rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Pewnego wieczoru usłyszałem dwa wystrzały. Znów sól tej ziemi, nadzieja przyszłych pokoleń, strzela z kapiszonów lub puszcza petardy - pomyślałem.

U mnie na dzielni to dość popularna rozrywka, która nie ma nic wspólnego z Sylwestrem. Na przełomie roku jedynie się nasila, ale ludzie tu lubią sobie postrzelać bez okazji. Jak się okazało nie tylko z kapiszonów.

Parę dni później dowiedziałem się, że wtedy nie słyszałem kapiszonów, tylko prawdziwe wystrzały z prawdziwych pistoletów. Co ciekawe, pojedynek okazał się remisowy. Dżentelmeni, którzy do tego stopnia różnili się w poglądach, że aż została rzucona rękawica, nie żyją. Obaj. Skutecznie się nawzajem postrzelili.

Poruszony takim wydarzeniem na mojej ulicy oczywiście na ten temat zagaiłem rozmowę ze spotkanym w windzie sąsiadem. Ten widząc, że jestem trochę przejęty, stanął na wysokości zadania i uspokoił mnie: Wie pan, to były dranie, naprawdę nie ma kogo żałować.

Od razu spłynął na mnie spokój. W końcu sąsiad dłużej tu mieszka ode mnie (nie wiem, jak długo, ale gdy się wprowadziłem, to już tu był i nawet sprawiał wrażenie zasiedziałego).

Czym ja się przejmuje? - pomyślałem. Naturalna selekcja drani to rozwiązanie... naturalne. Gdyby któryś przeżył, to byłoby gorzej - znaczyłoby, że przetrwał większy drań, czyli postępuje eliminacja miętkich, gorzej strzelających, posiadających gorszą broń, gorszy refleks, itp. Wkrótce zostaną tylko największe dranie.

Tak więc uspokojony tym, że nie trzeba się przejmować strzelaniną, skoro jej efekt jest korzystny dla środowiska naturalnego, żyję sobie spokojnie dalej.

---

P.S. Powyższy wpis dotyczy wydarzeń archiwalnych, ale dopiero po upływie czasu mogę pisać o epizodach z mojego podwórka. A po strzelaninie wydarzyło się jeszcze coś, o czym nie omieszkam niebawem wspomnieć na chocholim blogu.

 
 Oceń wpis
   

Pozwala choćby nabyć nowych umiejętności! Jak pokonać odległość 40 centymetrów, aby wyjechać spod krawężnika na środek ulicy. Nie wiedziałem, że jest wiele wariantów, ale eksperymentuję, podglądam sąsiadów i zdobywam kolejne sprawności - jak w harcerstwie.

Najskuteczniejsze jest odgarnięcie śniegu, więc kupiłem saperkę. Po złożeniu mała, można ja wozić w aucie przez cały rok, a znakomicie pomaga w trudnych warunkach. Choć przez to, że jest mała, to trzeba się sporo namachać. Więc wzorem kolegi, kupię jeszcze normalną szuflę, którą będę woził w aucie tylko zimą.

Wreszcie też wiem, po co wymieniłem opony na zimowe.

Moje podwórko typowe dla zakazanej dzielni, w której mieszkam, wreszcie wygląda ładnie. Takie czysto-białe.

Można się przekonać, że ludzie wbrew powszechnym narzekaniom są życzliwi - wypchną auto z mikrozaspy, przy której nawet saperka się nie sprawdza. Można też lepiej się poczuć i dowartościować wypychając kogoś. Świadomość, że jednak nie jest się złym człowiekiem, skończonym egoistą, pomaga przetrwać gorsze z braku słońca samopoczucie.

Poza tym, zima to jednak zima i dziwnie jest w styczniu włączać klimatyzację - co mi się zdarzyło bodajże w 2007 lub 2008 roku. Było dość ciepło i jeszcze słońce przygrzało, więc w aucie zrobiło się gorąco.

Oczywiście nieco mnie niepokoi, że zapewne będę miał dopłatę za ogrzewanie oraz m.in. z moich podatków idzie fortuna na odśnieżanie ulic. Ale cóż - za skuteczną walkę z ociepleniem klimatu trzeba płacić. Swoją drogą nie spodziewałem się, że przyniesie ona tak szybkie rezultaty.

Na koniec zostawiłem koronny argument przemawiający za tym, że ta zima jest cudowna: bardzo, ale to bardzo będziemy się cieszyć z wiosny! W tym roku bez wątpienia zauważymy, że nadeszła.

 
 Oceń wpis
   

Miałem tę historię opowiedzieć dawno temu, ale brakowało mi pointy. Teraz ją mam, więc nawijam: wyszedłem na balkon zapalić papierosa i widzę, że na podwórku pali się śmietnik (nie ten, w którym później leżała głowa sąsiadki). Wezwałem straż pożarną.

Około 30 sekund po zakończeniu rozmowy usłyszałem w oddali syrenę. Po dwóch minutach straż była na mojej ulicy. Pomylili podwórka i pobiegli sprawdzić, czy pali się na przeciwko. Zdezorientowani wrócili na ulicę, zapytali przechodnia i wbiegli na właściwe. Tam naocznie stwierdzili, że się pali i zadysponowali, aby wóz wjechał.

O dziwo tej nocy wjazd nie był zastawiony i wielki wóz strażacki mógł się dostać na podwórko.

Efekt był taki, że sześć minut od wezwania, śmietnik był już gaszony.

Sześć minut wystarczyło, aby strażacy zajęli się płonącymi śmieciami. Strażacy są od tego, aby ratować nie tylko życie, ale również mienie, a zapewne taki kontener sporo kosztuje.

I wszystko w porządku, gdyby nie przygoda, która mnie spotkała kilkanaście tygodni wcześniej. Szedłem późnym wieczorem z psem, a jakaś pani siedząca na schodach kamienicy nieopodal mojej plomby, zagadnęła mnie, czy mam przy sobie komórkę.

Nie wyglądała na osobę, która kroi komóry, więc przyznałem, że mam. Poprosiła, abym zadzwonił na pogotowie i powiedział, że ona tu siedzi i chyba ma złamaną nogę, bo bardzo boli i nie może chodzić.

Spytałem, czy długo tu siedzi. Powiedziała, że ze czterdzieści minut minęło od czasu, gdy poprzedni uprzejmy przechodzień na jej prośbę dzwonił i ona teraz mnie prosi, abym zapytał, czy kiedyś ktoś po nią może przyjedzie.

Więc dzwonię.

Pani z pogotowia mówi, że zupełnie niepotrzebnie, bo ona ma to zgłoszenie i jak będzie wolna karetka, to przyjedzie. To ja mówię, że ta pani chyba dość mocno cierpi (jakoś tak stękała żałośnie) i jak tak dłużej posiedzi, to może z nogą się jej nie pogorszy, ale może dostanie zapalenia płuc (wieczór był chłodny).

Mówię też, że może ta pani nie nadaje się na wzorowego członka klubu AA, ale jest na tyle trzeźwa, aby wiedzieć, czy ją boli, czy nie i czy bardzo, czy tylko troszkę. Poza tym, alkohol ma działanie znieczulające, więc w przypadku tej pani ból musi być dość silny, skoro mimo spożycia cierpi mocno.

Pani z pogotowia powiedziała, że to wszystko rozumie, ale nie ma wolnej karetki, a jak będzie miała, to wyśle.

Mocno zdruzgotany się czuję. Śmieci na ratunek czekają sześć minut, a człowiek po czterdziestu minutach dowiaduje się, że pomoc nawet nie jest w drodze.

No i dawno bym to opisał, ale nie wiedziałem, jaki wniosek z tego płynie. Opowiedziałem w pracy tę historię i zaraz podsunięto mi trafną pointę: ta pani powinna się podpalić! Już po sześciu minutach nadjechałaby pomoc.

Tak więc drogi Czytelniku, jeśli cokolwiek Ci się przytrafi: dostaniesz zawału, rozbijesz głowę, złamiesz kończynę - szybko się podpal!

P.S. Podsunięto mi też drugą pointę: ta historia wyjaśnia, dlaczego strażaków wszyscy lubią, a pogotowia - nie.

 
 Oceń wpis
   

- Tatusiu, dlaczego policjanci grzebią w śmietniku? - pyta synek widząc przez okno, jak umundurowani panowie przeczesują śmieci.

- Szukają głowy pani, która mieszkała w kamienicy obok.

- A dlaczego głowa tej pani jest w śmietniku?

- Czasem tak się mówi, że ktoś stracił głowę. Ta pani właśnie straciła głowę.

- Ale co znaczy stracić głowę?

- Tak się mówi, jak ktoś nie wie, co ma robić.

- Ta panie nie wiedziała, co ma robić?

- W jej przypadku głowę oddzielił od tułowia jej synek.

- Jak to oddzielił?

- Wziął siekierę i odrąbał.

- A dlaczego?

- Sąsiedzi mówią, że był chory.

- Ale jak ja jestem chory, to nie oddzielam mamy głowy od reszty mamy.

- Ten pan był inaczej chory. Taka choroba nazywa się schizofrenią. W dodatku ponoć ten pan brał narkotyki.

- A co to jest schizofrenia i co to są narkotyki?

- Schizofrenia to taka choroba głowy. Chory nie zawsze wie, co robi, a przez narkotyki wie jeszcze mniej. Dostaje małpiego rozumu.

- I skacze po gałęziach, jak małpki w zoo?

- Nie, ćwiartuje swoją mamę.

- Co znaczy ćwiartuje?

- Rąbie ją na małe kawałeczki, oddziela mięso od kości, pakuje do worków i wyrzuca po troszku do śmietnika.

- I teraz policja szuka tych kawałeczków?

- Tak, już prawie wszystkie znalazła, tylko głowy brakuje.

- A jak znajdzie głowę, to pani cała wróci do domku?

- Nie już nie wróci, bo nie da się porąbanego człowieka poskładać z powrotem tak, aby dalej mógł chodzić i iść do domku, tak jak chodził przed porąbaniem.

- To co teraz będzie?

- Synek tej pani pewnie nie wróci do domku, bo resztę życia - mam nadzieję - spędzi w szpitalu, takim specjalnym, zamkniętym, z którego nie wyjdzie. Jego mamusia też nie wróci do domku.

- I co będzie?

- Zwolni się jedno mieszkanie komunalne. Władzie miasta się ucieszą, bo kolejka czekających na takie lokum się skróci.

- I to wszystko?

- I to wszystko synku. Przynajmniej do czasu, aż zwolni się następne mieszkanie.

Takiej rozmowy z synem oczywiście nie miałem, bo nawet ten starszy jest zbyt mały, aby zadawać takie pytania. Gdyby mój syn był starszy, oczywiście powiedziałbym mu, że dobrzy policjanci pomagają sąsiadce w poszukiwaniu kluczy, które zgubiła i nie może wejść do domu. Ale co miałbym mu powiedzieć, gdyby zobaczył głowę pani sąsiadki?
Kupując mieszkanie w dziwnej dzielnicy trzeba liczyć się z tym, że dzieci będą zadawać trudne pytania. Trzeba też się liczyć z tym, że nigdy samego dziecka nie wypuści się na podwórko, bo nie wiadomo - choćby koledzy, z którymi się bawi, byli fajni - kogo może spotkać.
Kupując mieszkanie w takiej okolicy, nie wszystko przewidziałem. Ale nie tracę głowy.

P.S. Przepraszam, że linkuję do Faktu, ale inne media lakonicznie opisały sytuację, a Fakt, jak to Fakt, dość obrazowo.

 





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.