rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Nie byłem pewien, czy ja, nędzny robaczek, powinienem polemizować z Celebrytą-Filozofem, ale jednak się pokuszę. Tym bardziej, że szanowny Filozof żyje z tego samego co ja, czyli z praw autorskich. Nie chcę brnąć w szczegóły umowy handlowej ACTA, w które też nie brnie Jacek Żakowski, obecnie guru polskiego internetu, ale chcę się zmierzyć z jego argumentami (z którymi zapoznasz się tutaj).

I wcale nie chodzi o polemikę Żakowskiego z Donaldem Tuskiem (o której przeczytasz tu). Z przykrością muszę przyznać, że premier ma sporo racji. Z czego żyłby Jacek Żakowski, gdyby nie własność intelektualna?

Czy gazety płaciłyby mu za teksty, gdyby chwilę po publikacji kradłyby je serwisy lepiej spozycjonowane w góglu i czytelnicy właśnie tam (a nie w Polityce, nie na polityka.pl, nie w Gazecie Wyborczej ani na gazeta.pl czy wyborcza.pl) je czytali?

Przeciwnik ochrony własnych tekstów mógłby popaść w tarapaty, gdyby okazało się, że wydawcom nie opłaca się płacić za jego twórczość, skoro inni mają ją za darmo i dobrze na tym zarabiają nie ponosząc żadnych (domyślam się, że wcale nie małych) kosztów.

Oczywiście to tylko teoretyczne rozważania, bo ACTA niczego nie zmienia w unijnym i polskim prawie i nawet prawnicy ZAiKS-u przyznają, że polskim twórcom w wyniku podpisania tej umowy handlowej nie przybędzie ani grosza. Tak więc redaktor Żakowski, ja, Doda i informatycy będą się mieli tak samo dobrze (lub źle) jak teraz niezależnie od tego, czy ACTA zostanie podpisana, czy nie.

Bardzo jednak rozbawiły mnie argumenty Żakowskiego. Zacytuję fragment (korzystam z prawa cytatu, więc nie łamię obowiązującego prawa ani umowy ACTA):

Zwolennicy ACTA powołują się na prawa twórców do wynagrodzenia, bez którego twórczości podobno nie będzie, jak finansować. Ale ludzkość sporo dzieł stworzyła, nim kilkadziesiąt lat temu wymyślono "własność intelektualną". Chopin, Beethoven, Chaplin, Beatlesi, Picasso, małżeństwo Curie tworzyli przed finansjalizacją. Ludzie płacili za koncert, nuty, książki, obrazy, odkrycia. Potem mogły one krążyć, być reprodukowane i udostępniane swobodnie. Dopóki między twórcą a odbiorcą nie było korporacji, której jedynym celem jest wynik finansowy. Przypominam, że więcej tutaj.

Wielcy twórcy w epoce, gdy nie istniało pojęcie własności intelektualnej, pochodzili z majętnych rodzin i tantiema - nawet gdyby istniały - nie miałyby wpływu na ich status materialny lub mieli mecenasów: książąt, hrabiów, królów, cesarzy. Pozostali żyli w nędzy.

Pytanie, czy w ogóle powrót do tamtych czasów jest możliwy? Żeby dziś w Polsce książę miał pieniądze na finansowanie artystów, to chłop musi oddać mu ziemię i odrabiać pańszczyznę. Do takiego absurdu prowadzi rozumowanie Jacka Żakowskiego.

Kolejne pytanie, czy twórcy mają żyć w nędzy i tworzyć tylko dla idei, czy tworzyć mogą tylko bogaci z domu? A może mecenasów ma zastąpić państwo? Powinien powstać komitet przy ministerstwie kultury opiniujący, których twórców ma finansować? Dodę czy Annę Marię Jopek? Niech nikt nie domaga się pieniędzy za swoją twórczość, bo ci zatwierdzeni przez specjalistów artyści i tak dostana pensje od państwa - znając poglądy Jacka Żakowskiego, to taki model mógłby mu się spodobać.

Przyczepiłem się jednego akapitu tekstu redaktora Żakowskiego, bo jest on najbardziej absurdalny. Szczególnie bawi wymienienie Beatlesów. Troszkę brakuje wyjaśnienia, dlaczego autor uważa, że są oni z epoki przed finansjalizacją twórczości. Niby dzięki sprzedaży nut i biletów John Lennon znalazł się - według Forbesa - w pierwszej piątce najlepiej zarabiających nieżyjących artystów (z kwotą 17 mln dolarów)? Dlaczego mp3 zespołu The Beatles można KUPOWAĆ na iTunes, skoro ten zespół zarabia tylko na sprzedaży nut?

Lubię czytać ludzi, którzy mają opinie odmienne od moich - bo po co czytać to, co się wie i z czym się zgadza - ale cenię sobie też rzetelną argumentację. Jej brak skłonił mnie do polemiki z guru internautów. Także to, że mam przeczucie graniczące z pewnością, że Jacek Żakowski umowy handlowej ACTA nie przeczytał. Stanowisko Jacka Żakowskiego można również próbować wyjaśnić tym, że na prawach autorskich zarobił już tyle, że teraz są mu one obojętne. Stać go na to, aby pisać za darmo. Mam nadzieję, że przynajmniej za wspomniany tekst nie pobrał honorarium.

 
 Oceń wpis
   

Za szminkę trzeba zapłacić 500 złotych po to, żeby jej producent miał z tej kwoty 250 złotych na marketing, aby przekonać konsumentki, iż warto za szminkę zapłacić 500 złotych. Bo jak bez skutecznego marketingu za pół tysiąca upchnąć coś, czego wyprodukowanie kosztuje 22 złote?

Nie jest łatwo sprzedać produkt, którego wytworzenie kosztuje niewiele ponad dwadzieścia złotych, za 500. To wymaga wiele zabiegów, a te kosztują. Więc trzeba ponieść duże koszty, żeby drogo sprzedawać. Bez tych kosztów można by sprzedać dużo taniej i zarobek pozostałby bez zmian, ale nie byłoby otoczki luksusu.

Portal Platine.pl opisuje kulisty powstawania produktów z najwyższej półki. Aby drogo sprzedawać tanie produkty trzeba je odpowiednio ometkować i stworzyć otoczkę niezwykłości. Wbrew pozorom nie jest to proste. Stworzenie ekskluzywnej marki od zera jest czasochłonne i kosztowne, a kupienie jej jest tylko kosztowne, za to bardzo. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, jak tanie w produkcji są luksusowe dobra.

Oczywiście za marką coś stoi. Jak wynika z publikacji Pauliny Pacuły, torebki za sześć tysięcy złotych są naprawdę dobrze zrobione, nawet te szyte w Chinach. Nie zmienia to faktu, że koszt jest powstania to maksymalnie 60 złotych.

Jednak najbardziej zbulwersowały mnie informacje o drogich kremach przeciwzmarszczkowych (choć ich nie stosuję, bo mam to szczęście, że starzeję się jak wino albo jak Sean Connery), które są tak samo skuteczne, albo nawet mniej (sic!) od tych taniej. Płacić dużo więcej za gorszy produkt, to już jest niemoralne, czyli to szczyt marketingowego sukcesu.

Na razie nie z wyboru, ale z przyczyn obiektywnych, nie jestem odbiorcą produktów luksusowych. Jednak gdyby kiedyś przyczyny obiektywne ustały, to po lekturze Platine nie będę ich kupował z wyboru. Wszystko ma swoje granice. Dla mnie. Bo dzięki innym branża dóbr luksusowych będzie się miała wyśmienicie.

 
 Oceń wpis
   

MenStream.pl donosi, że ubywa wódki w wódce. To samo donosi pani sklepowa w monopolowym na mojej dzielni. Ostrzegała mnie, że kupując Cytrynówkę płacę tyle samo za mniej procentów. Była oburzona, bo choć wódki w wódce jest mniej, to w hurtowni musi za nią płacić tyle samo, więc i mi musi sprzedać mniej wódki w wódce za dawną cenę.

Jako znany w pewnych kręgach miłośnik smakowych wódek, szczególnie Żołądkowej Gorzkiej, byłem oburzony, że producent, któremu może w pojedynkę nie zapewniam utrzymania, ale jednak dorzucam skromne ziarenko do jego zysku netto, tak mnie roluje.

Nie chodzi o to, że wódka z pomniejszonym voltarzem jest gorsza. Nie zaobserwowałem również, aby jej właściwości kinetyczne były inne. Jednak nie podoba mi się taki nieelegancki sposób na zwiększanie zysków. Jestem przekonany, że zdecydowana większość konsumentów nie zdaje sobie sprawy, że kupuje za te same pieniądze inny produkt. A producent zarabia więcej, bo płaci mniejszą akcyzę. Jej wysokość zależy właśnie od zawartości wódki w wódce.

Przynajmniej mam życzliwą panią sklepową, która lojalnie uprzedziła, że kupuję coś innego. Nie każdy konsument ma tyle szczęścia. Nie wierzę też w wyjaśnienia polmosu, że dolewają mniej spirytusu ze względu na kubki smakowe klientów. Ponoć słabsza Cytrynówka bardziej im smakuje.

Badanie zawartości alkoholu w alkoholu jest niemal
tak doniosłym eksperymentem, jak badanie zawartości cukru w cukrze:

Po pierwsze, w smaku nie ma istotnej różnicy, po drugie, gdy producent zmienia smak na lepszy, to informuje o tym klientów. Na etykietach pojawia się krzykliwy napis "Nowość", czy bardziej światowo: "New", albo bardziej opisowo: "Teraz nowy, lepszy smak".

A zmiana o dwa punkty procentowe w przypadku Cytrynówki nastąpiła cichaczem. Zmieniła się tylko cyferka na etykiecie. Zero komunikacji z klientami.

Dobry PR-owy przekaz w takiej sytuacji wyglądałby tak: Rynek jest trudny i wymusza różne nietypowe działania. Staraliśmy się dla dobra klientów utrzymać jakość produktów nie podnosząc cen. Dlatego zdecydowaliśmy się na obniżenie zawartości alkoholu. Takie posuniecie pozwoliło nam utrzymać atrakcyjne ceny, a jednocześnie smak naszych alkoholi pozostał niezmieniony.

Gdybym coś takiego usłyszał, to wykazałbym się ze zrozumieniem. Ale jeśli po raz kolejny słyszę, że ktoś mnie kroi dla mojego dobra, to czuję się zniesmaczony.

O zmianach nie zdążyłem porozmawiać z sąsiadem, wielkim miłośnikiem Cytrynówki. Zresztą to on mi zachwalał ten trunek i dzięki niemu go spróbowałem. A teraz nawet nie wiem, czy zdaje sobie sprawę, że pije nieco inny napój. A sąsiad nie jest zwykłym konsumentem. Zaczepiony przez innego sąsiada podczas wychylania w bramie małpki cytrynówki odpowiedział: Tylko nie pijaku! Jestem koneserem!

 
 Oceń wpis
   

Czy można coś zrobić, aby policja zaczęła wykonywać swoje obowiązki? Wystarczy jej ekstra zapłacić! Tak zrobił Wrocław i raptem za 70 tysięcy złotych kupił usługi stróżów prawa. Teraz w godzinach szczytu stoją oni na głównych skrzyżowaniach i pilnują, aby kierowcy nie wjeżdżali na nie, jeśli nie zdołają ich opuścić. Ma do zmniejszyć niebotyczne korki.

Najciekawsze jest właśnie to, że wrocławska policja nie robi tego w ramach swoich obowiązków, tylko za dodatkową opłatą. Na razie nie ma stawek za inne usługi, ale przydałby się cennik za patrolowanie osiedli. Mieszkańcy się zrzucą.

Sam pomysł, aby policja pilnowała kierowców na skrzyżowaniach (i jeszcze surowo karała matołów), jest bardzo dobry. Tylko nie rozumiem, dlaczego trzeba za to płacić?

Władze miasta są jednak zdesperowane, bo w godzinach szczytu wszystko stoi. Od wielu lat nie udaje się namówić kierowców, aby przesiedli się do komunikacji zbiorowej.

Przekonywanie wygląda tak, że w ścisłym centrum zamyka się dla aut kolejne ulice i likwiduje bezpłatne miejsca parkingowe, a nawet tych płatnych jest mało. Mimo to kierowcy nie poddają się. Dlaczego? Bo komunikacja miejska działa tragicznie. Nie sposób przewidzieć nie tylko kiedy, ale czy w ogóle dotrze się do celu.

Samochodem jest nieco drożej, ale trochę szybciej, no i ma się do dyspozycji więcej miejsca niż siedem centymetrów kwadratowych w zatłoczonym tramwaju. A będzie gorzej, bo kończy się sezon rowerowy i wielu przesiądzie się z jednośladów do autobusów albo do samochodów.

Wracając do skomercjalizowanej policji: miasto znalazło pomysł, jak sfinansować dodatkowy wydatek. Na wielu skrzyżowaniach sygnalizacja świetlna jest tak zaprogramowana, że praktycznie zmusza pieszych do przechodzenia na czerwonym świetle - przynajmniej tych o temperamencie innym niż flegmatyczny. Kto zna plac Grunwaldzki zwany rondem Reagana wie, o czym piszę. Dla nieznających małe wyjaśnienie: to tor świetlnych przeszkód. Żeby przejść na drugą stronę ulicy, trzeba pokonać trzy sygnalizacje, przy czym ich synchronizację można nazwać czerwoną falą. Zajmuje do dobrych kilka minut.

Żeby było śmieszniej, to pod rondem zrobiono przejście podziemne. Z tym, że ktoś, kto je projektował, zdaje się że nie miał informacji, jak wygląda skrzyżowanie na górze. I jest przejście wzdłuż ulicy, zamiast w poprzek. Krótko mówiąc, prowadzi znikąd do nikąd. To taka inwestycja władz miasta na zasadzie: wrocławianie patrzcie, my też potrafimy zbudować przejście podziemne (choć nie zadaliśmy sobie pytania, po co?). Na szczęście pozostałe przejścia podziemne w mieście, mimo że z czasów pełnego absurdów PRL-u, są pożyteczne dla pieszych.

Po krótkim opisie kontynuuję: ludzie tu nie wytrzymują i przechodzą na czerwonym najczęściej wtedy, kiedy nic nie jedzie. Więc miasto obok tych wykupionych policjantów, postawiło strażników miejskich. Ci wlepiają mandaty niecierpliwym przechodniom. A że jest ich dużo, to w ten sposób zapewniają finansowanie policjantów. Tak naprawdę do rozliczeń nie jest nawet potrzebny system bankowy i przepływy finansowe pomiędzy magistratem a policją, bo strażnik pieniądze od pieszego może od razu dać do ręki wynajętemu policjantowi.

Nie będzie trudno uzbierać 70 tysięcy złotych. Wystarczy złapać 700 osób. Żeby strażnicy wyrobili normę, muszą przez miesiąc (tylko w dni robocze) łapać po 35 osób dziennie. Da się zrobić, tym bardziej że grasuje ich na skrzyżowaniu minimum czterech.

Dzięki tak przemyślanej samofinansującej się akcji mieszkańcy stolicy Dolnego Śląska mogą być dumni, że właśnie u nich władza stworzyła takie perpetuum mobile.

To recepta dla władz innych miast, których budżety są dziurawe:

>>> programujcie sygnalizacje świetlne tak, aby zmuszać pieszych do przechodzenia na czerwonym,
>>> budujcie przejścia podziemne wzdłuż ulic, aby były bezużyteczne,
>>> na tak przygotowanych skrzyżowaniach stawiajcie strażników miejskich, a oni zarobią nie tylko na usługi policjantów, ale na modernizację kolejnych skrzyżowań.

Nastąpi efekt kuli śniegowej - najpierw kilka, później kilkanaście, a następnie kilkadziesiąt skrzyżowań będzie pracować na dobrobyt polskich miast i miasteczek.

 
 Oceń wpis
   

Znów pogoda taka, że tylko pić lub czytać. Albo pić i czytać jednocześnie. Więc poczytałem sobie i dowiedziałem się z Onetu, że biblijne plagi spowodowane zostały przez wybuch wulkanu. Prawdopodobnie była to erupcja wulkanu Santorini datowana na 1,5 tysiąca lat przed naszą erą.

Obecnego winowajcy pogody w Polsce nikt nie nazywa po imieniu, bo się nie da. Jego nazwy też nie napiszę, bo nie umiem, a głupio mieć na blogu jedenaście błędów w jednym słowie.

A klimatolodzy między innymi islandzki wulkan obwiniają o to, co się dzieje. Im więcej pyłu w atmosferze, tym większe chmury i większe opady - wyjaśniał w Money.pl prof. Krzysztof Błażejczyk, klimatolog z Polskiej Akademii Nauk.

Sprawa jest prosta: woda w Nilu zrobiła się czerwona przez pył wulkaniczny. Mógł on spowodować zakwit wody, przez który nastąpił deficyt tlenu, pojawiły się też toksyny, itd. Skoro woda stała się niebezpieczna, to żaby wyszły na ląd. Później padły (pozbawione naturalnego środowiska) i ekosystem został zachwiany. Stąd plaga komarów, much, szarańczy i choroby roznoszone przez te latające paskudztwa (pomór bydła). Wulkan mógł też sprawić anomalie pogodowe, brak urodzaju, ulewne deszcze, gradobicia.

Temat plag egipskich stał mi się bliski, bo narasta we mnie niepokój. Żydzi przynajmniej mieli swojego Mojżesza, który powiedział im, chodźmy stąd i poszli. Polacy nie mają nikogo, kto by im zaproponował zbiorową przeprowadzką w lepszy klimat. Nawet wybory tego nie zmienią, bo żaden z kandydatów nie mówi, chodźmy stąd. A być może to jest właśnie jedyne hasło, które zagwarantowałoby wyborczy sukces.

 
 Oceń wpis
   

Kierowca zatrzymany do rutynowej kontroli wypada z samochodu po otwarciu drzwi, które podpierały jego bezwładne ciało. Jest jednak na tyle trzeźwy, że podaje policjantom dokumenty. Te są w porządku, więc funkcjonariusze drogówki pomagają nieszczęśnikowi wsiąść do auta. Ten nie jest w stanie trafić kluczykiem w stacyjkę, więc życzliwi stróże prawa pomagają mu odpalić samochód i życzą szerokiej drogi.

Nie kazali mu dmuchać w balonik, bo nie muszą. Wprowadzenia obowiązku sprawdzania alkomatem każdego kierowcy przy każdej kontroli dopiero domaga się platformerski poseł Henryk Siedlaczek.

A skoro się domaga, to znaczy, że policja nie sprawdza kierowców. Stąd wnoszę, że rutynowe kontrole wyglądają tak, jak opisana na wstępie. Jak się policjantowi zachce, to sprawdzi, jak nie, to nie - pozwolą pijanemu jechać dalej.

Nie jest bowiem możliwe, że policjant pracujący w drogówce nie pozna po kilku chwilach rozmowy, że zatrzymany jegomość jest pod - choćby niewielkim - wpływem.

A nawet jeśli nowy przepis zostanie wprowadzony, to nie wierzę, że przyniesie on jakiekolwiek pozytywne efekty. Po pierwsze dlatego, że na jednej zmianie partol skontroluje mniej kierowców, bo kontrole będą dłuższe a po powrocie na komisariat dłużej trzeba będzie się rozliczać z użycia alkomatu.

Nietrzeźwi nie przestaną z powodu pomysłu posła Siedlaczka wsiadać za kółko także dlatego, że co ich obchodzi, czy kontrola trzeźwości jest obowiązkowa czy uznaniowa, skoro są przekonani, że wcale nie zostaną zatrzymani do kontroli!

Patroli - poza szczególnymi akcjami - jest tak mało, że można przejechać kraj nie fatygowanym przez drogówkę wzdłuż i wszerz, po drodze wytrzeźwieć, napić się i znów wytrzeźwieć.

Regularnie zdarza mi się jeździć przez pół dużego miasta w piątki, w godzinach wieczornych i nawet późno wieczornych. Przejeżdżam przez centrum miasta i tym samym przez centrum gastronomiczno-rozrywkowe. I przez ostatnich kilka lat nie tylko nie zastałem ani razu zatrzymany do kontroli, co ani razu nie widziałem patrolu.

Więc naprawdę jest mi obojętne, czy patrol, którego nie ma, ma obowiązek skontrolować moją trzeźwość, czy nie.

Z jeżdżeniem pod wpływem alkoholu jest jak z każdym innym przestępstwem bądź wykroczeniem. Skoro przestępca ma przekonanie, że nigdy nie zostanie złapany, to nie odstraszy go ani wysokość kary, ani dodatkowe obowiązki nakładane na policję.

Z innej beczki: czy wprowadzenie domniemania, że każdy kierowca jest pijany, oznacza, że państwo ma prawo dowolną grupę społeczną potraktować jak domniemanych przestępców? Czy kolejnym krokiem nie będzie wprowadzenie zasady, że każdy pijak to złodziej? Konieczne stanie się wprowadzenie obowiązku rewizji mieszkania każdego zatrzymanego nietrzeźwego obywatela w celu sprawdzenia, czy nie przetrzymuje fantów! 

 
 Oceń wpis
   

Wprowadzenie zakazu palenia w pubach, restauracjach, knajpach i innych klubokawiarniach to łamanie praw palaczy - argumentują zwolennicy dymka. Skoro papierosy są legalne, to nie powinno się ograniczać praw palaczy - dowodzą również.

Gdzie było ich oburzenie, gdy wprowadzano zakaz picia również legalnego alkoholu pod chmurką? Dlaczego podoba im się to, że palacze od pijących mają lepiej? Choć palić nie można wszędzie, to wszędzie można wyroby tytoniowe nabyć. Można je kupić nad jeziorem, przy kościele, obok szkoły a nawet na dworcu kolejowym. A alkoholu nie.

Pijący są bardziej szykanowani, a nikt nie staje w ich obronie. Gdy uchwalane są kolejne obostrzenia przepisów, nie słyszy się o posłach zgłaszających łagodzące poprawki. A przecież picie jest mniej uciążliwe dla otoczenia, bo opróżniając kieliszek przy barze nie truję nikogo poza sobą, a wypalając papierosa jak najbardziej.

Dlaczego zatem szykany wobec palaczy napotykają na opór, a pijących można dręczyć?

Odpowiedź na to pytanie może okazać się prosta: czyżby ustawodawca działał na zasadzie skoro dużo płacisz - możesz wymagać, albo inaczej: nasz klient - nasz pan. Palacze w minionym roku zapłacili rządzącym 14,5 mld zł, a pijący ledwie 10 miliardów. To wpływy z akcyzy od wyrobów nikotynowych oraz suma wpływów z akcyzy od piwa wina i wódki.

Podobnie jak w sklepie lub barze: lepiej traktowany jest stały klient, który zostawia 150 złotych od tego, co płaci 100 zł (oczywiście nie sugeruję, że Sejm to sklep z ustawami). Nawet jeśli ten pierwszy gorzej pachnie, to może liczyć na specjalne względy.

Żeby pijący mogli wymagać takiego traktowania jak palacze, muszą więcej pić. Tak o połowę więcej. Jak z ich picia budżet zyska jeszcze z pięć miliardów złotych, wtedy może liczba obrońców praw pijących wzrośnie i posłowie koalicji rządzącej zaczną zgłaszać poprawki łagodzące surowe prawo antyalkoholowe.

Zatem: zdrowie posłów i za pomyślność budżetu!

 
 Oceń wpis
   

Policji nie stać na programy antywirusowe, więc komputery nie będą chronione - dawno w mediach nie było tak pozytywnych wieści o policjantach. Dlaczego pozytywnych? Wynika z nich, że na komisariatach zaszły niebotyczne zmiany i wreszcie mamy nowoczesną służbę.

Pierwszy wniosek z tej informacji jest taki, że policja ma komputery. Drugi, że są one podłączone do internetu. Trzeci, że funkcjonariusze ich używają, bo przecież wyłączony sprzęt nie może zostać zainfekowany wirusem.

Funkcjonariusz siedzący w komisariacie przed komputerem - nawet bez programu antywirusowego - to budujący widok. Szum wiatraczków chłodzących procesory zamiast stukotu maszyn do pisania. Piękny obrazek! Jak to dobrze, że obraz policji znanej z seriali można teraz oglądać w prawdziwych komisariatach.

Kilka lat temu, ale już w XXI wieku, miałem okazję składać zeznania. W komisariacie, w pokoju, w którym rozmawiałem z funkcjonariuszem, stał komputer (jeden na trzy biurka) oraz maszyna do pisania (sztuk: jeden). Policjant jednak dzielnie spisywał moje zeznania ręcznie, bo maszyny używał akurat kolega, a komputer - wszystko na to wskazywało - służył jako zegar. Po monitorze jeździła aktualna godzina. Taki wygaszacz ekranu. Sam komputer wyglądał na taki, który nie jest zdolny się z niczym połączyć, więc żaden wirus nie był mu straszny.

Dlatego ucieszyło mnie, że teraz policjanci mają problem z oprogramowaniem. Nie traktowałbym tego, jako efektu niedofinansowania, ale wręcz przeciwnie - efekt unowocześniania policji, a raczej wprowadzenia jej - choć z dużym opóźnieniem - w XXI wiek.

Nie histeryzowałbym też z powodu braku programów antywirusowych. Jakiż to wirus odważy się zaatakować stróżów prawa? A hakerzy? Bezsens, bo przecież szanujący się haker nie będzie atakował niechronionych komputerów, bo to wstyd! Koledzy z branży wyśmialiby go przecież.

 
 Oceń wpis
   

Skoro kataryna nie napisała zupełnie NIC kontrowersyjnego, a stała się sławna, to ja postanowiłem jej dorównać.

Dotychczas, w swojej skromnej karierze, zostałem pozwany tylko raz i na skromne dwa miliony złotych, więc liczę, że syn ministra Czumy przebije stawkę i pozwie nie choćby na 2,1 mln.

Tamten pozywający mnie i rednacza jegomość, chciał dla siebie zaledwie jedną trzecią kwoty. Reszta miała iść na cele dobroczynne. Tak więc niech Czuma junior pamięta, że jak mnie pozwie i wygra, to niech całej kwoty nie przepitoli na spłatę długów, tylko niech część odda na biedne dzieci.

A za co mnie ma pozwać?

Za wierszyk niech mnie pozwie:

Czy Czuma wie, co to zaduma?
Niech pozwie Chochoła,
A ten mu w sądzie wywoła,
Co znaczy mieć fioła.

Mieć na nazwisko Czuma,
To wielka duma!
Jednak łatwo dumę,
Zamienić w dżumę.

Kataryna rymów nie układała,
A i tak sławna została.
Wystarczy, że skomentowała,
Co gazeta i tak udokumentowała.

Wiec sądźmy się za rymy,
Bo i tak personaliów kataryny nie ustalimy.
Niech Chochoł zamiast niej będzie sławny,
Bo przynajmniej rym zapodaje składny.

Ale mi się poskładało :)))

 
 Oceń wpis
   

Nie rozumiem dwóch rzeczy: dlaczego prezydent, nawet jeśli jest alkoholikiem, miałby zrezygnować z pełnionej funkcji, a druga sprawa, to o co - poza rozgłosem - chodzi Palikotowi?

Załóżmy, że Palikot ma rację. I co z tego? Palikot, gdyby żył w innych czasach i w innym kraju domagałby się od Churchilla rezygnacji z funkcji premiera?

Nawet jeśli Winston Churchill nie był alkoholikiem, to za kołnierz nie wylewał. Różne źródła podają rozbieżne informacje, co lubił najbardziej, ale nie jest istotne, co pił człowiek uznany za najwybitniejszego Brytyjczyka w historii, ale ile. A ponoć niemało.

Jego okołoalkoholowe powiedzenia stały się klasyką. Pewna kobieta na przyjęciu miała powiedzieć do Churchilla: Pan jest kompletnie pijany! To skandal! Ponoć brytyjski premier miał odpowiedzieć: A Pani jest brzydka i to się nie zmieni. Natomiast ja jutro wytrzeźwieję. (cytuję z pamięci - nie pamiętam źródła).

Co prawda, nasz prezydent z takich powiedzeń nie zasłynął, co nie oznacza, że nie pije. Ale o co cała ta afera? Jeśli Lech Kaczyński lubi sobie wypić, to powinien odpowiedzieć Palikotowi, że owszem, lubię.

Jestem przekonany, że prezydent zyskałby w sondażach, dzięki takiemu wyznaniu. Ja bym pomyślał: swój chłop. Poza tym takie wyznanie odbrązowiłoby postać prezydenta. W dodatku zagrałby na nosie Palikotowi, któremu raczej nie zależy, aby sondażowe słupki rosły prezydentowi.

Udokumentowany niejednokrotnie został fakt, że poprzednik Lecha Kaczyńskiego lubi sobie wypić. I co? Nic! Wciąż jest popularnym politykiem. Kolejne rządy za jego dwóch kadencji konsekwentnie dążyły do członkostwa Polski w NATO i Unii Europejskiej. Nie zawsze trzeźwy prezydent nie dość, że w tym nie przeszkadzał, to nawet pomagał.

W kraju natomiast zdobył sobie opinię prezydenta koncyliacyjnego.

Jeśli zatem nasz prezydent pije, to co z tego? Nie wierzę, aby decyzje o tym, czy podpisać jakąś ustawę zapadały bez jego świadomości.

Jedno mnie natomiast dziwi. Dlaczego o pijaństwie ma świadczyć zakup małych buteleczek alkoholu? Jeśli ktoś lubi sobie popijać niewielkimi łyczkami, to znacznie praktyczniejsza jest piersiówka. Po co ktoś za prezydentem ma nosić siatkę z buteleczkami (przecież takie podzwanianie na pewno byłoby wychwycone przez telewizyjne mikrofony i dopiero byłaby afera), skoro głowa państwa może mieć w kieszeni marynarki piersiówkę?

A swoją drogą, to czemu się dziwić, że prezydent lubi sobie wypić (jeśli rzeczywiście lubi)? Gdyby do mnie codziennie dzwonił prezes PiS-u, w moim imieniu wypowiadał się Kamiński albo Kurski, to też bym się napił. A gdyby koleżankami mojego brata były panie Sobecka i Kempa, to piłbym codziennie.

P.S. Informacje o zakupach alkoholi przez kancelarię prezydenta nieco mnie rozczarowały. Była mowa o zakupach whisky, koniaku i czegoś tak jeszcze. Ani słowa o Żołądkowej Gorzkiej :(

A tak chciałbym poczuć z prezydentem więź smakową.

 
1 | 2 | 3 | 4 |





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.