rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Zapewne większość ludzi nie ma emocjonalnego podejścia do tematu, w jakim wieku dzieci powinny rozpocząć edukację szkolną. Z pewnością jednak obojętne podejście nie dotyczy rodziców dzieci urodzonych w rocznikach 2007 i 2008. Nie dotyczy też tych, którym choć troszkę zależy na tym, aby zmiany w naszym - skądinąd fajnym - zakątku ziemi, przeprowadzane były z jako taką starannością.

Z tymi właśnie osobami chcę się podzielić osobistymi doświadczeniami. Dla porządku muszę zaznaczyć, że to właśnie OSOBISTE spostrzeżenia, które nie są związane z moim zawodem. Proszę tego nie czytać, jako wynurzenia zastępcy redaktora naczelnego portalu Money.pl, nie traktować jako jakiejś dziennikarskiej prowokacji, tylko po prostu są to wynurzenia rodzica.

Po co zatem prowokacyjny tytuł ze słowem powszechnie uważanym za obelżywe? Nie dla reklamy, nie dla zaciekawienia, tylko naprawdę jestem wkurwiony. Gdybym był zdezorientowany, zagubiony, zniesmaczony, to bym inaczej nazwał swoje emocje. Tymczasem używam słów adekwatnych do stanu, w jakim się znajduję.

Od początku: nie chcę rozstrzygać dylematu, w jakim wieku dzieci powinny pójść do szkoły. Nie dysponuję odpowiednim aparatem poznawczym, jak profesorowie, doktorzy i inni mądrzy ludzie, aby z nimi dyskutować. Skoro oni są podzieleni i nie są w stanie dojść do wspólnego wniosku, co jest dobre dla dzieci, to tym bardziej ja nie jestem w stanie rozstrzygnąć tego sporu. Nawet nie chcę próbować. Rzecz jest w czymś innym.

Mianowicie w tym, na jakie dylematy reforma szkolnictwa skazała rodziców. Gdy mój starszy syn chodził do żłobka, do I czy II grupy przedszkolnej, wydawało mi się, że nie ma to tak dużego znaczenia, czy pójdzie do szkoły rok wcześniej, czy w wieku 7 lat. Jest z rocznika 2007, więc jako ostatni ma możliwość wyboru. I wszystko fajnie, powinienem się cieszyć, że jeszcze mogę mieć na to wpływ.

Na tym wyborze właśnie polega przekleństwo. Jaki wybór daje mi państwo, skoro jednocześnie wszystkie mądre osoby przez nie opłacane mówią mi, że jeśli mój sześciolatek zmarnuje się w szkole przez to, że poszedł do niej za wcześnie, będzie to konsekwencja mojej niewłaściwej decyzji. Streszczając ich wywody, to ja będę winny temu, że zamiast się tam uczyć przeżył traumę i koncentrował się na jej przeżywaniu zamiast chłonąć wiedzę.

Ergo, do 2013 roku, to rodzice ponoszą odpowiedzialność za to, że ich dzieci słabo sobie radzą w pierwszych klasach. Ale już od 2014 roku, wszystkie dzieci będą sobie świetnie radzić w szkołach, bo będą miały taki obowiązek. Nie będą miały wyjścia. A jeśli sobie nie poradzą, to nie będzie już wina rodziców.

Nie potrafię tego zrozumieć, że wystarczy wydarcie jednej kartki z kalendarza i wszystko się zmieni. Zmieni się data i nagle wszystkie dzieciaki będą zaradne i bez zastrzeżeń będą się nadawały do 1. klasy. Póki co, to czy takie są, zależy od rodziców - tak twierdzi psycholog z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Takiemu psychologowi można ufać o tyle, że nie jest opłacany ani przez szkołę, ani przez przedszkole, czyli nie ma interesu w naganianiu do jednej czy drugiej placówki.

Oczywiście odpuściłbym sobie te rozważania i dla świętego spokoju puścił dzieciaka do szkoły, gdy skończy siedem lat. Problem w tym, że nie mogę iść na łatwiznę. Bowiem mam jeszcze dzieciaka z rocznika 2008 i on będzie musiał iść do szkoły w wieku 6 lat. A jak twierdzi psycholog przedszkolny, wyrządziłbym szkodę starszemu, gdybym dopuścił do tego, aby starszy z młodszym chodzili do jednej klasy.

Wiadomo, że starsze rodzeństwo to skrzywdzeni jedynacy. Jedyną dla nich rekompensatą za to, że w momencie narodzin młodszego rodzeństwa przestali być pępkiem świata jest właśnie to, że są pod pewnymi względami górą: wiedzą więcej, szybciej się uczą pewnych rzeczy, są mentorem dla młodszego. Gdy będą się uczyć w jednej klasie, to wszystkie te przewagi znikną. Będą robić to samo, uczyć się wielu rzeczy tak samo szybko, czyli starszy spadnie z piedestału i zostanie dla młodszego zwykłym rówieśnikiem. A jeśli w dodatku młodszy jest bardziej ekspansywny, to zdominuje starszego. To ponoć dla psychiki starszego bardzo niekorzystne.

Wychodzi z tego, że mogę starszego syna skrzywdzić na dwa sposoby: jeśli wyślę go do szkoły szybciej, może być w niej zagubiony i sobie nie radzić. Jeśli wyśle go później, będzie skrzywdzony do końca życia przez zrównanie go w dół z młodszym bratem. Ciekawy mam wybór, prawda?

Gdyby ktoś miał wrażenie, że wątpliwości rozwiewa wizyta w szkole, to grubo się myli. Podczas dni otwartych w jednej z podstawówek wielokrotnie usłyszałem, że niech starszy przychodzi od września do szkoły, ale do… zerówki. - "6-letnie dziecko do 1. klasy? Po co?" - pytało grono nauczycielskie. - "Dlaczego to tak przyspieszać, skoro macie jeszcze wybór."

Zapewne powinienem winić siebie, bo w końcu jestem współwinny temu, że między moimi dziećmi jest tylko rok różnicy. Dokładnie 22 miesiące, czyli prawie dwa lata, jednak rocznikowo tylko rok. Gdyby mój drugi syn urodził się 63 dni później, nie miałbym tak wielu rozterek. Byłby z rocznika 2009 i nie ważne, jaką decyzję podjąłbym ze starszym, i tak nie trafiliby do jednej klasy. Ale kto kiedykolwiek robił dzieci wie, że nie da się wszystkiego aż tak precyzyjnie zaplanować.

W tej reformie intryguje mnie również to, że o tym, czy mój 6,5-letni starszy syn (tyle będzie miał we wrześniu tego roku) nadaje się do 1. klasy, zależy od mojej decyzji popartej bądź zakwestionowanej przez przedszkolnego psychologa. Ale gdy nadejdzie wrzesień 2014 roku, to moje drugie, 5,5-letnie wtedy dziecko, będzie obowiązkowo nadawało się do 1. klasy. I to niezależnie od mojej decyzji i od rekomendacji psychologa.

Teraz 6,5 latek może się nie nadawać, ale za rok 5,5-latek będzie idealnym kandydatem na pierwszoklasistę! Jaka w tym logika pytam premiera Tuska i minister Szumilas?

Mój młodszy, z końcówki listopada, będzie chodził do klasy z dziećmi niemal o dwa lata starszymi od siebie i OBOWIĄZKOWO sobie poradzi. A starszy, ze stycznia, ma prawo sobie nie radzić, a jak sobie nie poradzi, to będą winni rodzice, którzy go za wcześnie posłali, choć przedstawiciele systemu edukacji im to odradzali.

Nie rozstrzygając, czy to jest dobra reforma, czy nie, nie jestem w stanie sposobu jej wprowadzania określić inaczej, jako wkurwiający. Kolejny raz przepraszam za ostre słowo, ale jak to inaczej nazwać?

 
 Oceń wpis
   

Chętnie bym płacił wyższe podatki, żeby nauczyciele mogli więcej zarabiać. Jednak pod jednym warunkiem: ze szkół zniknęliby niespełnieni frustraci a zostaliby tylko superbelfrzy, którym chce się uczyć i mają do tego dar.

Jednak nawet gdyby szkoły dostały dwa razy więcej pieniędzy, to śmiem twierdzić, że nic by się nie zmieniło. Do postawienia takiej tezy skłoniła mnie lektura bloga mojego zacnego kolegi oraz tekstu, który wytropił w mediach, konkretnie w Dzienniku Łódzkim.

To opis zupełnie absurdalnej sprawy. Dla tych, którym nie chciało się kliknąć w linka streszczę w dwóch zdaniach: dziewczyna popadła w nieliche tarapaty, bo ośmieliła się na blogu skrytykować część grona pedagogicznego.

Konkretnie nauczycielkę angielskiego, która zamiast uczyć angielskiego marnowała czas uczniów (i marnowała pieniądze podatników) na opowiadanie o swoich nowych tipsach, golfach, butach i diecie pączkowo-batonikowej.

Gdyby ciało pedagogiczne było takie, na które chciałbym płacić więcej, to nauczycielka angielskiego dostałaby naganę za to, że opowiada dyrdymały zamiast robić to, za co bierze pieniądze. Tymczasem to uczennica ma obniżone zachowanie i grozi jej jeszcze więzienie, bowiem ciało - a raczej cielsko - pedagogiczne złożyło doniesienie do prokuratury. Znieważony został bowiem funkcjonariusz publiczny.

Nie znam tej dziewczyny, nie znam anglistki, nie znam dyrektorki. Ale nawet przyjmując wariant, że nastolatka przegięła z krytyką a nauczycielka obiektywnie jest git, to sposób tłumienia krytyki w tej szkole jest... Nie wiem jak to nazwać, ale kojarzy mi się z totalitaryzmem.

Mało tego, wpisuje się w moje wspomnienia z okresu regularnej styczności z systemem edukacji. Zarówno w mojej podstawówce jak i w liceum ceniony był brak własnego zdania - generalnie myślenie nie było w cenie. Pupilami sporej części nauczycieli byli ci uczniowie, którzy wkuwali na blachę to, co zostało podyktowane i zapisane w zeszycie.

Podczas odpytywania opowiedzenie własnymi słowami o jakimś zagadnieniu było odczytywane jako dowód nieuctwa, a nie dowód zrozumienia tematu. A już posiadanie własnego zdania, odrębnego od tego podyktowanego, to było bliskie bezczelności (podważało opinię nauczyciela).

Nie wspomnę już o nauczycielach, którzy lubili przyłożyć. Co prawda było to w czasach, kiedy jeszcze temat godności dziecka nie był topowy, ale już nie wypadało okładać przy świadkach, więc jegomość zapraszał ucznia na korytarz i tam się z nim rozliczał (podczas lekcji klasy były pełne, korytarze puste, więc tam trudniej było o świadka). Dodam, że ja na szczęście nie oberwałem.

Ale też spotkałem na swej edukacyjnej ścieżce wspaniałych belfrów. Nie wiem, co bym dziś porabiał i kim bym był, gdybym nie trafił na wspaniałego Michała Jarneckiego, zwanego Miśkiem. Nauczyciel z zapałem, globtroter, który o zamierzchłych czasach opowiadał z równym zapałem jak o ostatniej swojej podróży. I można było z nim podyskutować jak równy z równym, bo nie dawał poznać, że wcale nie byliśmy mu równi.

I było jeszcze kilku, ale ci, o których ciepło myślę, to naprawdę niezbyt poważny odsetek wszystkich nauczycieli, których poznałem.

I szczerze, mogę płacić więcej i popierać podwyżki dla nauczycieli, ale niech mi ktoś zagwarantuje, że moi synowi w swoich wspomnieniach będą mieli odwrotne proporcje. A jak dyrektorka ich szkoły się dowie, że zatrudnia kiepskiego nauczyciela, to go zwolni zamiast wsadzać do więzienia ucznia, który nie ceni walorów pedagogicznych tipsiary.

 
 Oceń wpis
   

Różowy jest obciachowy - to nowa (przynajmniej mi wcześniej nieznana) akcja mająca na celu oddodowanie i odrutowiczowanie dziewczynek. Jak pisze Gazeta, to polski odpowiednik brytyjskiej akcji Pink Stinks. Tłumaczenie nie jest dosłowne, bo zdaniem inicjatorek obciach lepiej oddaje ideę akcji niż brzydki zapach.

Oczywiście nie chodzi o niechęć do samego koloru, ale do tego, co ten kolor symbolizuje i z czym się wiąże. Każdy, kto próbował kupić prezent dziewczynce wie, o co chodzi. Niemal nie sposób znaleźć nic poza różowymi lalkami w różowych domkach, które mają słodkopierdzące różowe koniki, których łby (główki?) patrzą na klientów ze sklepowych półek spojrzeniem rozgotowanej ameby skrzyżowanej z dinozaurem.

A dziewczynki chcą takich prezentów, bo takie są reklamowane, takie mają koleżanki i dla nich róż nie jest obciachem, tylko obciachem jest brak pink ponies, najlepiej w każdym rozmiarze, kształcie, płaczące, sikające, rodzące dzieci/źrebaki, itd.

Moimi ulubionymi zabawkami są klocki Lego, póki co jeszcze Duplo, i niestety nawet tu, w seriach adresowanych dla dziewczynek, dominuje kolor różowy.

Jednym z lepszych (tak mi się przynajmniej wydaje) prezentów, który kupiłem siostrzenicy, była ruletka. Obecnie to gra niepoprawna politycznie, ale to było w czasach sprzed afery hazardowej. Gra się podobała, więc jest już nieco zużyta, ale to świadczy tylko o tym, że prezent był trafiony. A przy innych okazjach dawane koniki leżą zakurzone. Bo ile można czesać takiego stwora?

Nie sposób jednak nie kupować takich prezentów - prezent ma cieszyć, a skoro akurat teraz modne są różowe małe lalki, które od wcześniej popularnych dużych różnią się wielkością, to żeby sprawić dziecku radość, trzeba kolejną do kolekcji dorzucić.

Oczywiście to nieprawda, że nie ma innych zabawek dla dziewczynek, ale znacznie trudniej je kupić, a przede wszystkim wychowane w otoczeniu różu nie chcą ich.

Akcja Różowy jest obciachowy skierowana jest przede wszystkim do rodziców, aby dali swoim córkom szansę. Zapewne to bardzo trudne, ale można próbować je tak wychować, żeby idolką nie była Doda, czy nie daj Boże Jola Rutowicz.

A dlaczego warto próbować? Zobaczcie sami (długie to, ale dla Jana Nowickiego warto):

 
 Oceń wpis
   

Cieszy, że urzędnicy potrafią wyjść poza sztampę. Zamiast drukować ulotki, których nikt nie czyta, forsuje swoje idee tak, aby trafiły do jak najszerszych kręgów. Przynajmniej tak działa Ministerstwo Edukacji Narodowej - postanowiło promować przedszkola w popularnych serialach. Ich bohaterowie będą przekonywać, że edukacja maluchów jest potrzebna.

Resort szczególnie chce dotrzeć do rodziców spoza dużych aglomeracji i zmieniać ich nastawienie do placówek oświatowo-wychowawczych. Pomysł, aby zrobić to przez seriale - M jak miłość ogląda nawet dziewięć milionów osób - wydaje się świetny i wart trzech czwartych miliona złotych (roczny koszt utrzymania przedszkola na sto dzieci).

Urzędnicy jednak nie odpowiedzieli sobie na zasadnicze pytanie: po co to robić?

Według PWN-u promocja to działania zmierzające do zwiększenia popularności jakiegoś produktu lub przedsięwzięcia. Jednak jaki jest sens zwiększania popularności produktu deficytowego?

Dotychczas promocje deficytowych towarów były specjalnością dużych sieci handlowych z elektroniką i sprzętem AGD. Wydają one sporo pieniędzy, aby potencjalni klienci dowiedzieli się, że jest promocja na telewizory. Nie dodają tylko, że te tanie są dwa.

Sensem takiego działania jest ściągnięcie ludzi do sklepu z nadzieją, że jeśli nie będzie telewizora za półtora tysiąca, to może kupią inny za dwa i pół. I chyba musi to działać, skoro takie chwyty stosują od lat.

Jeśli promocja MEN-u wygląda analogicznie, to czemu ma służyć? Po co wzbudzać zainteresowanie rodziców systemem edukacji przedszkolnej? Żeby się dowiedzieli, że nie ma w nim miejsca dla ich dzieci?

Wychodzi na to, że to kampania na rzecz prywatnych placówek. Przekonani przez seriale rodzice przy próbie zapisania dziecka do przedszkola nabędą wiedzę, że mogą liczyć tylko na prywatne placówki za 900 złotych miesięcznie, bo w publicznych za 400 nie ma miejsc. Co któryś rodzic się skusi i biznes będzie się kręcił.

Nasuwają się kilka wątpliwości: dlaczego prywatne przedszkola promowane są za pieniądze podatnika? Czy MEN rzeczywiście chce płacić za to, żeby serialowa Baśka czy Małgosia z M jak miłość powiedziała mężowi: Wiesz, ta sąsiadka, która zapisała dziecko do przedszkola, to ma szczęście! Kilka osób zrezygnowało i w kolejce ze 169 miejsca przesunęła się na 148.

- O to super, rzeczywiście szczęściara. A ile jest wolnych miejsc w tym przedszkolu?

- Czternaście.

 
 Oceń wpis
   

Przedstawiłem ostatnio pięć punktów, dlaczego pracobiorcy-rodzice są lepszymi pracownikami od bezdzietnych. Od czasów Mojżesza się przyjęło, że powodów musi być 10, tak samo jak rad, przyczyn, przykazań.

Dlatego dziś kończę wątek i podaję brakujących pięć przyczyn, dlaczego warto zatrudniać pracowników-rodziców:

6. Pewną część populacji dopada czasem dolegliwość zwana popularnie kacem. Co robi bezdzietny pracownik? Dzwoni do szefa i informuje, że wziął urlop na żądanie. Co robi rodzic? Przychodzi do pracy dwie godziny wcześniej, żeby wyjść z domu zanim wstaną dzieci, włączą śpiewającego misia, kwaczącą kaczkę, samolot doskonale imitujący dźwięk, który słyszy osoba stojąca przy startującym F-16.

7. Poza tym osoby z dziećmi rzadziej mają kaca, choć często mogą sprawiać wrażenie wczorajszych. Jaka dla firmy jest różnica, czy mają skacowanego bezdzietnego, czy chronicznie niewyspanego rodzica? Otóż zasadnicza. Kiedy rodzic w firmowym aucie zaśnie za kierownicą i skasuje brykę, to firma otrzyma za nią odszkodowanie. Gdy to samo zrobi osoba, z której nie uleciały jeszcze promile, niestety - czysta strata.

8. Rodzic częściej wymyka się z biura, aby zawieźć dziecko do lekarza, na szczepienia, albo zadzwonili z przedszkola, że ma złamaną rękę i rozcięty łuk brwiowy.
Jednak nigdy nie wyjdzie z pracy wcześniej dlatego, że już się napracował i jest zmęczony, bo w domu czeka na niego jeszcze gorsza robota. Nigdy też nie wyjdzie wcześniej z powodu nagłego bólu głowy czy złego samopoczucia, bo nie zamieni przyjaznego biura na domowe wrzaski pociech.

9. Rodzic ma bez liku sztywnych wydatków - posługując się żargonem resortu finansów. Nie może przyoszczędzić na przedszkolu, niani, pieluchach, lekach, itd, itp. Luzak może odmówić sobie jednej imprezy, czy jednego wyjazdu ze znajomymi. Dlatego motywacja do ciężkiej pracy i zdobywania premii jest nieporównywalna.

10. Szczęśliwy, zrealizowany pracownik to dobry pracownik. A czy kino, teatr, imprezki, szalone wyjazdy, mogą dać więcej szczęścia niż małe wrzeszczące szkodniki?

 
 Oceń wpis
   

CZĘŚĆ I

Nie mogłem pojąć mody, której ulegli niektórzy pracodawcy, na wspieranie zatrudnionych w firmie matek i ojców. Zapewne wzięła się z czasów gospodarczej hossy - na rynku pracy zabrakło bezdzietnych dyspozycyjnych fachowców, więc zaczęli doceniać tych obciążonych potomstwem.

Na łamach tego bloga nie poruszałem jeszcze tematów z dziedziny HR, ale najwyższy czas naprawić to zaniedbanie.

Po analizie sytuacji dostrzegłem, że pracodawcy ceniący rodziców, mają w tym interes. Niby dzieci to przeszkoda w poświęcaniu się dla firmy, ale:

1. Gdy zostaje się rodzicem, poniedziałek z najbardziej znienawidzonego dnia tygodnia staje się najpiękniejszym. Pracownik-rodzic wstaje z uśmiechem na twarzy i radośnie idzie do pracy. Po spędzeniu 48 godzin z dziećmi, aż łaknie chwili wytchnienia w biurze. Pracownik z takim nastawieniem jest znacznie bardziej wydajny od tego, który cierpi z powodu końca weekendu, narzeka, że zbyt krótki, że nie chce mu się pracować, że tak fajnie było, itp.

2. Bezdzietny pracownik może być sfrustrowany, że szef na niego nakrzyczał. Nie ma nic gorszego, niż napięcia na linii podwładny-szef. Natomiast dla rodzica krzyk szefa to pieszczota dla uszu w porównaniu z dźwiękami, których doświadcza po pracy. Traktuje go jak wstęp do rzeczowej dyskusji.

3. Osoba bezdzietna, a tym gorzej bez partnera, ciągle ma jakieś plany, z kimś się umawia, chodzi na koncerty, przesiaduje w pubach. Perspektywa delegacji budzi opór. Pracownik z potomstwem może jedynie narzekać, dlaczego tylko na dwudniową delegację został wysłany.

4. Pracownik bez zobowiązań może się unieść honorem i rzucić wypowiedzeniem w najmniej korzystnym dla firmy momencie. Jeśli firma pracownika-rodzica mieści się w okolicach żłobka lub przedszkola, nie zmieni on prędko pracy, nawet gdyby miał lepszą propozycję na drugim końcu miasta (w której nie ma jednej z wyżej wymienionych placówek).

5. Pracownika-rodzica częściej może nie być w pracy. Przysługuje mu tak zwana opieka, gdy dziecko jest chore. Dzieci często chorują. Jednak nie do końca to zmniejsza liczbę nieprzepracowanych dni w roku. Bo gdy pracownik bez dzieciaków źle się czuje, to bierze L4 i poleguje w łóżku, zamiast powiększać PKB. Natomiast rodzic, nawet z czterdziestostopniową gorączką, przyjdzie do pracy, bo szybciej wróci do zdrowia nad firmowym biurkiem niż w domowym łóżku z dziećmi biegającymi po głowie (dosłownie).

P.S. W takich tekstach zawsze musi być dziesięć punktów, dlatego ciąg dalszy nastąpi.

 
 Oceń wpis
   
Jesteś bezrobotnym mieszkańcem popegeerowskiej wsi pod Rzeszowem? Zostań tam i żyj z tego, co da ci opieka społeczna. Jeśli zaczniesz szukać szczęścia gdzie indziej, to czekają na ciebie kłopoty. Taki jest w Polsce system - chcesz żyć spokojnie i bez problemów, to powinieneś umrzeć tam, gdzie się urodziłeś. Uściślając powinieneś żyć i umrzeć tam, gdzie jesteś zameldowany.

Nie sądziłem, że z wpisu Prezydent Wrocławia dzieci nie lubi zrobi się serial - ale stało się. Kontynuacja nastąpiła na łamach Money.pl w komentarzu Wygodni urzędnicy i głupie prawo. Okazuje się, że o wciąż obowiązującej komunistycznej ustawie meldunkowej można pisać w nieskończoność, a jeśli do tego dołoży się podejście władz miasta Wrocławia, które z wielką gorliwością stosują absurdalne przepisy, to wychodzi przepis na komedię.

Specyficzna to komedia, bo publiczność rwie włosy z głowy zamiast się chichotać, za to pęka ze śmiechu towarzysz Gierek (ustawa pochodzi z lat 70.) wraz z towarzyszem Dutkiewiczem (prezydentem Wrocławia, który każe urzędnikom ustawę wybiórczo stosować).

Dlaczego znów o tym piszę? Dziś dowiedziałem się, że dziecko mojego kolegi nie pójdzie do przedszkola, bo nie jest zameldowane w tym zacnym grodzie. A więc jego mama (od lat z mężem mieszkająca w stolicy Dolnego Śląska) do pracy zapewne nie pójdzie, co za tym idzie nie będzie płacić podatków.

Jest dobra wiadomość: urzędnicy podlegli towarzyszowi Dudkiewiczowi nie zawsze są konsekwentni w stosowaniu ustawy meldunkowej. Wykorzystują jej zapisy, gdy im wygodnie.

Mój inny znajomy, o którym wcześniej pisałem, wcale nie będzie musiał dowozić dziecka do szkoły z Wrocławia do Kędzierzyna-Koźla (130 km). Proponowali mu to urzędnicy, ale w ostatniej chwili się rozmyślili i łaskawie dziecko przyjęli do wrocławskiej podstawówki mimo braku meldunku w tym mieście.

O co więc chodzi? Nie wiadomo. Wniosek jest jednak taki, że człowiek w Polsce jest przywiązany do ziemi jak chłop pańszczyźniany. W dodatku wcale nie wierzę, że to się zmieni. Choć premier Donald Tusk zapowiedział zniesienie obowiązku meldunkowego, nigdy do tego nie dojdzie. Trudne będzie nawet zliberalizowanie PRL-owskiego prawa.

Urzędnicy stwierdzą, że bez ustawy meldunkowej bałagan straszny się zrobi, policja doda, że zwiększy sie przestępczość i spadnie wykrywalność, kościół uzna, że ksiądz nie trafi po kolędzie, a Poczta Polska udowodni, że nie będzie mogła wydawać listów poleconych.

Ostatecznie wyjdzie na to, że prawo trzeba będzie zaostrzyć. Może więc lepiej ustawy nie ruszać, a my nie ruszajmy się z miejsca zameldowania.

P.S. Więcej o absurdach wynikających z ustawy meldunkowej pisała moja koleżanka w tekście Obowiązek meldunkowy - kosztowny absurd.
 
 Oceń wpis
   
Osoba aktywna zawodowo, to dla miasta zysk. Dziecko osoby aktywnej zawodowo, to dla miasta koszt. Dlatego Wrocław stawia na prężnych, bezdzietnych mieszkańców. Tych z potomstwem raczej zniechęca do pracy, a przynajmniej do mieszkania we Wrocławiu.

Wrocław rozpoczął w ubiegłym roku kampanię zachęcającą emigrantów do powrotu do kraju, a precyzyjniej do zamieszkania we Wrocławiu. Ponoć są tutaj niesamowite możliwości. Można robić karierę zarabiając konkretne pieniądze. Jednak Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia, zachęcając emigrantów do powrotu, zapomniał wspomnieć, żeby dzieci zostawili w Londynie.

We Wrocławiu bowiem gro rodziców pozbawionych jest możliwości oddania dziecka do żłobka lub przedszkola. Takie instytucje obciążają budżet miasta, więc liczba miejsc jest ograniczona i przywilej zapisania pociechy przysługuje tylko wybranym.

Poniekąd słuszna to polityka prezydenta Dudkiewicza. Trzeba ciąć wydatki, żeby były pieniądze na inwestycje. Trzeba dbać o wpływy - czyli o jak największą liczbę firm działających w mieście i jak największą liczbę osób aktywnych zawodowo. Część podatków od firm i ich pracowników zasila miejską kasę.

Jednak polityka nie dbania o dzieci powoduje to, że ubywa osób aktywnych zawodowo - a rąk do pracy brakuje. We Wrocławiu nie zarabia się aż tyle - a przynajmniej większość mieszkańców nie zarabia tak dobrze - żeby z dwóch pensji opłacić opiekunkę dla dziecka i jeszcze żeby starczyło na życie. Wiele rodzin decyduje się więc - skoro nie mogą oddać dziecka do żłobka i przedszkola - że jedno z rodziców, najczęściej mama, rezygnuje z pracy i zajmuje się dziećmi.

To ekonomicznie słuszna decyzja. Po co pracować, skoro całą pensję oddaje się opiekunce? Zresztą warto przypomnieć, że przedszkola też wcale nie są tanie. Opłaty wraz z wyżywieniem i dodatkowymi zajęciami to wydatek rzędu 400-500 złotych miesięcznie. Ale to i tak znacznie mniej niż opiekunka (pracująca oczywiście na czarno, bo legalne zatrudnienie jest już zupełnie bezsensowne).

Tak więc można odnieść wrażenie, że Rafał Dutkiewicz zachęca emigrantów, aby przyjechali do Wrocławia, ale bez dzieci.

Jednak jak jacyś durni emigranci nie zdecydują się zostawić dzieci w Anglii i przywloką je ku utrapieniu władz do Wrocławia, to jedno z rodziców musi siedzieć w domu. Z całym szacunkiem dla wrocławskich pensji, nie utrzymają się. Zatem jedno z nich wraca do Londynu zarabiać na rodzinę siedzącą we Wrocławiu. Ale jaki to ma sens? Jaka z tego korzyść dla miasta?

Panie Prezydencie, gdybym był emigrantem zarobkowym, to nie przekonałby mnie Pan do przyjazdu do Wrocławia. Jeśli już w ogóle chciałbym wracać, to wybrałbym Warszawę. Oczywiście miasto brzydsze, ale pensje znacznie lepsze. Jest większy wybór prywatnych przedszkoli, na które pewnie byłoby mnie stać.

A swoją drogą - nawet mimo słabego funta - po co ma ktoś rezygnować z dobrze płatnej pracy i z angielskiego socjalu na rzecz miasta, w którym dzieci nie są mile widziane, komunikacja zbiorowa to dramat nad dramaty, a samochodem też się nie da jeździć?

Może przed następną akcją zachęcającą do czegokolwiek, niech ludzie prezydenta przygotują mu jakieś argumenty. Pewnie będzie mu łatwiej przekonać choć jedną osobę. Nie samym PR-em człowiek żyje.

P.S. Wpis ten powstał po wysłuchaniu opowieści kolegi, który stara się o miejsce w przedszkolu dla córki. O jedno z 25 miejsc walczy z kilkuset innymi rodzicami. Pisząc ten tekst przypomniała mi sie sytuacja innego kolegi, który usiłował zapisać dziecko do żłobka. Żony obu kolegów nie pracują.

P.P.S. Wcale nie jestem przekonany, czy państwo i miasto powinny zapewniać i dotować miejsca w żłobkach i przedszkolach. Tylko niech politycy - lokalni i centralni - publicznie nie ubolewają nad złą sytuacja demograficzną i niech nie robią obłudnych PR-owych akcji zachęcających emigrantów do powrotu. Może dzięki takim akcjom miasto można wypromować w kraju, ale wśród mieszkańców pozostaje niesmak.

P.P.P.S. Bardzo lubię Wrocław, ale mimo to coraz częściej zastanawiam się, dlaczego tutaj mieszkam.
 





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.