rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Miało być kryzysowo, konkretnie z zapowiedziami wielu przykrych reform. I udało się! Będzie gorzej, czyli będzie lepiej dla budżetu i gospodarki.

Niektóre zmiany brzmią jednak sensowne, mimo że polegają na zabieraniu podatnikom pieniędzy. Szczególnie te, dotyczące polityki prorodzinnej. Donald Tusk zapowiada zabranie becikowego dobrze zarabiającym oraz takie zmiany w uldze prorodzinnej:

  • rodzice jednego dziecka nie zostaną pozbawieni ulgi, jeśli ich dochody mieszczą się w I progu podatkowym. Pozostali stracą;
  • rodzice dwojga dzieci: bez zmian, ci z II progu odliczą tylko za jedno dziecko;
  • trójka dzieci: za trzecie i kolejne dzieci wyższa ulga.

Sprawa dla mnie jest jasna - rodziny, które zarabiają na tyle dużo, że stać ich bez wyrzeczeń na utrzymanie jednego dziecka, nie maja ulgi. Nowy system premiuje posiadania więcej niż jednego dziecka. Natomiast nie motywuje biednych do produkcji kolejnych, bo jak ktoś mało zarabia, to nie pomniejszy podatku, bo ulga za trzecie dziecko spowoduje, że nie będzie płacił podatku PIT wcale.

O becikowym nie warto pisać, warto jednak o bardziej drastycznych zmianach. Kobiety i mężczyźni pracować będą do 67. roku życia. W zamian świadczenia będą wyższe. Biorąc pod uwagę, że mężczyźni średnio żyją około 70 lat a kobiety 80, to szczególnie płeć mniej ponętna będzie musiała intensywnie cieszyć się życiem wesołego staruszka, aby zdążyć się nacieszyć.

Paniom - mimo o siedem lat dłużej pracy - zostanie trochę więcej czasu na popijanie leków tropikalnymi sokami w cieniu palm.

Korzyści dla systemu emerytalnego są niewątpliwe. Dla ludu pracującego… no cóż, mniej wyraziste. Wyobraźnie mam dość bogatą, jednak nie widzę siebie za 30 lat komentującego ze stoickim spokojem posunięć rządu. Bardziej w chodzi w grę jakaś ciepła posada gdzieś na stróżówce.

Ale linia rządu jest generalnie dobra: należy ustalić wiek emerytalny na takim poziomie, aby mieć pewność, że spora część świadczeniobiorców nie dociągnie.

Znacznie mniej kontrowersji budzi zapowiedź likwidacji bądź ograniczenie przywilejów dla mundurowych, górników, zmiany w KRUS (tu zapewne bez radykalnych posunięć). Dawno już to trzeba było zrobić.

Bardziej kontrowersyjne jest podniesienie składki rentowej o 2 punkty procentowe po stronie pracodawców. To podnoszenie pozapłacowych kosztów pracy, czyli zmniejszanie konkurencyjności gospodarki. Składka rentowa powinna być podniesiona po stronie pracowników. To oznaczałoby spadek pensji netto, ale takie uderzenie po kieszeniach miałby większy sens, choć oczywiście na pewno przysporzyłoby sympatyków władzy. Ale jak zabierać, to na całego!

 
 Oceń wpis
   

Komu jeszcze może zabrać minister Rostowski? Pod zajawką tekstu wrzuconą na Facebooka, w którym wymienialiśmy tych, którzy mają więcej niż inni, pan Krzysztof napisał, że zapomnieliśmy wymienić dziennikarzy. Bo przecież mają 50-procentowe koszty uzyskania przychodów, zatem de facto płacą prawie o połowę niższy PIT niż pozostali.

Jest w tym sporo racji. Tzn. pan Krzysztof racji nie ma, że jest to przywilej dziennikarzy - dotyczy to wszystkich, którzy zarabiają na podstawie umowy o dzieło, poza pismakami między innymi naukowców i artystów. Ma natomiast rację twierdząc, że ten - można by rzec - przywilej, może zostać zlikwidowany.

Skoro szef finansów rozpaczliwie szuka pieniędzy, możliwe jest podniesienie składki rentowej (obniżenie pensji netto), to dlaczego nie zlikwidować 50-procentowych kosztów uzyskania przychodów? To cecha charakterystyczna dla umów o dzieło. Pracując na umowę zlecenie, obowiązują 20-procentowe koszty uzyskania przychodu.

O co chodzi? Dziennikarz, któremu za tekst zapłaciła redakcja 100 złotych, dostaje teraz z tej kwoty 91 złotych. Gdyby był rozliczany tak samo, jak pracujący na umowę zlecenie, dostałby 84 złote.

Temat likwidacji 50-procentowych kosztów uzyskania przychodu jest stary. Pierwsze propozycje takich zmian pamiętam z końcówki ubiegłego wieku. Skoro pojawiają się od tak dawna, to w końcu zostaną wprowadzone. Wcześniej argumentem było to, że ten przywilej jest nadużywany i celem oszukania fiskusa, w niektórych sytuacjach także ZUS-u, zamiast umowy zlecenia jest podpisywana naciągana umowa o dzieło. Teraz argumentem może być po prostu nadchodzący kryzys.

Oczywiście w tym temacie - jako strona zainteresowana - nie mogę być obiektywny. Chcę jednak podkreślić, że sprawa nie jest zero-jedynkowa. Tak samo jak koszty uzyskania przychodu przy umowie zlecenie. Dlaczego tam jest 20, a nie 15 lub 25 procent? Dlaczego w umowach o dzieło jest 50 procent, a nie 40 lub 70? Diabli wiedzą. To zryczałtowane koszty. Ktoś wymyślił, że ma być 20 i 50 i tak jest.

Żeby zarobić 100 złotych, czasem dziennikarz siada i pisze nie ponosząc żadnych kosztów. Innym razem musi pojechać do rozmówcy, wykonać wiele telefonów i żeby napisać tekst musi wydać 60 złotych, aby zarobić 100. Wtedy koszty uzyskania przychodu są wyższe, bo wynoszą 60 procent, a nie ustawowe 50. Taki urok ryczałtu.

Mam to szczęście, że mój pracodawca jest porządny i zatrudnia mnie na normalnym etacie, bez żadnych sztuczek. Jednak likwidacja wyższych kosztów uzyskania przychodów uderzy w rzeszę dziennikarzy, którzy mają etat w wysokości minimalnej pensji, a resztę wynagrodzenia pobierają jako wierszówkę. Z reguły wierszówki te są nędzne, więc dla nich ma to duże znaczenie, ile z tego trafia do nich na rękę.

Ale ci nie są jeszcze w najgorszej sytuacji. Najgorzej mają bowiem ci, którzy pracują tylko na umowie o dzieło. Nie mają etatu, nie mają opłacanego ZUS-u ani składek na NFZ. Nie płacą tego sami, bo zarabiając 2 tysiące trudno jeszcze wysupłać blisko 900 złotych na ubezpieczenia. To rzesza ludzi poza systemem, którzy w przypadku poważniejszej choroby są skończeni finansowo.

Oczywiście nie odeprę argumentu, że nikt im nie kazał wybierać takiego zawodu. Ale z drugiej strony może lepiej, że jednak coś robią zamiast siedzieć na zasiłku.

Chciałbym uniknąć biadolenia, za to bardzo podkreślić, że rzeczywistość nie jest taka prosta: dziennikarze mają lepiej, to im zabierzmy. Bo zabierzemy garstce krezusów, którzy zarabiają kilka razy więcej niż wynosi średnia krajowa, ale przy okazji masie, która ledwo jest w stanie się utrzymać. Rynek pracy w tej branży jest bardzo trudny.

A paradoksalnie, dziennikarze łatwo dają sobie zabierać. Byliśmy zdaje się jedyną grupą zawodową, która nie protestowała, gdy odbierano nam prawo do przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Skoro pisze się o tym, że trzeba takie przywileje likwidować, to potem głupio stwierdzić, że tak, zabierać, ale innym, a nie nam.

Mimo to z całą pewnością z zaangażowaniem będziemy relacjonować protesty artystów i naukowców :)

 
 Oceń wpis
   

Za szminkę trzeba zapłacić 500 złotych po to, żeby jej producent miał z tej kwoty 250 złotych na marketing, aby przekonać konsumentki, iż warto za szminkę zapłacić 500 złotych. Bo jak bez skutecznego marketingu za pół tysiąca upchnąć coś, czego wyprodukowanie kosztuje 22 złote?

Nie jest łatwo sprzedać produkt, którego wytworzenie kosztuje niewiele ponad dwadzieścia złotych, za 500. To wymaga wiele zabiegów, a te kosztują. Więc trzeba ponieść duże koszty, żeby drogo sprzedawać. Bez tych kosztów można by sprzedać dużo taniej i zarobek pozostałby bez zmian, ale nie byłoby otoczki luksusu.

Portal Platine.pl opisuje kulisty powstawania produktów z najwyższej półki. Aby drogo sprzedawać tanie produkty trzeba je odpowiednio ometkować i stworzyć otoczkę niezwykłości. Wbrew pozorom nie jest to proste. Stworzenie ekskluzywnej marki od zera jest czasochłonne i kosztowne, a kupienie jej jest tylko kosztowne, za to bardzo. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, jak tanie w produkcji są luksusowe dobra.

Oczywiście za marką coś stoi. Jak wynika z publikacji Pauliny Pacuły, torebki za sześć tysięcy złotych są naprawdę dobrze zrobione, nawet te szyte w Chinach. Nie zmienia to faktu, że koszt jest powstania to maksymalnie 60 złotych.

Jednak najbardziej zbulwersowały mnie informacje o drogich kremach przeciwzmarszczkowych (choć ich nie stosuję, bo mam to szczęście, że starzeję się jak wino albo jak Sean Connery), które są tak samo skuteczne, albo nawet mniej (sic!) od tych taniej. Płacić dużo więcej za gorszy produkt, to już jest niemoralne, czyli to szczyt marketingowego sukcesu.

Na razie nie z wyboru, ale z przyczyn obiektywnych, nie jestem odbiorcą produktów luksusowych. Jednak gdyby kiedyś przyczyny obiektywne ustały, to po lekturze Platine nie będę ich kupował z wyboru. Wszystko ma swoje granice. Dla mnie. Bo dzięki innym branża dóbr luksusowych będzie się miała wyśmienicie.

 
 Oceń wpis
   

Kolejni buntownicy domagają się dyskusji, demokratyzacji, zmian i tym podobnych fantasmagorii w Prawie i Sprawiedliwości. Po co im to? Dlaczego przez tyle lat rządy silnej ręki im nie przeszkadzały?

Prezes Jarosław Kaczyński był dobry, mimo że władał partią w tym samym stylu co dziś, bo dawał szansę wygranych wyborów. Członkowie partii byli w stanie wiele znieść w zamian za profity płynące ze sprawowania władzy.

Teraz dzięki niemu PiS przyjął opcję wiecznego opozycjonisty. Jedyna szansa na władzę, to wygrana z wynikiem ponad 50 procent. Na to jednak się nie zanosi, a każde inne zwycięstwo nie daje władzy, bo partia straciła wszelką zdolność koalicyjną.

Kurski, Ziobro i inni nie chcą dalej znosić prezesa, bo nie mają w tym już żadnego interesu. Jedynym profitem może być jeszcze dobre miejsce na liście wyborczej. Jednak jeśli ktoś ma ambicje być ministrem, rozdzielać posady zaskarbiając sobie wdzięczność i lojalność partyjnych kolegów, to bycie za wszelką cenę dożywotnim opozycyjnym posłem nie satysfakcjonuje go. Jest pokusa, aby zrobić jakiś manewr. Stąd brak lojalności. Przecież prezes się nie zmienił, zawsze był taki sam.

Pretekst jest dobry, trzeba rozliczyć wyborczy wynik. Wiadomo, jak musi się skończyć takie wyzwanie rzucone prezesowi w twarz. I wcale nie jest to zarzut wobec PiS-u, bo każda partia buntowników wyrzuca. Najmniej jest ich w partii rządzącej, bo zwyczajnie tam jest najmniejsza motywacja do wychylania się. Zbyt dużo można stracić. Ale i w PO się zdarza, a gdy ta stanie się opozycyjna, to może być prawdziwa fala buntów.

Swoją drogą, sprawa z księdzem Bonieckim pokazała, że partie przypominają zakony. Jest reguła i nie można inaczej mówić niż szef, nawet jeśli mówi się mądrzej.

PiS ma poważny problem, bo Jarosław Kaczyński nie jest w stanie doprowadzić partyjnych działaczy do władzy, a z drugiej strony PiS to Jarosław Kaczyński i bez niego ugrupowanie nie może liczyć na przyzwoity wynik w wyborach. Bez Kaczyńskiego nie da się wejść do Sejmu, a z Kaczyńskim nie da się dojść do władzy.

Ciekaw jestem, jaki koncept na przyszłość mają ziobryści? Są zbyt doświadczonymi politykami, aby powtarzać drogę PJN-u, a nie jestem przekonany, czy powtórzą drogę Palikota. Ten konkurował ze słabym SLD, a oni muszą z mocnym PiS-em i niezastąpionym prezesem. Nie mogą tworzyć PiS-bis, ale raczej nową jakość. Ciekawe, czy za cztery lata wyborcy będą pamiętać, kim jest Ziobro i Kurski, a nawet jeśli, to czy wycenią ich inicjatywę na ponad pięć procent.

 





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.