rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Po ostatniej masakrze na drodze obawiam się, że populistyczne hasło TIR-y na tory będzie jeszcze chętniej bezmyślnie lansowane. A jest ono dość groźne, bo kampania je promująca sprowadza się tylko do tego, że TIR-y mordują, zatem trzeba je przenieść na pociągi i zapanuje sielanka.

Na stronie TIR-ów na torach nie znalazłem żadnego wyliczenia, ile za to zapłacimy (my, zwykli zjadacze chleba). Nie ma ani jednej informacji, gdzie te TIR-y mają być ładowane? Ile z nich zniknie z dróg? Wydamy miliony złotych, a ubędzie 10 procent TIR-ów, czy może 60 procent? Nawet nie ma informacji, ile wśród wielkich ciężarówek rozjeżdżających polskie drogi jeździ na karnecie TIR, czyli jakiego odsetka pojazdów ta akcja dotyczy.

Kliknąłem w zakładkę dla prasy a tam śladu po choćby najmarniejszej analizie. Tylko skany ulotek do pobrania i obrazki:

TIR-y na tory

Kwestie przystosowania infrastruktury załatwione są jednym zdaniem: są środki unijne i trzeba z nich skorzystać. A co z wkładem własnym? Nawet jeśli za cudze zbudujemy wszystko, co jest potrzebne do ładowania i rozładowywania ciężarówek, kupimy specjalne wagony, to kto będzie dopłacał do takiego transportu?

Można wyobrazić sobie dwa modele. Firmy transportowe są zmuszane do przewożenia TIR-ów pociągami poprzez wysokie opodatkowanie ciężarówek jeżdżących po drogach. Szwajcaria narzuciła tak drakońskie opłaty, że taniej jest wozić droższym transportem kolejowym.

Drugi model polega na tym, że transport TIR-ów pociągami jest atrakcyjny, bo tani, gdyż dotuje go państwo.

Przez najbliższe kilkanaście lat nie będzie możliwości wprowadzenia w Polsce żadnego z tych dwóch wariantów, bo na żaden nas nie stać.

Zadłużenie kraju niebawem przekroczy 55 procent PKB i zostaniemy pozbawieni wszystkich ulg podatkowych i zapłacimy wyższy VAT. Nie będziemy płacić wyższych podatków po to, aby były pieniądze na coś więcej niż mamy, ale po to, aby kraj nie splajtował. Żeby starczyło na dotowanie pociągów z TIR-ami musielibyśmy zapłacić jeszcze wyższe podatki.

A co z pierwszym - bezbolesnym dla budżetu - wariantem? Za niego zapłacą wszyscy, bo transport zdrożeje. Zatem zdrożeje większość produktów, które są na rynku. Jeśli transport będzie się odbywał wysokoopodatkowanymi TIR-ami, albo drogimi pociągami, to musi być droższy, za co w efekcie końcowym zapłacą konsumenci.

A błędne jest twierdzenie, że jak zmusi się kierowców ciężarówek do wjeżdżania na wagony, to na drogach będą tylko osobówki. Pociągi tylko częściowo zmniejszą ruch TIR-ów, bo wiele z nich jest doładowywanych lub częściowo rozładowywanych zanim opuszczą Polskę. A kierowcy ciężarówek nie będą mogli zjechać z wagonów w miejscu, które im odpowiada, bo pociągi przewożące TIR-y działają trochę jak promy. Jest miejsce do załadowania ich na stacji A i rozładowania na stacji B. Nie ma opcji, że jeden z nich zjedzie sobie w Warszawie Wschodniej, bo musi parę ton ładunku zabrać z hurtowni, a później wróci na stację, aby wsiąść do następnego pociągu wiozącego TIR-y do Wilna.

Jedna z dwóch istniejących kiedyś tras kolejowych dla TIR-ów łączyła Rzepin z Suwałkami, czyli TIR-y wjeżdżały na wagony przy zachodniej granicy Polski, a zjeżdżały przy wschodniej (lub odwrotnie). Drugie połączenie wykorzystywało najdalej wysunięte na zachód szerokie tory w Sławkowie na Śląsku i stamtąd pociągi woziły TIR-y aż do Kijowa. Oba połączenia nie były rentowne i je zlikwidowano.

Pociąg towarowy jedzie ze średnią prędkością dwa razy mniejszą niż TIR. Musi być więc inna motywacja niż szybkość dostawy ładunku. PKP zatem nie mogły stosować stawek, które pokryłyby koszty, tylko promocyjne, żeby skłonić przewoźników do skorzystania z oferty.

Zatem żeby PKP, czy inną firmę, skłonić do wejścia w biznes, trzeba zmusić fiskalnie transportowców do skorzystania z ich oferty. A wielkie ciężarówki nie znikną z dróg, bo zostanie transport krajowy. Jakoś trzeba zawieźć zboże do młyna i mąkę do piekarni. Natomiast firmy kurierskie nie mogą sobie pozwolić na czekanie do godziny odjazdu pociągu, tylko muszą jak najszybciej przewieźć towar z jednego swojego centrum logistycznego do drugiego.

Jeśli nawet wydamy miliony na przeniesienie TIR-ów na tory, to tysiące krajowych ciężarówek wciąż będzie rozjeżdżać drogi. A tych krajowych nie można wysokimi nowymi podatkami zmusić do przesiadki na tory, bo do wielu miejsc nie da się dojechać inaczej niż drogami. Poza tym efekt byłby taki, że bardziej opłacalne byłoby przewiezienie towaru dziesięcioma busami po 3,5 tony każdy, niż jednym 35-tonowym TIR-em. Na drogach było jeszcze tłoczniej.

Dlatego boję się prostych i chwytliwych haseł. Jak słyszę TIR-y na tory, to ja się pytam, ile będziemy musieli za to zapłacić? Jak dostanę rzetelne wyliczenia, że rocznie kosztować każdego obywatela będzie to tyle a tyle, wtedy dopiero będą mógł zdecydować, czy poprę tę inicjatywę, czy nie. Póki co jest ona populistyczna.

Na koniec małe wyjaśnienie, co łączy trzy hasła z tytułu wpisu: właśnie populizm. O pierwszym napisałem już dużo. Drugie to kwintesencja nowych postulatów Palikota, o czym pisałem wczoraj. Trzecie ku nieszczęściu naszego kraju udało się niestety zrealizować w 68 roku i do dziś musimy się za to wstydzić. To dowodzi, że z lansowaniem populistycznych haseł trzeba uważać.

 
 Oceń wpis
   

Choć wiele postulatów szefa Ruchu Poparcia, tak zwanej partii Palikota, jest słusznych, to jednak polityk ten nie brzmi wiarygodnie w swojej nowej roli. We wczorajszej Rozmowie Rymanowskiego wypadł jak chłopiec, który znalazł nowe zabawki (antykościelne hasła) i bawi się nimi. Jak mu się znudzą, to znajdzie inne i rozpocznie kolejną zabawę.

Jego adwersarz, Tomasz Terlikowski, obnażył tę powierzchowność. Punktował niemal każde jego twierdzenie a Palikot nie potrafił wiarygodnie się wybronić. Stąd mój wniosek, że to tylko hasła, a nie przekonania. Te drugie ma się w wyniku głębszych przemyśleń, refleksji, bądź nabiera się w wyniku zdobycia nowej wiedzy albo w efekcie przeżyć. Hasła, slogany mogą w krótkiej formie obrazować przekonania, ale w przypadku Palikota nic za nimi - poza chęcią włożenia kija w mrowisko - nie stoi.

Szkoda, że jak się pojawiają w przestrzeni politycznej słuszne postulaty przywrócenia świeckości państwu, to są jedynie kolejną gierką służącą zdobyciu rozgłosu dla polityka. Temat zasługuje na poważną debatę. Bardziej w tym temacie poważnie brzmi SLD, ale formacja ta ma za sobą udaną współpracę (w czasie, gdy sprawowała władzę) z Kościołem, zatem nie brzmi wiarygodnie.

Krytyka Komisji majątkowej może jest i słuszna, ale SLD mógł zmienić zasady jej funkcjonowania albo ją zlikwidować, gdy był u władzy, zamiast teraz jałowo o niej mówić.

Jak już wcześniej pisałem, przekonania, że żyjemy w państwie religijnym, nabrałem po przygodzie w przedszkolu syna. Nie chodzi tylko o sam fakt narzuconej religii (trzylatkom!!!), ale o to, że publiczna placówka nie ma pieniędzy na rytmikę dla maluchów, nawet na kredki i kartki do rysowania, a na wynagrodzenie dla katechetów owszem.

W biednym państwie świeckim priorytet wydatków byłby inny. Najpierw zaspokajamy wszystkie potrzeby dzieci, a jeśli zostaną pieniądze, to finansujemy katechetę. A jak zabraknie, to niech chętni rodzice zrzucą się na niego, tak jak teraz zrzucają się na angielski, rytmikę, kredki, farbki i kartki. Przynajmniej okazałoby się, ilu z rodziców rzeczywiście chce religii dla swoich maluchów.

Szkoda, że nikt o tym poważnie nie mówi.

 
 Oceń wpis
   

Czy można coś zrobić, aby policja zaczęła wykonywać swoje obowiązki? Wystarczy jej ekstra zapłacić! Tak zrobił Wrocław i raptem za 70 tysięcy złotych kupił usługi stróżów prawa. Teraz w godzinach szczytu stoją oni na głównych skrzyżowaniach i pilnują, aby kierowcy nie wjeżdżali na nie, jeśli nie zdołają ich opuścić. Ma do zmniejszyć niebotyczne korki.

Najciekawsze jest właśnie to, że wrocławska policja nie robi tego w ramach swoich obowiązków, tylko za dodatkową opłatą. Na razie nie ma stawek za inne usługi, ale przydałby się cennik za patrolowanie osiedli. Mieszkańcy się zrzucą.

Sam pomysł, aby policja pilnowała kierowców na skrzyżowaniach (i jeszcze surowo karała matołów), jest bardzo dobry. Tylko nie rozumiem, dlaczego trzeba za to płacić?

Władze miasta są jednak zdesperowane, bo w godzinach szczytu wszystko stoi. Od wielu lat nie udaje się namówić kierowców, aby przesiedli się do komunikacji zbiorowej.

Przekonywanie wygląda tak, że w ścisłym centrum zamyka się dla aut kolejne ulice i likwiduje bezpłatne miejsca parkingowe, a nawet tych płatnych jest mało. Mimo to kierowcy nie poddają się. Dlaczego? Bo komunikacja miejska działa tragicznie. Nie sposób przewidzieć nie tylko kiedy, ale czy w ogóle dotrze się do celu.

Samochodem jest nieco drożej, ale trochę szybciej, no i ma się do dyspozycji więcej miejsca niż siedem centymetrów kwadratowych w zatłoczonym tramwaju. A będzie gorzej, bo kończy się sezon rowerowy i wielu przesiądzie się z jednośladów do autobusów albo do samochodów.

Wracając do skomercjalizowanej policji: miasto znalazło pomysł, jak sfinansować dodatkowy wydatek. Na wielu skrzyżowaniach sygnalizacja świetlna jest tak zaprogramowana, że praktycznie zmusza pieszych do przechodzenia na czerwonym świetle - przynajmniej tych o temperamencie innym niż flegmatyczny. Kto zna plac Grunwaldzki zwany rondem Reagana wie, o czym piszę. Dla nieznających małe wyjaśnienie: to tor świetlnych przeszkód. Żeby przejść na drugą stronę ulicy, trzeba pokonać trzy sygnalizacje, przy czym ich synchronizację można nazwać czerwoną falą. Zajmuje do dobrych kilka minut.

Żeby było śmieszniej, to pod rondem zrobiono przejście podziemne. Z tym, że ktoś, kto je projektował, zdaje się że nie miał informacji, jak wygląda skrzyżowanie na górze. I jest przejście wzdłuż ulicy, zamiast w poprzek. Krótko mówiąc, prowadzi znikąd do nikąd. To taka inwestycja władz miasta na zasadzie: wrocławianie patrzcie, my też potrafimy zbudować przejście podziemne (choć nie zadaliśmy sobie pytania, po co?). Na szczęście pozostałe przejścia podziemne w mieście, mimo że z czasów pełnego absurdów PRL-u, są pożyteczne dla pieszych.

Po krótkim opisie kontynuuję: ludzie tu nie wytrzymują i przechodzą na czerwonym najczęściej wtedy, kiedy nic nie jedzie. Więc miasto obok tych wykupionych policjantów, postawiło strażników miejskich. Ci wlepiają mandaty niecierpliwym przechodniom. A że jest ich dużo, to w ten sposób zapewniają finansowanie policjantów. Tak naprawdę do rozliczeń nie jest nawet potrzebny system bankowy i przepływy finansowe pomiędzy magistratem a policją, bo strażnik pieniądze od pieszego może od razu dać do ręki wynajętemu policjantowi.

Nie będzie trudno uzbierać 70 tysięcy złotych. Wystarczy złapać 700 osób. Żeby strażnicy wyrobili normę, muszą przez miesiąc (tylko w dni robocze) łapać po 35 osób dziennie. Da się zrobić, tym bardziej że grasuje ich na skrzyżowaniu minimum czterech.

Dzięki tak przemyślanej samofinansującej się akcji mieszkańcy stolicy Dolnego Śląska mogą być dumni, że właśnie u nich władza stworzyła takie perpetuum mobile.

To recepta dla władz innych miast, których budżety są dziurawe:

>>> programujcie sygnalizacje świetlne tak, aby zmuszać pieszych do przechodzenia na czerwonym,
>>> budujcie przejścia podziemne wzdłuż ulic, aby były bezużyteczne,
>>> na tak przygotowanych skrzyżowaniach stawiajcie strażników miejskich, a oni zarobią nie tylko na usługi policjantów, ale na modernizację kolejnych skrzyżowań.

Nastąpi efekt kuli śniegowej - najpierw kilka, później kilkanaście, a następnie kilkadziesiąt skrzyżowań będzie pracować na dobrobyt polskich miast i miasteczek.

 
 Oceń wpis
   

Zmuszanie trzyletnich dzieci z niekatolickich rodzin do nauki religii katolickiej to gruba przesada. Ściślej: byłaby to gruba przesada, gdybyśmy żyli w państwie świeckim. Ale skoro żyjemy w wyznaniowym, nie powinno to może dziwić?

Nie można jednak uogólniać - może są w Polsce miasta, w których szanuje się prawo i zagwarantowaną w nim świeckość państwa. Na pewno nie jest to Wrocław.

Parę dni temu sądziłem, że żyjemy w państwie świeckim, dlatego byłem bardzo zdumiony, gdy dowiedziałem się, że mój syn będzie miał w wieku trzech lat lekcje religii. Wiedziałem, że dość szybko mogą go spotkać problemy, że nie pasuje do katolickiej większości, jednak nie przewidziałem, że aż tak szybko.

Postanowiłem sprawdzić, czy według przepisów nasze państwo jest świeckie czy religijne. Otóż okazało się, że jest świeckie, ale otwarte na wszystkie religie. Bo jak przeczytałem , to w publicznych przedszkolach organizuje się, w ramach planu zajęć przedszkolnych, naukę religii na życzenie rodziców (opiekunów prawnych).

To cytat z rozporządzenia ministra edukacji narodowej z dnia 24 kwietnia 1992 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach (Dz. U. Nr 36, poz. 155, z poźn. zm.).

Nie jestem prawnikiem, ale ten zapis jest tak oczywisty, że nie wymaga interpretacji, znajomości prawniczych niuansów. Po prostu - jak rodzice minimum siedmiu dzieci chcą religii, to przedszkole musi ja zorganizować. Nieważne, jaka to religia.

I tyle mówi prawo. A życie wygląda tak, że pani dyrektor przedszkola ogłasza, że będą lekcje religii. I koniec. Na pytanie, co z dziećmi, których rodzice nie życzą sobie, aby chodziło na religię, mówi, że może wyjść z opiekunką na korytarz albo będzie siedziało z boku i rysowało sobie.

Po pierwsze, to niezgodne z rozporządzeniem ministra, bo to rodzice muszą powiedzieć pani dyrektor, że chcą, a nie ona rodzicom, że dzieci muszą.

Po drugie okazało się, że nie ma żadnej oferty dla dzieci niekatolickich. Czekanie na korytarzu, aż religia się skończy, trudno nazwać ofertą edukacyjną. Tym bardziej przedszkolanka powinna wiedzieć, że może to być dla dziecka ciężkim przeżyciem, że z niewiadomych dla niego względów wyprowadza się go z sali. Za karę?

Dzieci siedzą w kółku i coś tam robią, a ja muszę przy stoliku rysować. To ja byłem niegrzeczny, czy oni? Dlaczego mnie tu posadzili?

Jak to wytłumaczyć trzylatkowi?

Jak do tego się doda, że przedszkole ma pieniądze na katechetkę i za lekcje religii nic nie trzeba płacić, ale rodzice muszą się zrzucać, żeby dzieci miały kredki i kartki do rysowania, to szlag mnie trafia! I jeszcze przedszkole apeluje, żeby rodzice z pracy przynosili kartki tylko z jednej strony zadrukowane, bo na drugiej mogą rysować, to nabieram pewności, że to państwo wyznaniowe.

Dla trzylatków ważniejsza jest rytmika, czy religia? Mają jeszcze czas, aby nabyć wiedzę o trójcy świętej, ale żeby nie były pokrzywione, muszą ćwiczyć dziś. Jednak za rytmikę rodzice muszą płacić ekstra, a religię mają gratis, czyli opłaconą z podatków wszystkich, również niewierzących oraz wyznawców innych niż katolicka religii.

Jeśli nie możemy żyć w państwie obojętnym światopoglądowo, to wolałbym, aby było to państwo rytmiczne. Niech ściąga podatki od wszystkich na to, aby zapłacić za zdrowy rozwój swoich najmłodszych obywateli.

Teraz niestety jest tak, że każdy powinien płacić podatki na to, aby wszystkie dzieci były indoktrynowane religijnie. A jak komuś się zachce, żeby jego dziecko w publicznym przedszkolu zaznało ruchu i ćwiczeń, to musi dopłacić. A jak jeszcze chce, aby sobie coś narysowało, to musi dopłacić na kredki i przynieść papier z pracy.

 
 Oceń wpis
   

Żadna władza nie może rządzić wbrew całemu społeczeństwu - głosi jedna z myśli politycznych. I coś w niej jest, choć z pozoru brzmi kontrowersyjnie. Szczególnie po tym, jak ludzkość przerobiła krwawych monarchów, Lenina, Stalina, Hitlera i wielu innych morderców.

To stwierdzenie przypomniało mi się z okazji obchodów 30-lecia porozumień sierpniowych. Padło wiele słów o walce o wolność i buntowi przeciw komunie. Na łamach Money.pl przypomniałem, że nie chodziło o wolność, tylko o poluzowanie smyczy i tańsze kotlety.

Bo żaden system nie wytrzyma, jeśli jest przeciw niemu opór całego społeczeństwa. A wbrew temu, co się dziś mówi, komuna miała poparcie. System popierała ta część społeczeństwa, którą nazywano z awansu. Czyli ci, którzy wyrwali się z zapadłych wiosek i używając współczesnej nomenklatury zrobili karierę. Ta kariera polegała na tym, że nie byli głodni i mieli ciut lepsze życie niż doły.

Co prawda, gdyby Polska po II Wojnie Światowej trafiła w orbitę wpływów Zachodu, to takie osoby również zrobiłyby karierę. I zapewne bardziej spektakularną. Jednak sowiecki system potrafił wmówić tym ludziom, że gdyby nie socjalizm, to nadal by mieszkali w czworakach.

Z teorią, że żadna władza nie może rządzić wbrew społeczeństwu, długo nie mogłem się zgodzić. Po raz pierwszy usłyszałem ją w liceum z ust świetnego pedagoga, doktora Michała Jarneckiego. Po dyskusji z nim poddałem się. Może dlatego, że ja byłem szczylem, a on dobrze wykształconym historykiem.

Później jednak zdobywając wykształcenie policealne utwierdzałem się w przekonaniu, że miał rację. Miał rację, bo ludzie chcą spokoju. Polakom po 45 roku, po traumatycznych przeżyciach wojennych, wystarczał względny spokój - pełny talerz (choćby pełny byle czego), brak bombardowań, rozstrzeliwań, itd.

A represje stalinowskie, a właściwie bierutowskie? Jak się siedziało cicho, to nie było się na nie narażonym. Przecież represje nie dotykały wszystkich. Nowa władza dała pracę, więc większość siedziała cicho i choć może nie popierała tej władzy, to się przeciw niej nie buntowała.

Podobnie było w hitlerowskich Niemczech. Przecież nie każdy Niemiec w latach 30. popierał idee Hitlera. Jednak skoro Hitler dał pracę, to po co się mu przeciwstawiać? Wracam z fabryki, napiję się piwa, pójdę spać, wstanę, pójdę do fabryki i mam święty spokój. Co mnie obchodzi cała reszta?

Sądzę, że Hitler miał poparcie, a raczej brak powszechnego oporu, dlatego, że dał Niemcom spokój. Wystarczyło publicznie nie krytykować władzy i można było zwyczajnie sobie żyć.

Inaczej jest z Rosjanami i Chińczykami. Pierwsi wyrośli w kulcie cara, drudzy z kulcie cesarza. Mało znaczące było, że cara Mikołaja zastąpił car Stalin, a cesarza z dynastii Qing cesarz Mao Tse-Tung. Tu nie tyle miał znaczenie brak oporu, co wpojone władcopoddaństwo niezależnie jaka to władza.

Jakby to nie brzmiało obciachowo, to socjalizm w sowieckim bloku trzymał się tak długo, bo miał poparcie społeczeństw, a przynajmniej niewielu ludzi się przeciw niemu przeciwstawiało. Do 80. roku wszystkie zrywy w Polsce były na tle socjalnym, a nie politycznym. Dlatego ten sprzed 30 lat był tak wyjątkowy. Ale nawet on miał na celu reformowanie systemu, a nie jego obalenie.

 
 Oceń wpis
   

Tak sobie patrzę, na to co się dzieje w polityce i wcale się nie martwię. Jeszcze góra trzy lata i będziemy mieli solidne wsparcie - Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego. Jeśli zostanie on zrealizowany, to do 2013 roku ma zostać zatrudnionych siedem tysięcy nowych psychiatrów. I to finansowanych z NFZ.

Wiadomość o rzeszy psychiatrów czekających na znękanych obywateli ucieszyła mnie już przed wyborami w 2007 roku. Teraz jednak uważam, że jest ich potrzebnych troszkę więcej. Należy znowelizować ustawę i zapisać, że dodatkowych psychiatrów ma być nie siedem tysięcy, a 7460. W ramach oszczędności może być 7120, aby każdy z potrzebujących parlamentarzystów miał własnego.

Dlaczego 120 członkami Parlamentarnego Zespołu ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Smoleńskiej powinni się zająć specjaliści? Otóż skoro uważają, że największą tragedią narodową powinien zajmować się zespół parlamentarny, który jest bardziej klubem towarzyskim niż poważną instytucją, to być może jest to objawem schizofrenii.

Nie wiem, jak parlamentarzyści z Parlamentarnego Zespołu ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Smoleńskiej znajdą czas na posiedzenia, skoro wielu z nich jest również w Parlamentarnym Zespole Szachowym, Parlamentarnym Zespole ds. Dróg Wodnych i Turystyki Wodnej, Parlamentarnym Zespole ds. Wyścigów Konnych i Jeździectwa, Parlamentarnym Zespole Kociewskim, Parlamentarnym Zespole Przyjaciół Zwierząt, Parlamentarnym Zespole Karpackim...

 
 Oceń wpis
   

Wszystko ma swoje granice, nawet polityczne show. Jednak Janusz Palikot je przekroczył. Powiedział wprost w TVN24, że tragicznie zmarły prezydent Lech Kaczyński jest moralnie odpowiedzialny za śmierć wszystkich ludzi w katastrofie smoleńskiej i ma krew na rękach.

Takie słowa wypowiedziane przez posła, szefa regionu, to co najmniej skandal i pozycjonuje Platformę Obywatelską na marginesie sceny politycznej. Gdzieś daleko w dół poniżej Samoobrony, która od wczoraj na tle PO wypada godnie, jako spokojne, wyważone, rozsądne ugrupowanie.

Wypowiedź Palikota - tak mi się wydaje - była odpowiedzią na słowa jakiegoś człeka-anonima z ulicy, który powiedział przed kamerą, że Tusk ma krew na rękach i jest w zmowie z Putinem. Jednak nie jest to stanowisko PiS-u i żaden działacz Prawa i Sprawiedliwości, tym bardziej poseł, czegoś takiego nie powiedział. Waga słów krzykacza jest znacznie mniejsza tym bardziej, że nikt nie widział dokumentacji psychiatrycznej tego osobnika.

Jednak wyrok Palikota na Lechu Kaczyńskim w momencie, kiedy nawet eksperci nie wiedzą, jakie były przyczyny katastrofy, jest poniżej wszelkiego poziomu. Co innego jest przynieść do studia telewizyjnego łeb świni, machać na konferencji prasowej sztucznym penisem, ale bez podstaw oskarżać kogoś o spowodowanie śmierci blisko stu osób, to już NIE jest happening. To już jest... Brak mi cenzuralnych słów, a nie chcę się zniżać do poziomu Palikota.

Nie mam pewności, że Lech Kaczyński nie jest moralnie odpowiedzialny za tragedię, ale póki co nie ma dowodów, aby tak mówić. Równie dobrze może się okazać, że moralnie odpowiedzialny jest Radosław Sikorski, bo to jego resort organizował tę wycieczkę. Ale dziś po prostu nikt nie wie, kto i na ile jest odpowiedzialny, więc Palikot nie ma prawa mówić tak samo, jak uliczny krzykacz, czy w debacie publicznej sprowadzać rządzącą partię do poziomu Naszego Dziennika.

Niestety byłem też oglądaczem (już po wypowiedzi Palikota) spotkania w TV PO-wca Kazimierza Kutza z PiS-owcem Zbigniewem Girzyńskim. I wrażenie okropne. Kutz mówiący o tym, że Palikot jest fajny (bo taka jest nowa jakość polityki i tacy politycy to przyszłość) oraz Girzyński, który spokojnie krytykując pajaca z PO wypadł jak przedstawiciel rozsądnego ugrupowania, które chce normalności w kraju.

Teraz Platforma ma jedno wyjście, aby udowodnić, że jest normalną partią: wyrzucić Palikota i na początek zacząć pracować nad tym, aby wybić się z szamba i próbować dorównać poziomem Samoobronie. Jak już przejdą poziom Łyżwińskiego, to wtedy przyjdzie czas na pracę nad stworzeniem ugrupowania godnego rządzenia krajem. Czasu nie mają zbyt wiele.

 
 Oceń wpis
   

Znów pogoda taka, że tylko pić lub czytać. Albo pić i czytać jednocześnie. Więc poczytałem sobie i dowiedziałem się z Onetu, że biblijne plagi spowodowane zostały przez wybuch wulkanu. Prawdopodobnie była to erupcja wulkanu Santorini datowana na 1,5 tysiąca lat przed naszą erą.

Obecnego winowajcy pogody w Polsce nikt nie nazywa po imieniu, bo się nie da. Jego nazwy też nie napiszę, bo nie umiem, a głupio mieć na blogu jedenaście błędów w jednym słowie.

A klimatolodzy między innymi islandzki wulkan obwiniają o to, co się dzieje. Im więcej pyłu w atmosferze, tym większe chmury i większe opady - wyjaśniał w Money.pl prof. Krzysztof Błażejczyk, klimatolog z Polskiej Akademii Nauk.

Sprawa jest prosta: woda w Nilu zrobiła się czerwona przez pył wulkaniczny. Mógł on spowodować zakwit wody, przez który nastąpił deficyt tlenu, pojawiły się też toksyny, itd. Skoro woda stała się niebezpieczna, to żaby wyszły na ląd. Później padły (pozbawione naturalnego środowiska) i ekosystem został zachwiany. Stąd plaga komarów, much, szarańczy i choroby roznoszone przez te latające paskudztwa (pomór bydła). Wulkan mógł też sprawić anomalie pogodowe, brak urodzaju, ulewne deszcze, gradobicia.

Temat plag egipskich stał mi się bliski, bo narasta we mnie niepokój. Żydzi przynajmniej mieli swojego Mojżesza, który powiedział im, chodźmy stąd i poszli. Polacy nie mają nikogo, kto by im zaproponował zbiorową przeprowadzką w lepszy klimat. Nawet wybory tego nie zmienią, bo żaden z kandydatów nie mówi, chodźmy stąd. A być może to jest właśnie jedyne hasło, które zagwarantowałoby wyborczy sukces.

 
 Oceń wpis
   

Pisząc o tym, że miałem do czynienia z produktem firmy Volvo, czyli posiadałem francusko-szwedzko-duński samochód, doszedłem do wniosku, że Szwedzi wpadli w szwedzką pułapkę.

Będąc w Sztokholmie nie widziałem zbyt wielu pojazdów, takich jak mój. Większość Szwedów kupuje bowiem to, co szwedzkie. A skoro francusko-szwedzko-duński samochód jest produkowany poza Szwecją, to znaczy, że nie jest szwedzki, a zatem nie jest wart zainteresowania.

Dla Szwedów godne zaufania są produkty wytworzone przez rodaków. Dlatego kupowali modele Volvo z górnej półki, które były nie tylko zaprojektowane w Szwecji, ale również tam wytworzone.

Dlatego cenią Volvo i Saaby. Swego czasu Szwecja była krajem, który miał najgorszy wśród rozwiniętych krajów zachodniej Europy przeciętny wiek użytkowanego samochodu. Nie oznaczało to jednak, że jeździli złomem. Po prostu ich Volvo i Saaby były tak dobre, że nie było sensu zbyt często wymieniać, tym bardziej, że nie są tanie.

Szwedzka pułapka polega na tym, że Szwedzi najchętniej kupują szwedzkie, ale produkcja w ich kraju jest bardzo droga, dlatego przenoszą ją do tańszych miejsc, ale wtedy produkt przestaje być szwedzki i w oczach konsumentów jest gorszy.

Płacą wysoką cenę za socjalizm. Volvo nawet te produkowane w Szwecji już dawno nie były szwedzkie, tylko amerykańskie. To lepiej wyposażone fordy ze szwedzką karoserią. Ale Szwedzi kupują, bo produkowany u nich. Jednak nawet amerykanie nie wymyślili sposobu, jak można zarobić na produkcji Volvo, nawet obniżając koszty konstrukcji pojazdów, robiąc z Volvo Forda.

Z Saabem podobnie, ale tej firmy nawet Chińczycy nie chcieli kupić. Gdy już przesądzony był jej los i zapadła decyzja o likwidacji, znalazł się chętny Holender. Wznowił już nawet produkcję.

A po co Chińczykom Volvo? Na pewno nie po to, aby do niego dokładać, jak Amerykanie. Ze względu na związki zawodowe musieli obiecać, że utrzymają produkcję w Szwecji. Jednak nie zadeklarowali, jak długo.

W Chinach ma powstać linia produkcyjna i będą tam powstawać Volvo dla Chińczyków. Volvo dla Europejczyków i Amerykanów wciąż będą robić Szwedzi.

Chińczycy kupili przede wszystkim know-how. 1,8 miliarda dolarów to nie cena za fabrykę , ale oczywiście za logo oraz (a może głównie) za patenty. Chińska motoryzacja zyskała rozwiązania techniczne, nad którymi tamtejsi inżynierowie długo jeszcze musieliby pracować, albo koncerny musiałyby kupować licencje lub gotowe (drogie, bo europejskie lub amerykańskie) podzespoły. Chińskie auta staną się znacznie bardziej innowacyjne, ale wciąż konkurencyjne cenowo.

Teraz mają własną technologię i mogą legalnie wytwarzać u siebie. Nawet, jeśli Volvo wciąż będzie robione w Szwecji, to udział składających się nań podzespołów Made in China będzie rósł, a co za tym idzie koszt produkcji będzie spadał. W dodatku Szwedzi nie przestaną kupować, bo to przecież będzie nadal ich - szwedzkie, najlepsze.

Czy takie Volvo, z zewnątrz szwedzkie, w środku chińskie, będzie rentowne? Może nawet ze względów prestiżowych będzie opłacało się utrzymywać fabrykę w Szwecji. A może zostanie przeniesiona do Polski, Słowacji lub do Rumunii. Jedno jest pewne, Chińczycy nie kupili Volvo po to, żeby do niego dokładać w nieskończoność.

Docelowo nie wiadomo, czym Volvo Made in China będzie się różnić od samochodów chińskich marek.

Na przykład Koreańczycy przez lata pracowali, aby ich samochody zyskały uznanie na świecie, a Chińczycy poszli na skróty i kupili uznaną na świecie markę. Czy chińska taktyka okaże się skuteczniejsza? Może z dnia na dzień nie podbiją naszego rynku, ale stawiam zakład, że za dekadę całkiem sporo będzie chińskich samochodów na naszych drogach. Nawet jeśli nie będą stricte chińskie, to części składowe ich wnętrz bez wątpienia będą wytworzone właśnie tam.

 
 Oceń wpis
   

Nie jest istotne to, że jakąś firmę kupili Chińczycy. Znaczące, że kupili symbol. Bo Volvo to symbol europejskiej motoryzacji i synonim innowacji w motoryzacji.

Volvo nawet jeśli nie wymyśliło, to wprowadziło do seryjnej produkcji wiele nowatorskich rozwiązań. Auta tej firmy znane są z bezpieczeństwa, choć swoją drogą to nie tak trudno sprawić, żeby kierowca, przed którym przed jest półtora metra maski, był bezpieczny. Może dlatego te samochody (szczególnie starsze modele) są takie fajne, bo w swej idei bliskie amerykańskim. Duże z dużymi silnikami o przyzwoitej mocy. Różnica polega na tym, że Szwedzi troszczyli się o to, żeby trzylitrowe silniki były ekonomiczne i jak najmniej szkodziły środowisku, a Amerykanie nie.

Jako nastolatek marzyłem o tym, żeby mieć Volvo. Wtedy nawet najnowsze modele były kanciaste - kanciastość (poza innowacyjnością) było cechą charakterystyczną.

W końcu, po latach, stałem się posiadaczem auta tej marki. Co mi się w nim spodobało? Każdy element wozu miał swoja kontrolkę. Nie sposób było jechać z niedomkniętymi drzwiami nie wiedząc o tym. Nawet brak płynu w spryskiwaczu nie mógł zaskoczyć, bo jego niski poziom był sygnalizowany.
Kierowca powiadamiany był o tym, że przepaliła się któraś z zasadniczych żarówek (co jest o tyle istotne, że kierowcy trudno dostrzec, że nie świecą się tylne lampy).

Bardzo podobało mi się to auto. Ale dość szybko je sprzedałem. Psuło się w nim wszystko w najbardziej nieoczekiwany sposób. Wystąpienie pewnych awarii jest winą użytkownika, bo zaniedbał pojazd. Jednak jeśli auto się psuło kilka dni po tym, jak autoryzowany serwis/osiedlowy mechanik/stacja kontroli (wszystkie warianty przerabiałem) stwierdzali, że auto jest sprawne i nawet w nienajgorszym stanie, to bardzo irytujące.

Na usprawiedliwienie Volvo dodam, że auto to kupiłem z niemałym przebiegiem i niezbyt młode. Ale sądziłem, że jak kupować leciwe auto, to właśnie renomowanej firmy, żeby było jak najmniej niespodzianek.

A od mechaników dowiedziałem się, że tak naprawdę nie mam szwedzkiej maszyny, tylko francuską. Bowiem to Renault obudowany po szwedzku i szwedzką mam tylko karoserię i silnik.Reszta to Renault, bo te firmy wtedy kooperowały ze sobą.

A mój francusko-szwedzki wóz wyprodukowany został w Belgii.

I choć było to w czasach, w których Volvo było szwedzkie, to już wtedy określenia szwedzki samochód nie można było traktować dosłownie. Może zatem nie miało znaczenia, że w 1999 roku firmę kupili amerykanie i rozpoczęła się era Forda w wersji Volvo. Jednak inna jest sytuacja, kiedy wielki i znany koncern motoryzacyjny kupuje innego podupadłego producenta, a inaczej, gdy z braku chętnych kupcem jest firma, która jeszcze dekadę temu produkowała części do lodówek.

Skoro szwedzkie samochody od paru dekad nie są już szwedzkie, to równie dobrze mogą być chińskie. I zupełnie nic takiego się nie stało, poza tym, że to nie tylko zwykła nierentowna firma, ale symbol. Od poniedziałku symbol chińskiej potęgi.

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.