rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Pewnego wieczoru usłyszałem dwa wystrzały. Znów sól tej ziemi, nadzieja przyszłych pokoleń, strzela z kapiszonów lub puszcza petardy - pomyślałem.

U mnie na dzielni to dość popularna rozrywka, która nie ma nic wspólnego z Sylwestrem. Na przełomie roku jedynie się nasila, ale ludzie tu lubią sobie postrzelać bez okazji. Jak się okazało nie tylko z kapiszonów.

Parę dni później dowiedziałem się, że wtedy nie słyszałem kapiszonów, tylko prawdziwe wystrzały z prawdziwych pistoletów. Co ciekawe, pojedynek okazał się remisowy. Dżentelmeni, którzy do tego stopnia różnili się w poglądach, że aż została rzucona rękawica, nie żyją. Obaj. Skutecznie się nawzajem postrzelili.

Poruszony takim wydarzeniem na mojej ulicy oczywiście na ten temat zagaiłem rozmowę ze spotkanym w windzie sąsiadem. Ten widząc, że jestem trochę przejęty, stanął na wysokości zadania i uspokoił mnie: Wie pan, to były dranie, naprawdę nie ma kogo żałować.

Od razu spłynął na mnie spokój. W końcu sąsiad dłużej tu mieszka ode mnie (nie wiem, jak długo, ale gdy się wprowadziłem, to już tu był i nawet sprawiał wrażenie zasiedziałego).

Czym ja się przejmuje? - pomyślałem. Naturalna selekcja drani to rozwiązanie... naturalne. Gdyby któryś przeżył, to byłoby gorzej - znaczyłoby, że przetrwał większy drań, czyli postępuje eliminacja miętkich, gorzej strzelających, posiadających gorszą broń, gorszy refleks, itp. Wkrótce zostaną tylko największe dranie.

Tak więc uspokojony tym, że nie trzeba się przejmować strzelaniną, skoro jej efekt jest korzystny dla środowiska naturalnego, żyję sobie spokojnie dalej.

---

P.S. Powyższy wpis dotyczy wydarzeń archiwalnych, ale dopiero po upływie czasu mogę pisać o epizodach z mojego podwórka. A po strzelaninie wydarzyło się jeszcze coś, o czym nie omieszkam niebawem wspomnieć na chocholim blogu.

 
 Oceń wpis
   

Chętnie bym płacił wyższe podatki, żeby nauczyciele mogli więcej zarabiać. Jednak pod jednym warunkiem: ze szkół zniknęliby niespełnieni frustraci a zostaliby tylko superbelfrzy, którym chce się uczyć i mają do tego dar.

Jednak nawet gdyby szkoły dostały dwa razy więcej pieniędzy, to śmiem twierdzić, że nic by się nie zmieniło. Do postawienia takiej tezy skłoniła mnie lektura bloga mojego zacnego kolegi oraz tekstu, który wytropił w mediach, konkretnie w Dzienniku Łódzkim.

To opis zupełnie absurdalnej sprawy. Dla tych, którym nie chciało się kliknąć w linka streszczę w dwóch zdaniach: dziewczyna popadła w nieliche tarapaty, bo ośmieliła się na blogu skrytykować część grona pedagogicznego.

Konkretnie nauczycielkę angielskiego, która zamiast uczyć angielskiego marnowała czas uczniów (i marnowała pieniądze podatników) na opowiadanie o swoich nowych tipsach, golfach, butach i diecie pączkowo-batonikowej.

Gdyby ciało pedagogiczne było takie, na które chciałbym płacić więcej, to nauczycielka angielskiego dostałaby naganę za to, że opowiada dyrdymały zamiast robić to, za co bierze pieniądze. Tymczasem to uczennica ma obniżone zachowanie i grozi jej jeszcze więzienie, bowiem ciało - a raczej cielsko - pedagogiczne złożyło doniesienie do prokuratury. Znieważony został bowiem funkcjonariusz publiczny.

Nie znam tej dziewczyny, nie znam anglistki, nie znam dyrektorki. Ale nawet przyjmując wariant, że nastolatka przegięła z krytyką a nauczycielka obiektywnie jest git, to sposób tłumienia krytyki w tej szkole jest... Nie wiem jak to nazwać, ale kojarzy mi się z totalitaryzmem.

Mało tego, wpisuje się w moje wspomnienia z okresu regularnej styczności z systemem edukacji. Zarówno w mojej podstawówce jak i w liceum ceniony był brak własnego zdania - generalnie myślenie nie było w cenie. Pupilami sporej części nauczycieli byli ci uczniowie, którzy wkuwali na blachę to, co zostało podyktowane i zapisane w zeszycie.

Podczas odpytywania opowiedzenie własnymi słowami o jakimś zagadnieniu było odczytywane jako dowód nieuctwa, a nie dowód zrozumienia tematu. A już posiadanie własnego zdania, odrębnego od tego podyktowanego, to było bliskie bezczelności (podważało opinię nauczyciela).

Nie wspomnę już o nauczycielach, którzy lubili przyłożyć. Co prawda było to w czasach, kiedy jeszcze temat godności dziecka nie był topowy, ale już nie wypadało okładać przy świadkach, więc jegomość zapraszał ucznia na korytarz i tam się z nim rozliczał (podczas lekcji klasy były pełne, korytarze puste, więc tam trudniej było o świadka). Dodam, że ja na szczęście nie oberwałem.

Ale też spotkałem na swej edukacyjnej ścieżce wspaniałych belfrów. Nie wiem, co bym dziś porabiał i kim bym był, gdybym nie trafił na wspaniałego Michała Jarneckiego, zwanego Miśkiem. Nauczyciel z zapałem, globtroter, który o zamierzchłych czasach opowiadał z równym zapałem jak o ostatniej swojej podróży. I można było z nim podyskutować jak równy z równym, bo nie dawał poznać, że wcale nie byliśmy mu równi.

I było jeszcze kilku, ale ci, o których ciepło myślę, to naprawdę niezbyt poważny odsetek wszystkich nauczycieli, których poznałem.

I szczerze, mogę płacić więcej i popierać podwyżki dla nauczycieli, ale niech mi ktoś zagwarantuje, że moi synowi w swoich wspomnieniach będą mieli odwrotne proporcje. A jak dyrektorka ich szkoły się dowie, że zatrudnia kiepskiego nauczyciela, to go zwolni zamiast wsadzać do więzienia ucznia, który nie ceni walorów pedagogicznych tipsiary.

 
 Oceń wpis
   

Różowy jest obciachowy - to nowa (przynajmniej mi wcześniej nieznana) akcja mająca na celu oddodowanie i odrutowiczowanie dziewczynek. Jak pisze Gazeta, to polski odpowiednik brytyjskiej akcji Pink Stinks. Tłumaczenie nie jest dosłowne, bo zdaniem inicjatorek obciach lepiej oddaje ideę akcji niż brzydki zapach.

Oczywiście nie chodzi o niechęć do samego koloru, ale do tego, co ten kolor symbolizuje i z czym się wiąże. Każdy, kto próbował kupić prezent dziewczynce wie, o co chodzi. Niemal nie sposób znaleźć nic poza różowymi lalkami w różowych domkach, które mają słodkopierdzące różowe koniki, których łby (główki?) patrzą na klientów ze sklepowych półek spojrzeniem rozgotowanej ameby skrzyżowanej z dinozaurem.

A dziewczynki chcą takich prezentów, bo takie są reklamowane, takie mają koleżanki i dla nich róż nie jest obciachem, tylko obciachem jest brak pink ponies, najlepiej w każdym rozmiarze, kształcie, płaczące, sikające, rodzące dzieci/źrebaki, itd.

Moimi ulubionymi zabawkami są klocki Lego, póki co jeszcze Duplo, i niestety nawet tu, w seriach adresowanych dla dziewczynek, dominuje kolor różowy.

Jednym z lepszych (tak mi się przynajmniej wydaje) prezentów, który kupiłem siostrzenicy, była ruletka. Obecnie to gra niepoprawna politycznie, ale to było w czasach sprzed afery hazardowej. Gra się podobała, więc jest już nieco zużyta, ale to świadczy tylko o tym, że prezent był trafiony. A przy innych okazjach dawane koniki leżą zakurzone. Bo ile można czesać takiego stwora?

Nie sposób jednak nie kupować takich prezentów - prezent ma cieszyć, a skoro akurat teraz modne są różowe małe lalki, które od wcześniej popularnych dużych różnią się wielkością, to żeby sprawić dziecku radość, trzeba kolejną do kolekcji dorzucić.

Oczywiście to nieprawda, że nie ma innych zabawek dla dziewczynek, ale znacznie trudniej je kupić, a przede wszystkim wychowane w otoczeniu różu nie chcą ich.

Akcja Różowy jest obciachowy skierowana jest przede wszystkim do rodziców, aby dali swoim córkom szansę. Zapewne to bardzo trudne, ale można próbować je tak wychować, żeby idolką nie była Doda, czy nie daj Boże Jola Rutowicz.

A dlaczego warto próbować? Zobaczcie sami (długie to, ale dla Jana Nowickiego warto):

 
 Oceń wpis
   

Śledząc wydarzenia polityczne ostatnich tygodni można odnieść wrażenie, że nic zupełnie w kraju się nie dzieje poza tym, że w PO decydują, kto będzie prezydentem RP.

Platformeskie prawybory są bowiem tak zręcznie sprzedawane, że można odnieść wrażenie, że to już wybory. Media zostały nimi zdominowane i mniej zorientowany odbiorca może sądzić, że poza Komorowskim i Sikorskim nie ma w kraju innych kandydatów na najwyższy urząd.

I o to właśnie chodziło PO.

Chodziło o to, żeby nie było Lecha Kaczyńskiego, żeby nie było Olechowskiego, żeby nie było Szmajdzińskiego (który swoją drogą jest tak, jakby go nie było), żeby nie było Nałęcza (którego jakby bez wysiłków PO nie ma) i żeby byli tylko Komorowski z Sikorskim.

Przedwyborczą akcję Platformy uważam za mistrzostwo PR-u. Skoro media przez kilka tygodni, czy nawet miesięcy będą odmieniać przez wszystkie przypadki nazwiska Sikorski i Komorowski, to w końcu każdy dowie się, kim są. A głosować można tylko na tego, kogo się zna. Rozpoznawalność jest więc rzeczą kluczowa, a jak pokazują badania, większości polityków ludzie jednak nie kojarzą.

Pomysł z prawyborami jest trafiony w dziesiątkę. Aby koncept się nie znudził, do podgrzewania atmosfery zatrudniony został agent specjalny Palikot. Swoją robotę ma do wykonania również Rostowski, który musi mówić, że reformator i wybawca kraju Tusk nie może robić reform, a nawet nie może zacząć ich planować, bo zły prezydent nie powiedział, że nie poprze reformy polegające na nie-wiadomo-czym.

Ludzie prezydenta nie śpią i tym razem ich reakcja była świetna. Polecam lekturę wywiadu z Pawłem Wypychem, który celnie, merytorycznie, bez zacietrzewienia punktuje Rostowskiego. Rozmowa nie jest krótka, ale proszę przeczytać całą. Warto!

Gdyby zawsze szeroko pojęty obóz PiS-u stosował taką taktykę - spokojnego obnażania miałkości obecnego rządu - to śmiem twierdzić, że słupki w sondażach wyglądałyby inaczej niż dziś.

Bo można się zgodzić z argumentami Wypycha, który spokojnie tłumaczy, dlaczego prezydent nie mógł powiedzieć Rostowskiemu tak. Nie obraził on przy okazji połowy społeczeństwa, nie powiedział, że kto myśli inaczej, ten jest agentem, gejem, komuchem, złodziejem czy innym połamasem, a mimo to zręcznie wykazał, że nie ma żadnego sensownego planu reformy finansów.

Gdyby z niego przykład wzięli koledzy z PiS-u i sam wódz-prezes, to daliby szansę Lechowi Kaczyńskiemu. A żeby się liczyć w najbliższych wyborach, bardzo on jej potrzebuje. Szansę może dać mu jego własny obóz, czyli musi przestać go niszczyć, a zacząć wspierać w budowaniu wizerunku osoby, która otacza się nie oszołomami, ale osobami trzeźwo patrzącymi na sytuacje kraju i rząd Donalda Tuska.

Jeśli wywiad z Pawłem Wypychem to dobry początek nowego, to wybory będą ciekawe. Jeśli to tylko wypadek przy pracy i wszystko wróci do znanej nam normy, to bez instytutów badawczych wiem, kto będzie prezydentem.

 

 
 Oceń wpis
   

Nie czytałem jeszcze Kapuściński non fiction, ale przecież nie rzecz nowa, że się pisze o czymś, czego się nie zna :) Wysłuchałem natomiast część rozmowy w Trójce z autorem Arturem Domosławskim i bardzo wiele pytań mi się zrodziło.

Kapuściński ponoć wymyślał bohaterów swoich reportaży. Opisywane postacie często były syntezą różnych wielu spotkanych osób, ale o tym w publikacjach nie wspominał.

I co o tym sądzić? Domosławski mówił, że błędem jest traktowanie książek Kapuścińskiego jako literatury faktu z naciskiem na to drugie. To po prostu dobra literatura, a nie reportaż.

No i niby sprawa rozwiązana. Jednak Ryszard Kapuściński jest traktowany jako ikona reportażu. Nie jako pisarz, ale jako dziennikarz. Przecież kolejne pokolenia dziennikarzy uczą się na Kapuścińskim, a tu się okazuje, że nie powinni.

Jednak z drugiej strony, czy opisując jakąś sytuację przez pryzmat fikcyjnych postaci, pisze nieprawdę? A może właśnie dzięki takiemu zabiegowi lepiej widać prawdę? A może wcale nie zależało mu na pokazaniu prawdy?

Słuchając programu przypomniała mi się opowieść o jednym z wydawnictw tygodników, dwutygodników i miesięczników z niższej półki dla kobiet. Wiele z nich miało w tytułach życie. Że to niby samo życie, że z życia wzięte, i tym podobne.

Wszystkie opisane tam historie były jednak wymyślone. Grono współpracowników pisało je na zamówienie. Były to opowiadania, nowele, ale sprzedawane jako reportaże. Zdjęcia pochodziły z agencji lub były zamawiane pod konkretny tekst. Osoby z castingów pozowały jako ofiary przemocy w rodzinie, oszukanych, szczęśliwych wygranych w loterii, etc.

Jednak w jednym z tytułów wydawnictwo postanowiło wprowadzić zmianę. Zamówiło prawdziwe reportaże. Nie uprzedziło jednak korekty, że to są teksty o prawdziwych ludziach. Ta wyćwiczona na starych zasadach pozmieniała nazwiska (bo te oryginalne jakoś źle się czytało), zmieniła nazwy miejscowości (bo to mało prawdopodobne, żeby taka historia wydarzyła się w dużym mieście, trzeba ją było przenieść do małej mieściny, żeby była bardziej prawdziwa).

W żadnym numerze nie było oznaczenia, która opowieść jest prawdziwa, a która to literatura. Pod zdjęciami nie było informacji, czy to wynajęty do pozowania człowiek, czy prawdziwa pani X z panem Y.

Nie wiem, czy czytelniczki kupowały te czasopisma, bo chciały poczytać, jakie problemy mają inny ludzie, czy kupowały, bo są tanie, a lubią coś tam cokolwiek poczytać.

Co ta historia ma do Kapuścińskiego? Może go lubimy, bo lubimy czytać dobre rzeczy i nawet nie zastanawiamy się, na ile są prawdziwe? Są dobrze napisane i to nam wystarcza? A odrobina ściemy? Skoro służy jakości dzieła, to może nie zaszkodzi?

Nie wiem, jak na te pytania odpowiedzieć.

Czy ciekawsze są gorsze teksty, ale prawdziwsze?

P.S. A propos ściemy, to zdarzało mi się z łapanki pisywać horoskopy (w normalnej gazecie, gdzie wszystko było prawdziwe, poza horoskopami, które pisywali lub zlecali napisanie wydawcy). Nie znam się na horoskopach i nie wiem, czym te zmyślane różniły się od pisanych przez zawodowych pisaczy horoskopów. Jednak taka sytuacja miała duży plus. Gdy ja je pisałem, to Koziorożce zawsze miały dobre perspektywy :)

 
 Oceń wpis
   

Skoro Gazeta Wyborcza - jakby nie było największy polski dziennik - uprawia kryptoreklamę, to strach pomyśleć, co się dzieje w mniejszych i biedniejszych mediach! Nie mogę powiedzieć, że lubiłem Wyborczą, ale żyłem w przekonaniu, że to profesjonalnie robiona gazeta. Właśnie za profesjonalizm i niezależność ją ceniłem.

Niezależność rozumianą nie jako bezstronność, ale jako sytuację, w której redakcja ma komfort samodzielnego ustalania linii programowej. A dziś z Pressa dowiedziałem się, że wcale nie samodzielnego. Niezależność Wyborczej można kupić za 60 tysięcy złotych. Dużo? Z jednej strony sporo pieniędzy. Jednak jeśli spojrzeć na to, jak na cenę niezależności, to muszę stwierdzić, że Wyborcza oddała się niemal za darmo.

W branży głośno jest o jednym dzienniku (nie będę wymieniał tytułu, bo nie mam tego udokumentowanego a też nie mogę się powołać na żadne wiarygodne źródło), w którym na treści redakcyjne nie mniejszy (jeśli nie większy) wpływ od redaktora naczelnego ma dział reklamy. Ale żeby tak było w Wyborczej? Dla mnie to szok.

Cała historia polega na tym, że teksty sponsorowane nie były oznaczone jako sponsorowane. Press w swojej publikacji podkreśla aspekt etyczny. W moim odczuciu, to też złamanie prawa, bo prawo prasowe nakazuje oznaczanie treści reklamowych od redakcyjnych (ale czy Agora rzeczywiście złamała prawo, nie ośmielę się przesądzać - może mój zacny towarzysz prawnik się wypowie?). Towarzysz Rednacz - na szczęście - nie ma żadnych wątpliwości.

Jeśli kupione teksty byłyby oznaczone jako sponsorowane, wcale nie byłoby tematu. Każde wydawnictwo ma prawo i powinno na siebie i swoich właścicieli zarabiać, ale w sposób uczciwy.

Nie uważam, aby polskie prawo prasowe było dobre. Jednak zapisów o oddzielaniu treści kupionych będę bronił. Ich intencją jest to, aby czytelnik wiedział, co czyta.

A najgorsze jest to, że Wyborcza straciła wiarygodność. Przez to, że Wajrakowi kazała napisać tekst na zlecenie o Puszczy Białowieskiej, to ja teraz nie wiem, jaką on i Gazeta mieli motywację, żeby bronić Doliny Rospudy. Skąd mam wiedzieć, że jakaś firma, czy jakiś minister nie zapłacili, żeby zmienić przebieg drogi?

Od dziś będę uważniej czytał teksty w Wyborczej. Za każdym razem będę się zastanawiał, czy czasem ktoś za dany tekst nie zapłacił.

Ale za to poznałem cenę wiarygodności. Wyborczej wystarczyło 60 tysięcy złotych, aby ją sprzedać.

 
 Oceń wpis
   

Kierowca zatrzymany do rutynowej kontroli wypada z samochodu po otwarciu drzwi, które podpierały jego bezwładne ciało. Jest jednak na tyle trzeźwy, że podaje policjantom dokumenty. Te są w porządku, więc funkcjonariusze drogówki pomagają nieszczęśnikowi wsiąść do auta. Ten nie jest w stanie trafić kluczykiem w stacyjkę, więc życzliwi stróże prawa pomagają mu odpalić samochód i życzą szerokiej drogi.

Nie kazali mu dmuchać w balonik, bo nie muszą. Wprowadzenia obowiązku sprawdzania alkomatem każdego kierowcy przy każdej kontroli dopiero domaga się platformerski poseł Henryk Siedlaczek.

A skoro się domaga, to znaczy, że policja nie sprawdza kierowców. Stąd wnoszę, że rutynowe kontrole wyglądają tak, jak opisana na wstępie. Jak się policjantowi zachce, to sprawdzi, jak nie, to nie - pozwolą pijanemu jechać dalej.

Nie jest bowiem możliwe, że policjant pracujący w drogówce nie pozna po kilku chwilach rozmowy, że zatrzymany jegomość jest pod - choćby niewielkim - wpływem.

A nawet jeśli nowy przepis zostanie wprowadzony, to nie wierzę, że przyniesie on jakiekolwiek pozytywne efekty. Po pierwsze dlatego, że na jednej zmianie partol skontroluje mniej kierowców, bo kontrole będą dłuższe a po powrocie na komisariat dłużej trzeba będzie się rozliczać z użycia alkomatu.

Nietrzeźwi nie przestaną z powodu pomysłu posła Siedlaczka wsiadać za kółko także dlatego, że co ich obchodzi, czy kontrola trzeźwości jest obowiązkowa czy uznaniowa, skoro są przekonani, że wcale nie zostaną zatrzymani do kontroli!

Patroli - poza szczególnymi akcjami - jest tak mało, że można przejechać kraj nie fatygowanym przez drogówkę wzdłuż i wszerz, po drodze wytrzeźwieć, napić się i znów wytrzeźwieć.

Regularnie zdarza mi się jeździć przez pół dużego miasta w piątki, w godzinach wieczornych i nawet późno wieczornych. Przejeżdżam przez centrum miasta i tym samym przez centrum gastronomiczno-rozrywkowe. I przez ostatnich kilka lat nie tylko nie zastałem ani razu zatrzymany do kontroli, co ani razu nie widziałem patrolu.

Więc naprawdę jest mi obojętne, czy patrol, którego nie ma, ma obowiązek skontrolować moją trzeźwość, czy nie.

Z jeżdżeniem pod wpływem alkoholu jest jak z każdym innym przestępstwem bądź wykroczeniem. Skoro przestępca ma przekonanie, że nigdy nie zostanie złapany, to nie odstraszy go ani wysokość kary, ani dodatkowe obowiązki nakładane na policję.

Z innej beczki: czy wprowadzenie domniemania, że każdy kierowca jest pijany, oznacza, że państwo ma prawo dowolną grupę społeczną potraktować jak domniemanych przestępców? Czy kolejnym krokiem nie będzie wprowadzenie zasady, że każdy pijak to złodziej? Konieczne stanie się wprowadzenie obowiązku rewizji mieszkania każdego zatrzymanego nietrzeźwego obywatela w celu sprawdzenia, czy nie przetrzymuje fantów! 

 
 Oceń wpis
   

Znów robi się głośno o kredytach hipotecznych banków należących do BRE. Tym razem szczęśliwi i zawsze zadowoleni klienci szykują się, aby pozwać wyżej wymienione do sądu.

Jeśli im się uda, to będzie niezły, widowiskowy początek pozwów zbiorowych w Polsce. Składać takie będzie można od lipca i zapewne do tego czasu klienci zdążą się zorganizować. Ot, potęga internetu. Łatwo zebrać chętnych i zaszkodzić - choćby tylko wizerunkowo - nawet potężnej instytucji.

Zadyma trwa, a ja się zastanawia, o co chodzi BRE Bankowi. Mógłby troszkę ustąpić, obniżyć oprocentowanie kredytów do poziomu niższego od obecnego, ale jednak wyższego niż u konkurencji i miałby spokój. Zarobek by miał, a klienci nie robiliby zadymy.

Tymczasem rozsyła klientom nową niby superofertę. Super w niej jest jedynie to, że są preferencyjne warunki aneksu do umowy (brak opłat) oraz lepsze od normalnych warunki ewentualnego przewalutowania.

Jednak rzecz rozbija się o oprocentowanie. A to proponują zbójeckie. Niby warunki jasne, bo marża banku plus w zależności od waluty LIBOR, EURIBOR lub WIBOR, a nie jak dotychczas widzimisię zarządu banku. Ale rzecz w marży.

Może teraz marża w kredycie frankowym na poziomie 2,5 procent to norma, ale gdy w 2006 roku klienci je zaciągali, to banki proponowały marże na poziomie jednego procenta.

Gdyby od ówczesnej oferty odjąć LIBOR, to właśnie wyszłoby, że Multibank i mBank zadowalały się zarobkiem jednoprocentowym.

Nie rozumiem też, dlaczego bank przedstawił klientom tak obłudną ofertę. Gdy z niej skorzystają, będą mieli dziś ratę niższą dajmy na to o 100 złotych. Jednak dziś LIBOR 3M jest niski - wynosi poniżej 0,3 procent.

Co jednak będzie, gdy wzrośnie do 2 procent? Okaże się, że klienci zadłużeni we frankach będą mieli oprocentowanie wyższe niż obecne kredytów złotowych i znów będą się buntować i poczują się po raz drugi nabici w butelkę.

O to chodzi bankom z grupy BRE? Nie wiem, ile wart jest wizerunek - to niepoliczalne - ale szykując taką ofertę bank może wiele stracić i to na lata. Czarny PR robiony w internecie przez rozczarowanych klientów pozostanie na długo i każdy potencjalny przyszły klient dwa razy się zastanowi, zanim skorzysta z usług. Chyba, że nie wrzuci w googla BRE, mBank, czy Multipbank. Ale takich coraz mniej.

Zastrzegam, że ten wpis nie ma nic wspólnego z obiektywizmem. Jako klient ze starego portfela nie potrafię nabrać dystansu. Jednak nie dymię na forach, nie zakładam stron, nie przyłączę się też do pozwu zbiorowego. Wiedziałem jaką umowę podpisuję i teraz z zaciśniętymi zębami się z niej wywiązuję.

Jednak nie życzę sobie, żeby bank przysyłał mi takie propozycję zmiany zasad oprocentowania kredytu, jak przysłał i jeszcze wmawiał mi, że to dla mnie korzystne. To mnie po prostu obraża. Poza wpisem na bblogu, sprowokowanym tym artykułem, nie zamierzam odpowiadać na super oferty banku.

Przyjąłem inną taktykę: przeczekam. Sytuacja na rynku kredytowym kiedyś wróci do normy. Wtedy inne banki znów będą mnie kusić, abym wziął kredyt u nich. Poszukam najlepszego i zmienię bank. Może istnieje taki, który nie wykorzystuje trudnej sytuacji na rynku, aby wycisnąć jak najwięcej z klientów? A jeśli nie? Wtedy pozostanę wierny mojemu bankowi. Ale jeszcze tylko przez 26 lat. I ani roku dłużej, niech sobie nie myślą!

 
 Oceń wpis
   

Wprowadzenie zakazu palenia w pubach, restauracjach, knajpach i innych klubokawiarniach to łamanie praw palaczy - argumentują zwolennicy dymka. Skoro papierosy są legalne, to nie powinno się ograniczać praw palaczy - dowodzą również.

Gdzie było ich oburzenie, gdy wprowadzano zakaz picia również legalnego alkoholu pod chmurką? Dlaczego podoba im się to, że palacze od pijących mają lepiej? Choć palić nie można wszędzie, to wszędzie można wyroby tytoniowe nabyć. Można je kupić nad jeziorem, przy kościele, obok szkoły a nawet na dworcu kolejowym. A alkoholu nie.

Pijący są bardziej szykanowani, a nikt nie staje w ich obronie. Gdy uchwalane są kolejne obostrzenia przepisów, nie słyszy się o posłach zgłaszających łagodzące poprawki. A przecież picie jest mniej uciążliwe dla otoczenia, bo opróżniając kieliszek przy barze nie truję nikogo poza sobą, a wypalając papierosa jak najbardziej.

Dlaczego zatem szykany wobec palaczy napotykają na opór, a pijących można dręczyć?

Odpowiedź na to pytanie może okazać się prosta: czyżby ustawodawca działał na zasadzie skoro dużo płacisz - możesz wymagać, albo inaczej: nasz klient - nasz pan. Palacze w minionym roku zapłacili rządzącym 14,5 mld zł, a pijący ledwie 10 miliardów. To wpływy z akcyzy od wyrobów nikotynowych oraz suma wpływów z akcyzy od piwa wina i wódki.

Podobnie jak w sklepie lub barze: lepiej traktowany jest stały klient, który zostawia 150 złotych od tego, co płaci 100 zł (oczywiście nie sugeruję, że Sejm to sklep z ustawami). Nawet jeśli ten pierwszy gorzej pachnie, to może liczyć na specjalne względy.

Żeby pijący mogli wymagać takiego traktowania jak palacze, muszą więcej pić. Tak o połowę więcej. Jak z ich picia budżet zyska jeszcze z pięć miliardów złotych, wtedy może liczba obrońców praw pijących wzrośnie i posłowie koalicji rządzącej zaczną zgłaszać poprawki łagodzące surowe prawo antyalkoholowe.

Zatem: zdrowie posłów i za pomyślność budżetu!

 
 Oceń wpis
   

Cieszy, że urzędnicy potrafią wyjść poza sztampę. Zamiast drukować ulotki, których nikt nie czyta, forsuje swoje idee tak, aby trafiły do jak najszerszych kręgów. Przynajmniej tak działa Ministerstwo Edukacji Narodowej - postanowiło promować przedszkola w popularnych serialach. Ich bohaterowie będą przekonywać, że edukacja maluchów jest potrzebna.

Resort szczególnie chce dotrzeć do rodziców spoza dużych aglomeracji i zmieniać ich nastawienie do placówek oświatowo-wychowawczych. Pomysł, aby zrobić to przez seriale - M jak miłość ogląda nawet dziewięć milionów osób - wydaje się świetny i wart trzech czwartych miliona złotych (roczny koszt utrzymania przedszkola na sto dzieci).

Urzędnicy jednak nie odpowiedzieli sobie na zasadnicze pytanie: po co to robić?

Według PWN-u promocja to działania zmierzające do zwiększenia popularności jakiegoś produktu lub przedsięwzięcia. Jednak jaki jest sens zwiększania popularności produktu deficytowego?

Dotychczas promocje deficytowych towarów były specjalnością dużych sieci handlowych z elektroniką i sprzętem AGD. Wydają one sporo pieniędzy, aby potencjalni klienci dowiedzieli się, że jest promocja na telewizory. Nie dodają tylko, że te tanie są dwa.

Sensem takiego działania jest ściągnięcie ludzi do sklepu z nadzieją, że jeśli nie będzie telewizora za półtora tysiąca, to może kupią inny za dwa i pół. I chyba musi to działać, skoro takie chwyty stosują od lat.

Jeśli promocja MEN-u wygląda analogicznie, to czemu ma służyć? Po co wzbudzać zainteresowanie rodziców systemem edukacji przedszkolnej? Żeby się dowiedzieli, że nie ma w nim miejsca dla ich dzieci?

Wychodzi na to, że to kampania na rzecz prywatnych placówek. Przekonani przez seriale rodzice przy próbie zapisania dziecka do przedszkola nabędą wiedzę, że mogą liczyć tylko na prywatne placówki za 900 złotych miesięcznie, bo w publicznych za 400 nie ma miejsc. Co któryś rodzic się skusi i biznes będzie się kręcił.

Nasuwają się kilka wątpliwości: dlaczego prywatne przedszkola promowane są za pieniądze podatnika? Czy MEN rzeczywiście chce płacić za to, żeby serialowa Baśka czy Małgosia z M jak miłość powiedziała mężowi: Wiesz, ta sąsiadka, która zapisała dziecko do przedszkola, to ma szczęście! Kilka osób zrezygnowało i w kolejce ze 169 miejsca przesunęła się na 148.

- O to super, rzeczywiście szczęściara. A ile jest wolnych miejsc w tym przedszkolu?

- Czternaście.

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.