rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Bez ogródek powiedział dziś Donald Tusk, że przywódcy krajów ze strefy euro nic nie robią, choć ta się rozpada, a swoją bezczynność maskują serią licznych spotkań, z których nic nie wynika. Mocne. Niby wszyscy to wiedzą, ale inna jest waga, gdy mówi to publicznie premier szefom rządów innych krajów.

Z przemówienia wynikało, że skoro wielcy Europy nic nie robią, to Polska wraz z innymi drobnymi tego świata ich zmobilizują.

- Postulujemy między innymi szybką zmianę traktatu. Mówiąc po ludzku, Polska, tak jak i inne kraje, nie będąc wewnątrz strefy euro, chce na mocy zmian traktatowych uczestniczyć we wszystkich spotkaniach, na których będzie się zarządzać strefą euro - mówił premier.

Przemówienia Tuska nie można nazwać przełomowym, ale wreszcie zobaczyłem premiera, który mówi zdecydowanie o tym, co chce zdziałać. To dużo, bo oznacza, że ma jakąś wizję. Tego wcześniej brakowało.

Ostatni raz takiego Tuska widziałem 12 października 2007 roku podczas przedwyborczej debaty z Jarosławem Kaczyńskim. Pozwoliłem sobie wtedy komentarz zatytułować: Po dwóch latach Ciamciaramciam wreszcie się pozbierał.

Przypomnę, że określenie ciamciaramciam wprowadził do obiegu Roman Giertych. Bardzo pasowało ono do ówczesnej postawy Donalda Tuska.

Trzy dni później było jeszcze lepiej. Płomienne przemówienie na koniec debaty z Aleksandrem Kwaśniewskim było majstersztykiem. Dla przypomnienia polecam: Donald King: I Have a Dream.

Niestety okazałem się prorokiem, bo napisałem wtedy, że pewnie jeszcze nie raz będę żałował, że tyle ciepłych słów napisałem o Tusku. Oczywiście żałowałem, nie raz. Bo na cztery lata powrócił Ciamciaramciam.

Ale nowa kadencja dała Tuskowi kopa: czuje, że musi wreszcie zacząć działać. Różnicę widać już było w expose - konkretne, bez optymizmu, na który pokrycia nie ma, poświęcone w dużej mierze gospodarce i niezbędnym reformom. Zupełnie inne niż 3,5-godzinna tyrada sprzed czterech lat.

Teraz pozostaje obserwować i czekać. Czy drugie przebudzenie Tuska jest chwilowe, czy może średni premier przepotwarza się właśnie w męża stanu, który zamierza coś zrobić nawet wbrew sondażowym słupkom?

Czy znów będę żałował tego, co napisałem?

 
 Oceń wpis
   

Miało być kryzysowo, konkretnie z zapowiedziami wielu przykrych reform. I udało się! Będzie gorzej, czyli będzie lepiej dla budżetu i gospodarki.

Niektóre zmiany brzmią jednak sensowne, mimo że polegają na zabieraniu podatnikom pieniędzy. Szczególnie te, dotyczące polityki prorodzinnej. Donald Tusk zapowiada zabranie becikowego dobrze zarabiającym oraz takie zmiany w uldze prorodzinnej:

  • rodzice jednego dziecka nie zostaną pozbawieni ulgi, jeśli ich dochody mieszczą się w I progu podatkowym. Pozostali stracą;
  • rodzice dwojga dzieci: bez zmian, ci z II progu odliczą tylko za jedno dziecko;
  • trójka dzieci: za trzecie i kolejne dzieci wyższa ulga.

Sprawa dla mnie jest jasna - rodziny, które zarabiają na tyle dużo, że stać ich bez wyrzeczeń na utrzymanie jednego dziecka, nie maja ulgi. Nowy system premiuje posiadania więcej niż jednego dziecka. Natomiast nie motywuje biednych do produkcji kolejnych, bo jak ktoś mało zarabia, to nie pomniejszy podatku, bo ulga za trzecie dziecko spowoduje, że nie będzie płacił podatku PIT wcale.

O becikowym nie warto pisać, warto jednak o bardziej drastycznych zmianach. Kobiety i mężczyźni pracować będą do 67. roku życia. W zamian świadczenia będą wyższe. Biorąc pod uwagę, że mężczyźni średnio żyją około 70 lat a kobiety 80, to szczególnie płeć mniej ponętna będzie musiała intensywnie cieszyć się życiem wesołego staruszka, aby zdążyć się nacieszyć.

Paniom - mimo o siedem lat dłużej pracy - zostanie trochę więcej czasu na popijanie leków tropikalnymi sokami w cieniu palm.

Korzyści dla systemu emerytalnego są niewątpliwe. Dla ludu pracującego… no cóż, mniej wyraziste. Wyobraźnie mam dość bogatą, jednak nie widzę siebie za 30 lat komentującego ze stoickim spokojem posunięć rządu. Bardziej w chodzi w grę jakaś ciepła posada gdzieś na stróżówce.

Ale linia rządu jest generalnie dobra: należy ustalić wiek emerytalny na takim poziomie, aby mieć pewność, że spora część świadczeniobiorców nie dociągnie.

Znacznie mniej kontrowersji budzi zapowiedź likwidacji bądź ograniczenie przywilejów dla mundurowych, górników, zmiany w KRUS (tu zapewne bez radykalnych posunięć). Dawno już to trzeba było zrobić.

Bardziej kontrowersyjne jest podniesienie składki rentowej o 2 punkty procentowe po stronie pracodawców. To podnoszenie pozapłacowych kosztów pracy, czyli zmniejszanie konkurencyjności gospodarki. Składka rentowa powinna być podniesiona po stronie pracowników. To oznaczałoby spadek pensji netto, ale takie uderzenie po kieszeniach miałby większy sens, choć oczywiście na pewno przysporzyłoby sympatyków władzy. Ale jak zabierać, to na całego!

 
 Oceń wpis
   

Komu jeszcze może zabrać minister Rostowski? Pod zajawką tekstu wrzuconą na Facebooka, w którym wymienialiśmy tych, którzy mają więcej niż inni, pan Krzysztof napisał, że zapomnieliśmy wymienić dziennikarzy. Bo przecież mają 50-procentowe koszty uzyskania przychodów, zatem de facto płacą prawie o połowę niższy PIT niż pozostali.

Jest w tym sporo racji. Tzn. pan Krzysztof racji nie ma, że jest to przywilej dziennikarzy - dotyczy to wszystkich, którzy zarabiają na podstawie umowy o dzieło, poza pismakami między innymi naukowców i artystów. Ma natomiast rację twierdząc, że ten - można by rzec - przywilej, może zostać zlikwidowany.

Skoro szef finansów rozpaczliwie szuka pieniędzy, możliwe jest podniesienie składki rentowej (obniżenie pensji netto), to dlaczego nie zlikwidować 50-procentowych kosztów uzyskania przychodów? To cecha charakterystyczna dla umów o dzieło. Pracując na umowę zlecenie, obowiązują 20-procentowe koszty uzyskania przychodu.

O co chodzi? Dziennikarz, któremu za tekst zapłaciła redakcja 100 złotych, dostaje teraz z tej kwoty 91 złotych. Gdyby był rozliczany tak samo, jak pracujący na umowę zlecenie, dostałby 84 złote.

Temat likwidacji 50-procentowych kosztów uzyskania przychodu jest stary. Pierwsze propozycje takich zmian pamiętam z końcówki ubiegłego wieku. Skoro pojawiają się od tak dawna, to w końcu zostaną wprowadzone. Wcześniej argumentem było to, że ten przywilej jest nadużywany i celem oszukania fiskusa, w niektórych sytuacjach także ZUS-u, zamiast umowy zlecenia jest podpisywana naciągana umowa o dzieło. Teraz argumentem może być po prostu nadchodzący kryzys.

Oczywiście w tym temacie - jako strona zainteresowana - nie mogę być obiektywny. Chcę jednak podkreślić, że sprawa nie jest zero-jedynkowa. Tak samo jak koszty uzyskania przychodu przy umowie zlecenie. Dlaczego tam jest 20, a nie 15 lub 25 procent? Dlaczego w umowach o dzieło jest 50 procent, a nie 40 lub 70? Diabli wiedzą. To zryczałtowane koszty. Ktoś wymyślił, że ma być 20 i 50 i tak jest.

Żeby zarobić 100 złotych, czasem dziennikarz siada i pisze nie ponosząc żadnych kosztów. Innym razem musi pojechać do rozmówcy, wykonać wiele telefonów i żeby napisać tekst musi wydać 60 złotych, aby zarobić 100. Wtedy koszty uzyskania przychodu są wyższe, bo wynoszą 60 procent, a nie ustawowe 50. Taki urok ryczałtu.

Mam to szczęście, że mój pracodawca jest porządny i zatrudnia mnie na normalnym etacie, bez żadnych sztuczek. Jednak likwidacja wyższych kosztów uzyskania przychodów uderzy w rzeszę dziennikarzy, którzy mają etat w wysokości minimalnej pensji, a resztę wynagrodzenia pobierają jako wierszówkę. Z reguły wierszówki te są nędzne, więc dla nich ma to duże znaczenie, ile z tego trafia do nich na rękę.

Ale ci nie są jeszcze w najgorszej sytuacji. Najgorzej mają bowiem ci, którzy pracują tylko na umowie o dzieło. Nie mają etatu, nie mają opłacanego ZUS-u ani składek na NFZ. Nie płacą tego sami, bo zarabiając 2 tysiące trudno jeszcze wysupłać blisko 900 złotych na ubezpieczenia. To rzesza ludzi poza systemem, którzy w przypadku poważniejszej choroby są skończeni finansowo.

Oczywiście nie odeprę argumentu, że nikt im nie kazał wybierać takiego zawodu. Ale z drugiej strony może lepiej, że jednak coś robią zamiast siedzieć na zasiłku.

Chciałbym uniknąć biadolenia, za to bardzo podkreślić, że rzeczywistość nie jest taka prosta: dziennikarze mają lepiej, to im zabierzmy. Bo zabierzemy garstce krezusów, którzy zarabiają kilka razy więcej niż wynosi średnia krajowa, ale przy okazji masie, która ledwo jest w stanie się utrzymać. Rynek pracy w tej branży jest bardzo trudny.

A paradoksalnie, dziennikarze łatwo dają sobie zabierać. Byliśmy zdaje się jedyną grupą zawodową, która nie protestowała, gdy odbierano nam prawo do przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Skoro pisze się o tym, że trzeba takie przywileje likwidować, to potem głupio stwierdzić, że tak, zabierać, ale innym, a nie nam.

Mimo to z całą pewnością z zaangażowaniem będziemy relacjonować protesty artystów i naukowców :)

 
 Oceń wpis
   

Kolejni buntownicy domagają się dyskusji, demokratyzacji, zmian i tym podobnych fantasmagorii w Prawie i Sprawiedliwości. Po co im to? Dlaczego przez tyle lat rządy silnej ręki im nie przeszkadzały?

Prezes Jarosław Kaczyński był dobry, mimo że władał partią w tym samym stylu co dziś, bo dawał szansę wygranych wyborów. Członkowie partii byli w stanie wiele znieść w zamian za profity płynące ze sprawowania władzy.

Teraz dzięki niemu PiS przyjął opcję wiecznego opozycjonisty. Jedyna szansa na władzę, to wygrana z wynikiem ponad 50 procent. Na to jednak się nie zanosi, a każde inne zwycięstwo nie daje władzy, bo partia straciła wszelką zdolność koalicyjną.

Kurski, Ziobro i inni nie chcą dalej znosić prezesa, bo nie mają w tym już żadnego interesu. Jedynym profitem może być jeszcze dobre miejsce na liście wyborczej. Jednak jeśli ktoś ma ambicje być ministrem, rozdzielać posady zaskarbiając sobie wdzięczność i lojalność partyjnych kolegów, to bycie za wszelką cenę dożywotnim opozycyjnym posłem nie satysfakcjonuje go. Jest pokusa, aby zrobić jakiś manewr. Stąd brak lojalności. Przecież prezes się nie zmienił, zawsze był taki sam.

Pretekst jest dobry, trzeba rozliczyć wyborczy wynik. Wiadomo, jak musi się skończyć takie wyzwanie rzucone prezesowi w twarz. I wcale nie jest to zarzut wobec PiS-u, bo każda partia buntowników wyrzuca. Najmniej jest ich w partii rządzącej, bo zwyczajnie tam jest najmniejsza motywacja do wychylania się. Zbyt dużo można stracić. Ale i w PO się zdarza, a gdy ta stanie się opozycyjna, to może być prawdziwa fala buntów.

Swoją drogą, sprawa z księdzem Bonieckim pokazała, że partie przypominają zakony. Jest reguła i nie można inaczej mówić niż szef, nawet jeśli mówi się mądrzej.

PiS ma poważny problem, bo Jarosław Kaczyński nie jest w stanie doprowadzić partyjnych działaczy do władzy, a z drugiej strony PiS to Jarosław Kaczyński i bez niego ugrupowanie nie może liczyć na przyzwoity wynik w wyborach. Bez Kaczyńskiego nie da się wejść do Sejmu, a z Kaczyńskim nie da się dojść do władzy.

Ciekaw jestem, jaki koncept na przyszłość mają ziobryści? Są zbyt doświadczonymi politykami, aby powtarzać drogę PJN-u, a nie jestem przekonany, czy powtórzą drogę Palikota. Ten konkurował ze słabym SLD, a oni muszą z mocnym PiS-em i niezastąpionym prezesem. Nie mogą tworzyć PiS-bis, ale raczej nową jakość. Ciekawe, czy za cztery lata wyborcy będą pamiętać, kim jest Ziobro i Kurski, a nawet jeśli, to czy wycenią ich inicjatywę na ponad pięć procent.

 
 Oceń wpis
   

Mord dokonany przez szaleńca w Łodzi nic nie zmieni na naszej scenie politycznej. Ewentualnie doprowadzi do eskalacji nienawiści i nastąpi odwet. Zmiana retoryki nie jest możliwa, bo obie konkurencyjne partie są zbyt do siebie podobne, aby mogły w miarę normalnie ze sobą się spierać. Muszą się nienawidzić, wyostrzać drobne różnice i ukrywać wiele podobieństw.

Dlaczego między PiS-em a SLD jest tylko spór a nie ma wojny? Podobnie między PiS-em a PSL-em. Również między PSL-em a SLD, między PO a SLD. Wojna jest tylko na linii PO - PiS. Otóż partie z tak podobnym programem muszą walczyć ze sobą, aby pokazać wyborcom, iż jednak są różne i udowodnić, że nie jest wszystko jedno, czy się zagłosuje na jedną czy drugą.

Z SLD, PSL-em, można się w sposób cywilizowany spierać, polemizować, ale nie trzeba wywoływać wojny, bo każdy wie, że to zupełnie różne partie.

Przed 2005 rokiem koalicja POPiSowa wydawała się oczywista. Tak wiele te partie łączyło. Właśnie zbyt wiele. Wbrew pozorom, podczas wyborów łatwiej jest rywalizować partiom różnym i później się dogadać w sprawie koalicji niż partiom podobnym. Bo te podobne muszą się odróżnić w kampanii wyborczej a żeby się odróżnić, muszą się bardziej brutalnie skopać. Po stoczonym boju jest zbyt wiele ran, aby spokojnie się dogadać i na chłodno uzgodnić podział stołków (bo o wspólnym programie rządu nie trzeba zbyt długo rozmawiać, bo i tak jest wspólny).

Przyczyną trwającej piąty rok POPiSowej wojny nie są kwestie światopoglądowe, personalna nienawiść na linii Tusk - Kaczyński, czy to, że prezes przestał albo zaczął brać tabletki. Nawet, jeśli to wszystko ma znaczenie, to drugorzędne (przecież kiedyś Stefan Niesiołowski w ZChN-ie był świętszy od papieża, a teraz jest głównym pogromcą PiS-u, w którym schronienie znalazło ZChN-owskie skrzydło).

Gdyby tak, jak nas uczono na matematyce, utworzyć dwa zbiory wartości i przekonań PiS-u i PO, to zbiór wspólny byłby największy. I to właśnie jest przekleństwem obecnych czasów w polityce.

Dawniej było prościej. Byli postkomuniści i reszta porządnych. Ci pierwsi czasem spotykali się w niektórych kręgach z ostracyzmem, z tych drugich czasem się śmiano za brak ogłady na salonach władzy. Jednak nikt nikogo nie zarzynał.

Teraz postkomuniści nie są już dziedzicami Bieruta, tylko młodymi prężnymi (może trochę zabawnymi) zapaterystami. I taka jest recepta na zmiany. PiS albo PO w takim kształcie, jakim są obecnie, zniknie z polityki.

PiS podzieli los LPR-u i zejdzie ze sceny, jeśli stanie się partią ultraprawicową. A może to PO będzie miała poparcie na granicy błędu statystycznego, bo zostanie odrzucona przez elektorat troszkę liberalny za zbyt socjalistyczne podejście do gospodarki i zbytni konserwatyzm w kwestiach światopoglądowych. A może PO stanie się bardziej prawicowa i nikt nie będzie chciał na nią głosować, bo po co stawiać krzyżyk na PiS light, skoro jest prawdziwy PiS?

Kto dożyje, też zobaczy, jak będzie.

 
 Oceń wpis
   

Nie będzie już kampanii wyborczych, w których politycy licytują się, kto bardziej obniży podatki i komu. Jeśli ktoś przez najbliższe lata zacznie to obiecywać, znaczy się, że populista ponad standard albo oszołom skończony.

Niemal pewne jest, że wyższy VAT będzie obowiązywał do 2016, a może nawet do 2018 roku. W dodatku trudno uwierzyć, że kiedykolwiek zostanie obniżony do 22 procent.

Do wyborów z 2007 roku standardem były obiecanki-cacanki. My obniżymy najbiedniejszym, a my wszystkim, a my podniesiemy najbogatszym, żeby starczyło na dawanie biednym. I tak sobie mijały kampanie.

Teraz to już niemożliwe. Musimy się pogodzić z tym, że podatki, które do tej pory płaciliśmy, nie były wcale wysokie. Nadchodzi era ich podwyższania, co jest nieuniknione. Są dwa wyjścia: w kwestii dawania zachowujemy status quo i podnosimy podatki, albo mniej dajemy a podatki zostają bez zmian.

To drugie brzmi lepiej, jednak tylko ta pierwsza opcja jest realna. Bo jak i komu zabierać? Przestaniemy rewaloryzować emerytury? Pół biedy z tymi seniorami, którzy mają po trzy tysiące na miesiąc, ale jak nie będziemy podnosić świadczeń takim, którzy dostają po tysiąc złotych, to przez inflację za parę lat nie starczy im nawet na czynsz. Pójdą do MOPS-u i tak trzeba będzie im dać, tylko z innej kieszeni.

Zlikwidować pomoc społeczną? To niehumanitarne i nie możemy sobie pozwolić na taki wstyd, że w Polsce ludzie umierają z głodu na ulicy i nikt z tym nic nie robi.

Kolejna grupa to renciści. Pozabierać renty, które wynoszą po kilkaset złotych miesięcznie? No bez przesady! Oczywiście należy zabierać lewe renty, ale na to nie ma przyzwolenia. Gdy proponował to swego czasu wicepremier Jerzy Hausner - a nawet nie zabieranie tylko nie przyznawanie kolejnych lewych - to podniosło się larum i nawet PO z PiS-em głosowało przeciw tak zwanemu planowi Hausnera. A gdyby poparli, to dziś PO nie miałaby do czynienia z zapaścią finansów publicznych.

Można jeszcze zabrać najbogatszym to, co dało im PiS z LPR-em i Samoobroną (chodzi o PIT 18 i 32 zamiast 19, 30 i 40). Za czasów rządu Jarosława Kaczyńskiego doświadczyli jedynej tak znaczącej obniżki obciążeń od wprowadzenia podatków PIT. Jednak podnieść im podatki będzie trudno, bo jeśli PiS dojdzie do władzy, to przecież nie będzie mu wypadało wycofywać się ze sztandarowych zmian mających udowodnić zamożnym, że PiS dba o nich lepiej niż niby liberalna PO.

Jak u władzy utrzyma się PO, to powrót do starych wyższych stawek nie dość, że wkurzy elektorat tej partii, to narazi na atak ze strony PiS-u. Zabrać bogatym może jedynie SLD, ale nie ma szans, aby doszedł do władzy. Może być jedynie słabszym koalicjantem PO, która bogatym nie zabierze tego, co dało im PiS.

Można jeszcze zabierać na inne sposoby. Na przykład samorządom zmniejszyć dotacje. Ale co, te mają przestaną dotować komunikacje miejską? Bilety mają zdrożeć dwukrotnie?

Przykłady można mnożyć, ale chyba nie ma szans, aby zmniejszyć wydatki państwa - przynajmniej przy układzie politycznym, jaki jest i jeszcze długo będzie. Jeśli ktoś ma koncepcję, komu można zabrać - ale tak realnie - to proszę podzielić się w komentarzu pod wpisem.

Jedynym pomysłem, który przychodzi mi do głowy - ale nie wiem, czy przyniesie on oszczędności - jest zracjonalizowanie pomocy potrzebującym. Dziś jest tak, że każdy z biedniejszych, czy rzeczywiście potrzebuje, czy nie, dostaje groszową pomoc. A konkretne pieniądze, pozwalające na przeżycie, powinni dostawać ci, którzy naprawdę ich potrzebują. Nie wiem do końca jak w praktyce można oddzielić wykorzystywaczy od potrzebujących. Ale trzeba próbować nawet jeśli nie da to oszczędności, tylko poprawi byt tych drugich.

A skoro nie da się na nikim zaoszczędzić, to trzeba płacić wysokie podatki. A skoro nikt nie ma odwagi cofnąć zmian firmowanych przez wicepremier Zytę Gilowską, to szczypani będziemy wszyscy na około. A to VAT 25 procent, a tu koniec z 50-procentowym kosztem uzyskania przychodu, a tu żegnamy ulgę prorodzinną...

Nie pozostaje nic innego, jak przyzwyczaić się, że lepsze jutro było wczoraj, tak jak niskie podatki. Były, minęły.

 
 Oceń wpis
   

Po ostatniej masakrze na drodze obawiam się, że populistyczne hasło TIR-y na tory będzie jeszcze chętniej bezmyślnie lansowane. A jest ono dość groźne, bo kampania je promująca sprowadza się tylko do tego, że TIR-y mordują, zatem trzeba je przenieść na pociągi i zapanuje sielanka.

Na stronie TIR-ów na torach nie znalazłem żadnego wyliczenia, ile za to zapłacimy (my, zwykli zjadacze chleba). Nie ma ani jednej informacji, gdzie te TIR-y mają być ładowane? Ile z nich zniknie z dróg? Wydamy miliony złotych, a ubędzie 10 procent TIR-ów, czy może 60 procent? Nawet nie ma informacji, ile wśród wielkich ciężarówek rozjeżdżających polskie drogi jeździ na karnecie TIR, czyli jakiego odsetka pojazdów ta akcja dotyczy.

Kliknąłem w zakładkę dla prasy a tam śladu po choćby najmarniejszej analizie. Tylko skany ulotek do pobrania i obrazki:

TIR-y na tory

Kwestie przystosowania infrastruktury załatwione są jednym zdaniem: są środki unijne i trzeba z nich skorzystać. A co z wkładem własnym? Nawet jeśli za cudze zbudujemy wszystko, co jest potrzebne do ładowania i rozładowywania ciężarówek, kupimy specjalne wagony, to kto będzie dopłacał do takiego transportu?

Można wyobrazić sobie dwa modele. Firmy transportowe są zmuszane do przewożenia TIR-ów pociągami poprzez wysokie opodatkowanie ciężarówek jeżdżących po drogach. Szwajcaria narzuciła tak drakońskie opłaty, że taniej jest wozić droższym transportem kolejowym.

Drugi model polega na tym, że transport TIR-ów pociągami jest atrakcyjny, bo tani, gdyż dotuje go państwo.

Przez najbliższe kilkanaście lat nie będzie możliwości wprowadzenia w Polsce żadnego z tych dwóch wariantów, bo na żaden nas nie stać.

Zadłużenie kraju niebawem przekroczy 55 procent PKB i zostaniemy pozbawieni wszystkich ulg podatkowych i zapłacimy wyższy VAT. Nie będziemy płacić wyższych podatków po to, aby były pieniądze na coś więcej niż mamy, ale po to, aby kraj nie splajtował. Żeby starczyło na dotowanie pociągów z TIR-ami musielibyśmy zapłacić jeszcze wyższe podatki.

A co z pierwszym - bezbolesnym dla budżetu - wariantem? Za niego zapłacą wszyscy, bo transport zdrożeje. Zatem zdrożeje większość produktów, które są na rynku. Jeśli transport będzie się odbywał wysokoopodatkowanymi TIR-ami, albo drogimi pociągami, to musi być droższy, za co w efekcie końcowym zapłacą konsumenci.

A błędne jest twierdzenie, że jak zmusi się kierowców ciężarówek do wjeżdżania na wagony, to na drogach będą tylko osobówki. Pociągi tylko częściowo zmniejszą ruch TIR-ów, bo wiele z nich jest doładowywanych lub częściowo rozładowywanych zanim opuszczą Polskę. A kierowcy ciężarówek nie będą mogli zjechać z wagonów w miejscu, które im odpowiada, bo pociągi przewożące TIR-y działają trochę jak promy. Jest miejsce do załadowania ich na stacji A i rozładowania na stacji B. Nie ma opcji, że jeden z nich zjedzie sobie w Warszawie Wschodniej, bo musi parę ton ładunku zabrać z hurtowni, a później wróci na stację, aby wsiąść do następnego pociągu wiozącego TIR-y do Wilna.

Jedna z dwóch istniejących kiedyś tras kolejowych dla TIR-ów łączyła Rzepin z Suwałkami, czyli TIR-y wjeżdżały na wagony przy zachodniej granicy Polski, a zjeżdżały przy wschodniej (lub odwrotnie). Drugie połączenie wykorzystywało najdalej wysunięte na zachód szerokie tory w Sławkowie na Śląsku i stamtąd pociągi woziły TIR-y aż do Kijowa. Oba połączenia nie były rentowne i je zlikwidowano.

Pociąg towarowy jedzie ze średnią prędkością dwa razy mniejszą niż TIR. Musi być więc inna motywacja niż szybkość dostawy ładunku. PKP zatem nie mogły stosować stawek, które pokryłyby koszty, tylko promocyjne, żeby skłonić przewoźników do skorzystania z oferty.

Zatem żeby PKP, czy inną firmę, skłonić do wejścia w biznes, trzeba zmusić fiskalnie transportowców do skorzystania z ich oferty. A wielkie ciężarówki nie znikną z dróg, bo zostanie transport krajowy. Jakoś trzeba zawieźć zboże do młyna i mąkę do piekarni. Natomiast firmy kurierskie nie mogą sobie pozwolić na czekanie do godziny odjazdu pociągu, tylko muszą jak najszybciej przewieźć towar z jednego swojego centrum logistycznego do drugiego.

Jeśli nawet wydamy miliony na przeniesienie TIR-ów na tory, to tysiące krajowych ciężarówek wciąż będzie rozjeżdżać drogi. A tych krajowych nie można wysokimi nowymi podatkami zmusić do przesiadki na tory, bo do wielu miejsc nie da się dojechać inaczej niż drogami. Poza tym efekt byłby taki, że bardziej opłacalne byłoby przewiezienie towaru dziesięcioma busami po 3,5 tony każdy, niż jednym 35-tonowym TIR-em. Na drogach było jeszcze tłoczniej.

Dlatego boję się prostych i chwytliwych haseł. Jak słyszę TIR-y na tory, to ja się pytam, ile będziemy musieli za to zapłacić? Jak dostanę rzetelne wyliczenia, że rocznie kosztować każdego obywatela będzie to tyle a tyle, wtedy dopiero będą mógł zdecydować, czy poprę tę inicjatywę, czy nie. Póki co jest ona populistyczna.

Na koniec małe wyjaśnienie, co łączy trzy hasła z tytułu wpisu: właśnie populizm. O pierwszym napisałem już dużo. Drugie to kwintesencja nowych postulatów Palikota, o czym pisałem wczoraj. Trzecie ku nieszczęściu naszego kraju udało się niestety zrealizować w 68 roku i do dziś musimy się za to wstydzić. To dowodzi, że z lansowaniem populistycznych haseł trzeba uważać.

 
 Oceń wpis
   

Choć wiele postulatów szefa Ruchu Poparcia, tak zwanej partii Palikota, jest słusznych, to jednak polityk ten nie brzmi wiarygodnie w swojej nowej roli. We wczorajszej Rozmowie Rymanowskiego wypadł jak chłopiec, który znalazł nowe zabawki (antykościelne hasła) i bawi się nimi. Jak mu się znudzą, to znajdzie inne i rozpocznie kolejną zabawę.

Jego adwersarz, Tomasz Terlikowski, obnażył tę powierzchowność. Punktował niemal każde jego twierdzenie a Palikot nie potrafił wiarygodnie się wybronić. Stąd mój wniosek, że to tylko hasła, a nie przekonania. Te drugie ma się w wyniku głębszych przemyśleń, refleksji, bądź nabiera się w wyniku zdobycia nowej wiedzy albo w efekcie przeżyć. Hasła, slogany mogą w krótkiej formie obrazować przekonania, ale w przypadku Palikota nic za nimi - poza chęcią włożenia kija w mrowisko - nie stoi.

Szkoda, że jak się pojawiają w przestrzeni politycznej słuszne postulaty przywrócenia świeckości państwu, to są jedynie kolejną gierką służącą zdobyciu rozgłosu dla polityka. Temat zasługuje na poważną debatę. Bardziej w tym temacie poważnie brzmi SLD, ale formacja ta ma za sobą udaną współpracę (w czasie, gdy sprawowała władzę) z Kościołem, zatem nie brzmi wiarygodnie.

Krytyka Komisji majątkowej może jest i słuszna, ale SLD mógł zmienić zasady jej funkcjonowania albo ją zlikwidować, gdy był u władzy, zamiast teraz jałowo o niej mówić.

Jak już wcześniej pisałem, przekonania, że żyjemy w państwie religijnym, nabrałem po przygodzie w przedszkolu syna. Nie chodzi tylko o sam fakt narzuconej religii (trzylatkom!!!), ale o to, że publiczna placówka nie ma pieniędzy na rytmikę dla maluchów, nawet na kredki i kartki do rysowania, a na wynagrodzenie dla katechetów owszem.

W biednym państwie świeckim priorytet wydatków byłby inny. Najpierw zaspokajamy wszystkie potrzeby dzieci, a jeśli zostaną pieniądze, to finansujemy katechetę. A jak zabraknie, to niech chętni rodzice zrzucą się na niego, tak jak teraz zrzucają się na angielski, rytmikę, kredki, farbki i kartki. Przynajmniej okazałoby się, ilu z rodziców rzeczywiście chce religii dla swoich maluchów.

Szkoda, że nikt o tym poważnie nie mówi.

 
 Oceń wpis
   

Zmuszanie trzyletnich dzieci z niekatolickich rodzin do nauki religii katolickiej to gruba przesada. Ściślej: byłaby to gruba przesada, gdybyśmy żyli w państwie świeckim. Ale skoro żyjemy w wyznaniowym, nie powinno to może dziwić?

Nie można jednak uogólniać - może są w Polsce miasta, w których szanuje się prawo i zagwarantowaną w nim świeckość państwa. Na pewno nie jest to Wrocław.

Parę dni temu sądziłem, że żyjemy w państwie świeckim, dlatego byłem bardzo zdumiony, gdy dowiedziałem się, że mój syn będzie miał w wieku trzech lat lekcje religii. Wiedziałem, że dość szybko mogą go spotkać problemy, że nie pasuje do katolickiej większości, jednak nie przewidziałem, że aż tak szybko.

Postanowiłem sprawdzić, czy według przepisów nasze państwo jest świeckie czy religijne. Otóż okazało się, że jest świeckie, ale otwarte na wszystkie religie. Bo jak przeczytałem , to w publicznych przedszkolach organizuje się, w ramach planu zajęć przedszkolnych, naukę religii na życzenie rodziców (opiekunów prawnych).

To cytat z rozporządzenia ministra edukacji narodowej z dnia 24 kwietnia 1992 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach (Dz. U. Nr 36, poz. 155, z poźn. zm.).

Nie jestem prawnikiem, ale ten zapis jest tak oczywisty, że nie wymaga interpretacji, znajomości prawniczych niuansów. Po prostu - jak rodzice minimum siedmiu dzieci chcą religii, to przedszkole musi ja zorganizować. Nieważne, jaka to religia.

I tyle mówi prawo. A życie wygląda tak, że pani dyrektor przedszkola ogłasza, że będą lekcje religii. I koniec. Na pytanie, co z dziećmi, których rodzice nie życzą sobie, aby chodziło na religię, mówi, że może wyjść z opiekunką na korytarz albo będzie siedziało z boku i rysowało sobie.

Po pierwsze, to niezgodne z rozporządzeniem ministra, bo to rodzice muszą powiedzieć pani dyrektor, że chcą, a nie ona rodzicom, że dzieci muszą.

Po drugie okazało się, że nie ma żadnej oferty dla dzieci niekatolickich. Czekanie na korytarzu, aż religia się skończy, trudno nazwać ofertą edukacyjną. Tym bardziej przedszkolanka powinna wiedzieć, że może to być dla dziecka ciężkim przeżyciem, że z niewiadomych dla niego względów wyprowadza się go z sali. Za karę?

Dzieci siedzą w kółku i coś tam robią, a ja muszę przy stoliku rysować. To ja byłem niegrzeczny, czy oni? Dlaczego mnie tu posadzili?

Jak to wytłumaczyć trzylatkowi?

Jak do tego się doda, że przedszkole ma pieniądze na katechetkę i za lekcje religii nic nie trzeba płacić, ale rodzice muszą się zrzucać, żeby dzieci miały kredki i kartki do rysowania, to szlag mnie trafia! I jeszcze przedszkole apeluje, żeby rodzice z pracy przynosili kartki tylko z jednej strony zadrukowane, bo na drugiej mogą rysować, to nabieram pewności, że to państwo wyznaniowe.

Dla trzylatków ważniejsza jest rytmika, czy religia? Mają jeszcze czas, aby nabyć wiedzę o trójcy świętej, ale żeby nie były pokrzywione, muszą ćwiczyć dziś. Jednak za rytmikę rodzice muszą płacić ekstra, a religię mają gratis, czyli opłaconą z podatków wszystkich, również niewierzących oraz wyznawców innych niż katolicka religii.

Jeśli nie możemy żyć w państwie obojętnym światopoglądowo, to wolałbym, aby było to państwo rytmiczne. Niech ściąga podatki od wszystkich na to, aby zapłacić za zdrowy rozwój swoich najmłodszych obywateli.

Teraz niestety jest tak, że każdy powinien płacić podatki na to, aby wszystkie dzieci były indoktrynowane religijnie. A jak komuś się zachce, żeby jego dziecko w publicznym przedszkolu zaznało ruchu i ćwiczeń, to musi dopłacić. A jak jeszcze chce, aby sobie coś narysowało, to musi dopłacić na kredki i przynieść papier z pracy.

 
 Oceń wpis
   

Żadna władza nie może rządzić wbrew całemu społeczeństwu - głosi jedna z myśli politycznych. I coś w niej jest, choć z pozoru brzmi kontrowersyjnie. Szczególnie po tym, jak ludzkość przerobiła krwawych monarchów, Lenina, Stalina, Hitlera i wielu innych morderców.

To stwierdzenie przypomniało mi się z okazji obchodów 30-lecia porozumień sierpniowych. Padło wiele słów o walce o wolność i buntowi przeciw komunie. Na łamach Money.pl przypomniałem, że nie chodziło o wolność, tylko o poluzowanie smyczy i tańsze kotlety.

Bo żaden system nie wytrzyma, jeśli jest przeciw niemu opór całego społeczeństwa. A wbrew temu, co się dziś mówi, komuna miała poparcie. System popierała ta część społeczeństwa, którą nazywano z awansu. Czyli ci, którzy wyrwali się z zapadłych wiosek i używając współczesnej nomenklatury zrobili karierę. Ta kariera polegała na tym, że nie byli głodni i mieli ciut lepsze życie niż doły.

Co prawda, gdyby Polska po II Wojnie Światowej trafiła w orbitę wpływów Zachodu, to takie osoby również zrobiłyby karierę. I zapewne bardziej spektakularną. Jednak sowiecki system potrafił wmówić tym ludziom, że gdyby nie socjalizm, to nadal by mieszkali w czworakach.

Z teorią, że żadna władza nie może rządzić wbrew społeczeństwu, długo nie mogłem się zgodzić. Po raz pierwszy usłyszałem ją w liceum z ust świetnego pedagoga, doktora Michała Jarneckiego. Po dyskusji z nim poddałem się. Może dlatego, że ja byłem szczylem, a on dobrze wykształconym historykiem.

Później jednak zdobywając wykształcenie policealne utwierdzałem się w przekonaniu, że miał rację. Miał rację, bo ludzie chcą spokoju. Polakom po 45 roku, po traumatycznych przeżyciach wojennych, wystarczał względny spokój - pełny talerz (choćby pełny byle czego), brak bombardowań, rozstrzeliwań, itd.

A represje stalinowskie, a właściwie bierutowskie? Jak się siedziało cicho, to nie było się na nie narażonym. Przecież represje nie dotykały wszystkich. Nowa władza dała pracę, więc większość siedziała cicho i choć może nie popierała tej władzy, to się przeciw niej nie buntowała.

Podobnie było w hitlerowskich Niemczech. Przecież nie każdy Niemiec w latach 30. popierał idee Hitlera. Jednak skoro Hitler dał pracę, to po co się mu przeciwstawiać? Wracam z fabryki, napiję się piwa, pójdę spać, wstanę, pójdę do fabryki i mam święty spokój. Co mnie obchodzi cała reszta?

Sądzę, że Hitler miał poparcie, a raczej brak powszechnego oporu, dlatego, że dał Niemcom spokój. Wystarczyło publicznie nie krytykować władzy i można było zwyczajnie sobie żyć.

Inaczej jest z Rosjanami i Chińczykami. Pierwsi wyrośli w kulcie cara, drudzy z kulcie cesarza. Mało znaczące było, że cara Mikołaja zastąpił car Stalin, a cesarza z dynastii Qing cesarz Mao Tse-Tung. Tu nie tyle miał znaczenie brak oporu, co wpojone władcopoddaństwo niezależnie jaka to władza.

Jakby to nie brzmiało obciachowo, to socjalizm w sowieckim bloku trzymał się tak długo, bo miał poparcie społeczeństw, a przynajmniej niewielu ludzi się przeciw niemu przeciwstawiało. Do 80. roku wszystkie zrywy w Polsce były na tle socjalnym, a nie politycznym. Dlatego ten sprzed 30 lat był tak wyjątkowy. Ale nawet on miał na celu reformowanie systemu, a nie jego obalenie.

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 |





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.