z krzesła (inaczej niż na stojąco nie rozmawiało się z nauczycielem) i musiałem się tłumaczyć. Warga mi drżała, ale wiedziałem, że muszę mówić odważnie i szczerze. Nie tłumaczyłem się chorobą, tylko otwarcie powiedziałem, że wybrałem mszę i że nie mogłem iść na inną godzinę do kościoła, bo zawsze chodzę na mszę dla młodzieży i jest to dla mnie ważniejsze od pochodu pierwszomajowego.

Było ciężko.

Pamiętam też, że w tamtą niedzielę kościół podczas mszy dla młodzieży świecił pustkami. Obecnych dowartościował ksiądz, który - nie jestem w stanie zacytować go dosłownie - powiedział coś w tym stylu, że część młodzieży tu nie przyszła, bo wymachuje teraz podczas pochodu papierowymi, sztucznymi kwiatami, a prawdziwy kwiat młodzieży zgromadził się tu, w kościele.

Nie sposób odmówić Kościołowi roli w przemianach - nie tylko tych nagranych przez telewizję, ale także w tych, które miały miejsce w małych miejscowościach w całej Polsce.

Zaczynając pisać o moim styropianie żartowałem sobie, ale tak na serio, to w PRL-u nie było lekko nawet uczniom podstawówek.

Wtedy o całej sytuacji politycznej wiedziałem tylko tyle, że nielegalna Solidarność jest dobra, a legalna władza zła. A na pochód nie poszedłem zapewne z przekory. Skoro jest to obowiązkowe, to trzeba zbojkotować. Nie było w tym głębszej refleksji, idei - za młody byłem. Ale i tak jestem dumny z otrzymanej wtedy nieodpowiedniej oceny z zachowania.

Oceny nieodpowiednie, które otrzymywałem już za III RP, miały zupełnie inne podłoże i na pewno nie napiszę o nich :)

 
 Oceń wpis
   

W pociągu poruszającym się z prędkością światła, z jaką prędkością porusza się pasażer, który idzie od jego końca w kierunku lokomotywy? Takie rzeczy opowiadali moi nauczyciele od fizyki i do niedawna nie wiedziałem po co.

Teraz wiem! W latach 90. chcieli mnie nauczyć teorii względności po to, abym w 2009 roku mógł zrozumieć sukces Polski. Sukces ten polega na tym, że produkt krajowy wzrósł o oszałamiającą wartość 0,8 procent!

Do tej pory miarą sukcesu był wzrost PKB o ponad pięć procent. A wzorem były kraje, które rozwijały się w tempie bliżej dziesięciu.

Gdy wzrost PKB oscylował w okolicach 6 procent, wiele było głosów, że gdyby przeprowadzono skuteczne reformy, to wzrost wyniósłby co najmniej 10 procent.

A teraz się wszyscy cieszą, że mamy nawet ten niecały procent. Grunt, że na plusie.

Oczywiście, jest sukces w kontekście globalnej recesji. Jednak dziś PO nie może się chwalić wzrostem PKB tak, jak Gomułka chwalił się tym, że jesteśmy szóstą potęgą gospodarcza świata.

Rząd obwieścił sukces, że z powodu nic-nie-robienia od 2007 roku, zapracowaliśmy na wzrost PKB o prawie jeden procent.

Wniosek numer jeden: gdyby wszystkie rządy po 1989 roku nic nie robiły, to dziś wzrost PKB Polski wyniósłby pewnie z 80 procent.

Wniosek numer dwa: wszystko schrzanił rząd Mazowieckiego z Balcerowiczem! Oni reformowali, coś robili. Gdyby wzorem Tuska i Rostowskiego się powstrzymali, dziś bylibyśmy krainą mlekiem i miodem płynącą.

Skoro sukces płynie z tego, że się nic nie robi, to ja kończę pisać i idę spać. Jutro obudzę się bogatszy.

 
 Oceń wpis
   

PiS chce odwoływać ministra finansów Jana Rostowskiego. Jak wiadomo, z prób odwoływania któregokolwiek z członków rządu podejmowanych przez opozycję nic nie wychodzi, ale zawsze jest fajna medialna zadyma.

Dlatego rząd jest rządem, że ma większość w Sejmie. Poza wyjątkami rządów na przetrwanie do wyborów oraz innych dziwnych tworów, każdy normalny rząd ma poparcie tych, którzy go powołali, czyli ponad 50 procent posłów. I ta większość nie pozwoli mniejszości dokonywać zmian, których nie chce.

To jest niby jasne, ale wnioski o odwołanie ministra dają opozycji świetną okazję do popisów medialnych. Każdy zrobi relację z konferencji, podczas której zapowiada się wniosek o odwołanie członka rządu. Każda stacja będzie też publikować bogate relacje z dyskusji w Sejmie przed głosowaniem nad takim wnioskiem.

Takie są mechanizmy demokracji medialnej i trudno z nimi walczyć. Problem leży gdzie indziej. Nie w tym, co teraz robi lub czego nie robi minister finansów. Opozycja powinna zadać pytanie, co rząd robił w czasie prosperity, dlaczego wtedy nie reformował, nie ciął wydatków, nie racjonalizował finansów publicznych.

Trudno dziś stwierdzić, czy rację ma Rostowski, PiS, czy ekonomista Grzegorz Kołodko, który w imię promocji swojej książki pojawi się chętnie w każdym programie i będzie mówił, że fajne rzeczy pisze i gdyby Rostowski czytał, to byłoby dziś w Polsce tip-top.

Faktem jest jednak, że rząd Donalda Tuska przebimbał rok dobrej koniunktury. Poza szczątkową (aczkolwiek trudną) reformą emerytalną, nie zrobił nic. A mógł.

I za to należy odwoływać Rostowskiego a może całą ekipę Tuska. Nie za to, że rząd teraz nie prowadzi rozdawnictwa, na które zwyczajnie naszego kraju nie stać.

Ale takich rzeczy PiS nie może mówić, bo współrządził w czasie gospodarczej hossy i zamiast wtedy szukać oszczędności na gorsze czasy, to zmniejszał wpływy budżetowe zwiększając jednocześnie wydatki.

I tu dochodzimy do największego problemu polskiej sceny politycznej. Nie ma na niej twardzieli, którzy wzięliby na siebie prawdziwe reformy. Są tylko medialne stworki, które dzielą się na dwie grupy: jedna dla dobrego wizerunku udaje, że Polski kryzys nie dotyczy, a druga widzi kryzys nawet tam, gdzie go nie ma  i na zasadzie im gorzej tym lepiej dla prywaty żąda rzeczy niemożliwych.

A ze zwiększaniem deficytu budżetowego jest jak z gimnastyką. Henry Ford miał powiedzieć, że gimnastyka to bzdura. Zdrowi jej nie potrzebują, a dla chorych jest niewskazana.

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.