rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Pisząc o tym, że miałem do czynienia z produktem firmy Volvo, czyli posiadałem francusko-szwedzko-duński samochód, doszedłem do wniosku, że Szwedzi wpadli w szwedzką pułapkę.

Będąc w Sztokholmie nie widziałem zbyt wielu pojazdów, takich jak mój. Większość Szwedów kupuje bowiem to, co szwedzkie. A skoro francusko-szwedzko-duński samochód jest produkowany poza Szwecją, to znaczy, że nie jest szwedzki, a zatem nie jest wart zainteresowania.

Dla Szwedów godne zaufania są produkty wytworzone przez rodaków. Dlatego kupowali modele Volvo z górnej półki, które były nie tylko zaprojektowane w Szwecji, ale również tam wytworzone.

Dlatego cenią Volvo i Saaby. Swego czasu Szwecja była krajem, który miał najgorszy wśród rozwiniętych krajów zachodniej Europy przeciętny wiek użytkowanego samochodu. Nie oznaczało to jednak, że jeździli złomem. Po prostu ich Volvo i Saaby były tak dobre, że nie było sensu zbyt często wymieniać, tym bardziej, że nie są tanie.

Szwedzka pułapka polega na tym, że Szwedzi najchętniej kupują szwedzkie, ale produkcja w ich kraju jest bardzo droga, dlatego przenoszą ją do tańszych miejsc, ale wtedy produkt przestaje być szwedzki i w oczach konsumentów jest gorszy.

Płacą wysoką cenę za socjalizm. Volvo nawet te produkowane w Szwecji już dawno nie były szwedzkie, tylko amerykańskie. To lepiej wyposażone fordy ze szwedzką karoserią. Ale Szwedzi kupują, bo produkowany u nich. Jednak nawet amerykanie nie wymyślili sposobu, jak można zarobić na produkcji Volvo, nawet obniżając koszty konstrukcji pojazdów, robiąc z Volvo Forda.

Z Saabem podobnie, ale tej firmy nawet Chińczycy nie chcieli kupić. Gdy już przesądzony był jej los i zapadła decyzja o likwidacji, znalazł się chętny Holender. Wznowił już nawet produkcję.

A po co Chińczykom Volvo? Na pewno nie po to, aby do niego dokładać, jak Amerykanie. Ze względu na związki zawodowe musieli obiecać, że utrzymają produkcję w Szwecji. Jednak nie zadeklarowali, jak długo.

W Chinach ma powstać linia produkcyjna i będą tam powstawać Volvo dla Chińczyków. Volvo dla Europejczyków i Amerykanów wciąż będą robić Szwedzi.

Chińczycy kupili przede wszystkim know-how. 1,8 miliarda dolarów to nie cena za fabrykę , ale oczywiście za logo oraz (a może głównie) za patenty. Chińska motoryzacja zyskała rozwiązania techniczne, nad którymi tamtejsi inżynierowie długo jeszcze musieliby pracować, albo koncerny musiałyby kupować licencje lub gotowe (drogie, bo europejskie lub amerykańskie) podzespoły. Chińskie auta staną się znacznie bardziej innowacyjne, ale wciąż konkurencyjne cenowo.

Teraz mają własną technologię i mogą legalnie wytwarzać u siebie. Nawet, jeśli Volvo wciąż będzie robione w Szwecji, to udział składających się nań podzespołów Made in China będzie rósł, a co za tym idzie koszt produkcji będzie spadał. W dodatku Szwedzi nie przestaną kupować, bo to przecież będzie nadal ich - szwedzkie, najlepsze.

Czy takie Volvo, z zewnątrz szwedzkie, w środku chińskie, będzie rentowne? Może nawet ze względów prestiżowych będzie opłacało się utrzymywać fabrykę w Szwecji. A może zostanie przeniesiona do Polski, Słowacji lub do Rumunii. Jedno jest pewne, Chińczycy nie kupili Volvo po to, żeby do niego dokładać w nieskończoność.

Docelowo nie wiadomo, czym Volvo Made in China będzie się różnić od samochodów chińskich marek.

Na przykład Koreańczycy przez lata pracowali, aby ich samochody zyskały uznanie na świecie, a Chińczycy poszli na skróty i kupili uznaną na świecie markę. Czy chińska taktyka okaże się skuteczniejsza? Może z dnia na dzień nie podbiją naszego rynku, ale stawiam zakład, że za dekadę całkiem sporo będzie chińskich samochodów na naszych drogach. Nawet jeśli nie będą stricte chińskie, to części składowe ich wnętrz bez wątpienia będą wytworzone właśnie tam.

 
 Oceń wpis
   

Nie jest istotne to, że jakąś firmę kupili Chińczycy. Znaczące, że kupili symbol. Bo Volvo to symbol europejskiej motoryzacji i synonim innowacji w motoryzacji.

Volvo nawet jeśli nie wymyśliło, to wprowadziło do seryjnej produkcji wiele nowatorskich rozwiązań. Auta tej firmy znane są z bezpieczeństwa, choć swoją drogą to nie tak trudno sprawić, żeby kierowca, przed którym przed jest półtora metra maski, był bezpieczny. Może dlatego te samochody (szczególnie starsze modele) są takie fajne, bo w swej idei bliskie amerykańskim. Duże z dużymi silnikami o przyzwoitej mocy. Różnica polega na tym, że Szwedzi troszczyli się o to, żeby trzylitrowe silniki były ekonomiczne i jak najmniej szkodziły środowisku, a Amerykanie nie.

Jako nastolatek marzyłem o tym, żeby mieć Volvo. Wtedy nawet najnowsze modele były kanciaste - kanciastość (poza innowacyjnością) było cechą charakterystyczną.

W końcu, po latach, stałem się posiadaczem auta tej marki. Co mi się w nim spodobało? Każdy element wozu miał swoja kontrolkę. Nie sposób było jechać z niedomkniętymi drzwiami nie wiedząc o tym. Nawet brak płynu w spryskiwaczu nie mógł zaskoczyć, bo jego niski poziom był sygnalizowany.
Kierowca powiadamiany był o tym, że przepaliła się któraś z zasadniczych żarówek (co jest o tyle istotne, że kierowcy trudno dostrzec, że nie świecą się tylne lampy).

Bardzo podobało mi się to auto. Ale dość szybko je sprzedałem. Psuło się w nim wszystko w najbardziej nieoczekiwany sposób. Wystąpienie pewnych awarii jest winą użytkownika, bo zaniedbał pojazd. Jednak jeśli auto się psuło kilka dni po tym, jak autoryzowany serwis/osiedlowy mechanik/stacja kontroli (wszystkie warianty przerabiałem) stwierdzali, że auto jest sprawne i nawet w nienajgorszym stanie, to bardzo irytujące.

Na usprawiedliwienie Volvo dodam, że auto to kupiłem z niemałym przebiegiem i niezbyt młode. Ale sądziłem, że jak kupować leciwe auto, to właśnie renomowanej firmy, żeby było jak najmniej niespodzianek.

A od mechaników dowiedziałem się, że tak naprawdę nie mam szwedzkiej maszyny, tylko francuską. Bowiem to Renault obudowany po szwedzku i szwedzką mam tylko karoserię i silnik.Reszta to Renault, bo te firmy wtedy kooperowały ze sobą.

A mój francusko-szwedzki wóz wyprodukowany został w Belgii.

I choć było to w czasach, w których Volvo było szwedzkie, to już wtedy określenia szwedzki samochód nie można było traktować dosłownie. Może zatem nie miało znaczenia, że w 1999 roku firmę kupili amerykanie i rozpoczęła się era Forda w wersji Volvo. Jednak inna jest sytuacja, kiedy wielki i znany koncern motoryzacyjny kupuje innego podupadłego producenta, a inaczej, gdy z braku chętnych kupcem jest firma, która jeszcze dekadę temu produkowała części do lodówek.

Skoro szwedzkie samochody od paru dekad nie są już szwedzkie, to równie dobrze mogą być chińskie. I zupełnie nic takiego się nie stało, poza tym, że to nie tylko zwykła nierentowna firma, ale symbol. Od poniedziałku symbol chińskiej potęgi.

 
 Oceń wpis
   

Pewnego wieczoru usłyszałem dwa wystrzały. Znów sól tej ziemi, nadzieja przyszłych pokoleń, strzela z kapiszonów lub puszcza petardy - pomyślałem.

U mnie na dzielni to dość popularna rozrywka, która nie ma nic wspólnego z Sylwestrem. Na przełomie roku jedynie się nasila, ale ludzie tu lubią sobie postrzelać bez okazji. Jak się okazało nie tylko z kapiszonów.

Parę dni później dowiedziałem się, że wtedy nie słyszałem kapiszonów, tylko prawdziwe wystrzały z prawdziwych pistoletów. Co ciekawe, pojedynek okazał się remisowy. Dżentelmeni, którzy do tego stopnia różnili się w poglądach, że aż została rzucona rękawica, nie żyją. Obaj. Skutecznie się nawzajem postrzelili.

Poruszony takim wydarzeniem na mojej ulicy oczywiście na ten temat zagaiłem rozmowę ze spotkanym w windzie sąsiadem. Ten widząc, że jestem trochę przejęty, stanął na wysokości zadania i uspokoił mnie: Wie pan, to były dranie, naprawdę nie ma kogo żałować.

Od razu spłynął na mnie spokój. W końcu sąsiad dłużej tu mieszka ode mnie (nie wiem, jak długo, ale gdy się wprowadziłem, to już tu był i nawet sprawiał wrażenie zasiedziałego).

Czym ja się przejmuje? - pomyślałem. Naturalna selekcja drani to rozwiązanie... naturalne. Gdyby któryś przeżył, to byłoby gorzej - znaczyłoby, że przetrwał większy drań, czyli postępuje eliminacja miętkich, gorzej strzelających, posiadających gorszą broń, gorszy refleks, itp. Wkrótce zostaną tylko największe dranie.

Tak więc uspokojony tym, że nie trzeba się przejmować strzelaniną, skoro jej efekt jest korzystny dla środowiska naturalnego, żyję sobie spokojnie dalej.

---

P.S. Powyższy wpis dotyczy wydarzeń archiwalnych, ale dopiero po upływie czasu mogę pisać o epizodach z mojego podwórka. A po strzelaninie wydarzyło się jeszcze coś, o czym nie omieszkam niebawem wspomnieć na chocholim blogu.

 
 Oceń wpis
   

Chętnie bym płacił wyższe podatki, żeby nauczyciele mogli więcej zarabiać. Jednak pod jednym warunkiem: ze szkół zniknęliby niespełnieni frustraci a zostaliby tylko superbelfrzy, którym chce się uczyć i mają do tego dar.

Jednak nawet gdyby szkoły dostały dwa razy więcej pieniędzy, to śmiem twierdzić, że nic by się nie zmieniło. Do postawienia takiej tezy skłoniła mnie lektura bloga mojego zacnego kolegi oraz tekstu, który wytropił w mediach, konkretnie w Dzienniku Łódzkim.

To opis zupełnie absurdalnej sprawy. Dla tych, którym nie chciało się kliknąć w linka streszczę w dwóch zdaniach: dziewczyna popadła w nieliche tarapaty, bo ośmieliła się na blogu skrytykować część grona pedagogicznego.

Konkretnie nauczycielkę angielskiego, która zamiast uczyć angielskiego marnowała czas uczniów (i marnowała pieniądze podatników) na opowiadanie o swoich nowych tipsach, golfach, butach i diecie pączkowo-batonikowej.

Gdyby ciało pedagogiczne było takie, na które chciałbym płacić więcej, to nauczycielka angielskiego dostałaby naganę za to, że opowiada dyrdymały zamiast robić to, za co bierze pieniądze. Tymczasem to uczennica ma obniżone zachowanie i grozi jej jeszcze więzienie, bowiem ciało - a raczej cielsko - pedagogiczne złożyło doniesienie do prokuratury. Znieważony został bowiem funkcjonariusz publiczny.

Nie znam tej dziewczyny, nie znam anglistki, nie znam dyrektorki. Ale nawet przyjmując wariant, że nastolatka przegięła z krytyką a nauczycielka obiektywnie jest git, to sposób tłumienia krytyki w tej szkole jest... Nie wiem jak to nazwać, ale kojarzy mi się z totalitaryzmem.

Mało tego, wpisuje się w moje wspomnienia z okresu regularnej styczności z systemem edukacji. Zarówno w mojej podstawówce jak i w liceum ceniony był brak własnego zdania - generalnie myślenie nie było w cenie. Pupilami sporej części nauczycieli byli ci uczniowie, którzy wkuwali na blachę to, co zostało podyktowane i zapisane w zeszycie.

Podczas odpytywania opowiedzenie własnymi słowami o jakimś zagadnieniu było odczytywane jako dowód nieuctwa, a nie dowód zrozumienia tematu. A już posiadanie własnego zdania, odrębnego od tego podyktowanego, to było bliskie bezczelności (podważało opinię nauczyciela).

Nie wspomnę już o nauczycielach, którzy lubili przyłożyć. Co prawda było to w czasach, kiedy jeszcze temat godności dziecka nie był topowy, ale już nie wypadało okładać przy świadkach, więc jegomość zapraszał ucznia na korytarz i tam się z nim rozliczał (podczas lekcji klasy były pełne, korytarze puste, więc tam trudniej było o świadka). Dodam, że ja na szczęście nie oberwałem.

Ale też spotkałem na swej edukacyjnej ścieżce wspaniałych belfrów. Nie wiem, co bym dziś porabiał i kim bym był, gdybym nie trafił na wspaniałego Michała Jarneckiego, zwanego Miśkiem. Nauczyciel z zapałem, globtroter, który o zamierzchłych czasach opowiadał z równym zapałem jak o ostatniej swojej podróży. I można było z nim podyskutować jak równy z równym, bo nie dawał poznać, że wcale nie byliśmy mu równi.

I było jeszcze kilku, ale ci, o których ciepło myślę, to naprawdę niezbyt poważny odsetek wszystkich nauczycieli, których poznałem.

I szczerze, mogę płacić więcej i popierać podwyżki dla nauczycieli, ale niech mi ktoś zagwarantuje, że moi synowi w swoich wspomnieniach będą mieli odwrotne proporcje. A jak dyrektorka ich szkoły się dowie, że zatrudnia kiepskiego nauczyciela, to go zwolni zamiast wsadzać do więzienia ucznia, który nie ceni walorów pedagogicznych tipsiary.

 
 Oceń wpis
   

Różowy jest obciachowy - to nowa (przynajmniej mi wcześniej nieznana) akcja mająca na celu oddodowanie i odrutowiczowanie dziewczynek. Jak pisze Gazeta, to polski odpowiednik brytyjskiej akcji Pink Stinks. Tłumaczenie nie jest dosłowne, bo zdaniem inicjatorek obciach lepiej oddaje ideę akcji niż brzydki zapach.

Oczywiście nie chodzi o niechęć do samego koloru, ale do tego, co ten kolor symbolizuje i z czym się wiąże. Każdy, kto próbował kupić prezent dziewczynce wie, o co chodzi. Niemal nie sposób znaleźć nic poza różowymi lalkami w różowych domkach, które mają słodkopierdzące różowe koniki, których łby (główki?) patrzą na klientów ze sklepowych półek spojrzeniem rozgotowanej ameby skrzyżowanej z dinozaurem.

A dziewczynki chcą takich prezentów, bo takie są reklamowane, takie mają koleżanki i dla nich róż nie jest obciachem, tylko obciachem jest brak pink ponies, najlepiej w każdym rozmiarze, kształcie, płaczące, sikające, rodzące dzieci/źrebaki, itd.

Moimi ulubionymi zabawkami są klocki Lego, póki co jeszcze Duplo, i niestety nawet tu, w seriach adresowanych dla dziewczynek, dominuje kolor różowy.

Jednym z lepszych (tak mi się przynajmniej wydaje) prezentów, który kupiłem siostrzenicy, była ruletka. Obecnie to gra niepoprawna politycznie, ale to było w czasach sprzed afery hazardowej. Gra się podobała, więc jest już nieco zużyta, ale to świadczy tylko o tym, że prezent był trafiony. A przy innych okazjach dawane koniki leżą zakurzone. Bo ile można czesać takiego stwora?

Nie sposób jednak nie kupować takich prezentów - prezent ma cieszyć, a skoro akurat teraz modne są różowe małe lalki, które od wcześniej popularnych dużych różnią się wielkością, to żeby sprawić dziecku radość, trzeba kolejną do kolekcji dorzucić.

Oczywiście to nieprawda, że nie ma innych zabawek dla dziewczynek, ale znacznie trudniej je kupić, a przede wszystkim wychowane w otoczeniu różu nie chcą ich.

Akcja Różowy jest obciachowy skierowana jest przede wszystkim do rodziców, aby dali swoim córkom szansę. Zapewne to bardzo trudne, ale można próbować je tak wychować, żeby idolką nie była Doda, czy nie daj Boże Jola Rutowicz.

A dlaczego warto próbować? Zobaczcie sami (długie to, ale dla Jana Nowickiego warto):

 
 Oceń wpis
   

Śledząc wydarzenia polityczne ostatnich tygodni można odnieść wrażenie, że nic zupełnie w kraju się nie dzieje poza tym, że w PO decydują, kto będzie prezydentem RP.

Platformeskie prawybory są bowiem tak zręcznie sprzedawane, że można odnieść wrażenie, że to już wybory. Media zostały nimi zdominowane i mniej zorientowany odbiorca może sądzić, że poza Komorowskim i Sikorskim nie ma w kraju innych kandydatów na najwyższy urząd.

I o to właśnie chodziło PO.

Chodziło o to, żeby nie było Lecha Kaczyńskiego, żeby nie było Olechowskiego, żeby nie było Szmajdzińskiego (który swoją drogą jest tak, jakby go nie było), żeby nie było Nałęcza (którego jakby bez wysiłków PO nie ma) i żeby byli tylko Komorowski z Sikorskim.

Przedwyborczą akcję Platformy uważam za mistrzostwo PR-u. Skoro media przez kilka tygodni, czy nawet miesięcy będą odmieniać przez wszystkie przypadki nazwiska Sikorski i Komorowski, to w końcu każdy dowie się, kim są. A głosować można tylko na tego, kogo się zna. Rozpoznawalność jest więc rzeczą kluczowa, a jak pokazują badania, większości polityków ludzie jednak nie kojarzą.

Pomysł z prawyborami jest trafiony w dziesiątkę. Aby koncept się nie znudził, do podgrzewania atmosfery zatrudniony został agent specjalny Palikot. Swoją robotę ma do wykonania również Rostowski, który musi mówić, że reformator i wybawca kraju Tusk nie może robić reform, a nawet nie może zacząć ich planować, bo zły prezydent nie powiedział, że nie poprze reformy polegające na nie-wiadomo-czym.

Ludzie prezydenta nie śpią i tym razem ich reakcja była świetna. Polecam lekturę wywiadu z Pawłem Wypychem, który celnie, merytorycznie, bez zacietrzewienia punktuje Rostowskiego. Rozmowa nie jest krótka, ale proszę przeczytać całą. Warto!

Gdyby zawsze szeroko pojęty obóz PiS-u stosował taką taktykę - spokojnego obnażania miałkości obecnego rządu - to śmiem twierdzić, że słupki w sondażach wyglądałyby inaczej niż dziś.

Bo można się zgodzić z argumentami Wypycha, który spokojnie tłumaczy, dlaczego prezydent nie mógł powiedzieć Rostowskiemu tak. Nie obraził on przy okazji połowy społeczeństwa, nie powiedział, że kto myśli inaczej, ten jest agentem, gejem, komuchem, złodziejem czy innym połamasem, a mimo to zręcznie wykazał, że nie ma żadnego sensownego planu reformy finansów.

Gdyby z niego przykład wzięli koledzy z PiS-u i sam wódz-prezes, to daliby szansę Lechowi Kaczyńskiemu. A żeby się liczyć w najbliższych wyborach, bardzo on jej potrzebuje. Szansę może dać mu jego własny obóz, czyli musi przestać go niszczyć, a zacząć wspierać w budowaniu wizerunku osoby, która otacza się nie oszołomami, ale osobami trzeźwo patrzącymi na sytuacje kraju i rząd Donalda Tuska.

Jeśli wywiad z Pawłem Wypychem to dobry początek nowego, to wybory będą ciekawe. Jeśli to tylko wypadek przy pracy i wszystko wróci do znanej nam normy, to bez instytutów badawczych wiem, kto będzie prezydentem.

 

 
 Oceń wpis
   

Nie czytałem jeszcze Kapuściński non fiction, ale przecież nie rzecz nowa, że się pisze o czymś, czego się nie zna :) Wysłuchałem natomiast część rozmowy w Trójce z autorem Arturem Domosławskim i bardzo wiele pytań mi się zrodziło.

Kapuściński ponoć wymyślał bohaterów swoich reportaży. Opisywane postacie często były syntezą różnych wielu spotkanych osób, ale o tym w publikacjach nie wspominał.

I co o tym sądzić? Domosławski mówił, że błędem jest traktowanie książek Kapuścińskiego jako literatury faktu z naciskiem na to drugie. To po prostu dobra literatura, a nie reportaż.

No i niby sprawa rozwiązana. Jednak Ryszard Kapuściński jest traktowany jako ikona reportażu. Nie jako pisarz, ale jako dziennikarz. Przecież kolejne pokolenia dziennikarzy uczą się na Kapuścińskim, a tu się okazuje, że nie powinni.

Jednak z drugiej strony, czy opisując jakąś sytuację przez pryzmat fikcyjnych postaci, pisze nieprawdę? A może właśnie dzięki takiemu zabiegowi lepiej widać prawdę? A może wcale nie zależało mu na pokazaniu prawdy?

Słuchając programu przypomniała mi się opowieść o jednym z wydawnictw tygodników, dwutygodników i miesięczników z niższej półki dla kobiet. Wiele z nich miało w tytułach życie. Że to niby samo życie, że z życia wzięte, i tym podobne.

Wszystkie opisane tam historie były jednak wymyślone. Grono współpracowników pisało je na zamówienie. Były to opowiadania, nowele, ale sprzedawane jako reportaże. Zdjęcia pochodziły z agencji lub były zamawiane pod konkretny tekst. Osoby z castingów pozowały jako ofiary przemocy w rodzinie, oszukanych, szczęśliwych wygranych w loterii, etc.

Jednak w jednym z tytułów wydawnictwo postanowiło wprowadzić zmianę. Zamówiło prawdziwe reportaże. Nie uprzedziło jednak korekty, że to są teksty o prawdziwych ludziach. Ta wyćwiczona na starych zasadach pozmieniała nazwiska (bo te oryginalne jakoś źle się czytało), zmieniła nazwy miejscowości (bo to mało prawdopodobne, żeby taka historia wydarzyła się w dużym mieście, trzeba ją było przenieść do małej mieściny, żeby była bardziej prawdziwa).

W żadnym numerze nie było oznaczenia, która opowieść jest prawdziwa, a która to literatura. Pod zdjęciami nie było informacji, czy to wynajęty do pozowania człowiek, czy prawdziwa pani X z panem Y.

Nie wiem, czy czytelniczki kupowały te czasopisma, bo chciały poczytać, jakie problemy mają inny ludzie, czy kupowały, bo są tanie, a lubią coś tam cokolwiek poczytać.

Co ta historia ma do Kapuścińskiego? Może go lubimy, bo lubimy czytać dobre rzeczy i nawet nie zastanawiamy się, na ile są prawdziwe? Są dobrze napisane i to nam wystarcza? A odrobina ściemy? Skoro służy jakości dzieła, to może nie zaszkodzi?

Nie wiem, jak na te pytania odpowiedzieć.

Czy ciekawsze są gorsze teksty, ale prawdziwsze?

P.S. A propos ściemy, to zdarzało mi się z łapanki pisywać horoskopy (w normalnej gazecie, gdzie wszystko było prawdziwe, poza horoskopami, które pisywali lub zlecali napisanie wydawcy). Nie znam się na horoskopach i nie wiem, czym te zmyślane różniły się od pisanych przez zawodowych pisaczy horoskopów. Jednak taka sytuacja miała duży plus. Gdy ja je pisałem, to Koziorożce zawsze miały dobre perspektywy :)

 
 Oceń wpis
   

Skoro Gazeta Wyborcza - jakby nie było największy polski dziennik - uprawia kryptoreklamę, to strach pomyśleć, co się dzieje w mniejszych i biedniejszych mediach! Nie mogę powiedzieć, że lubiłem Wyborczą, ale żyłem w przekonaniu, że to profesjonalnie robiona gazeta. Właśnie za profesjonalizm i niezależność ją ceniłem.

Niezależność rozumianą nie jako bezstronność, ale jako sytuację, w której redakcja ma komfort samodzielnego ustalania linii programowej. A dziś z Pressa dowiedziałem się, że wcale nie samodzielnego. Niezależność Wyborczej można kupić za 60 tysięcy złotych. Dużo? Z jednej strony sporo pieniędzy. Jednak jeśli spojrzeć na to, jak na cenę niezależności, to muszę stwierdzić, że Wyborcza oddała się niemal za darmo.

W branży głośno jest o jednym dzienniku (nie będę wymieniał tytułu, bo nie mam tego udokumentowanego a też nie mogę się powołać na żadne wiarygodne źródło), w którym na treści redakcyjne nie mniejszy (jeśli nie większy) wpływ od redaktora naczelnego ma dział reklamy. Ale żeby tak było w Wyborczej? Dla mnie to szok.

Cała historia polega na tym, że teksty sponsorowane nie były oznaczone jako sponsorowane. Press w swojej publikacji podkreśla aspekt etyczny. W moim odczuciu, to też złamanie prawa, bo prawo prasowe nakazuje oznaczanie treści reklamowych od redakcyjnych (ale czy Agora rzeczywiście złamała prawo, nie ośmielę się przesądzać - może mój zacny towarzysz prawnik się wypowie?). Towarzysz Rednacz - na szczęście - nie ma żadnych wątpliwości.

Jeśli kupione teksty byłyby oznaczone jako sponsorowane, wcale nie byłoby tematu. Każde wydawnictwo ma prawo i powinno na siebie i swoich właścicieli zarabiać, ale w sposób uczciwy.

Nie uważam, aby polskie prawo prasowe było dobre. Jednak zapisów o oddzielaniu treści kupionych będę bronił. Ich intencją jest to, aby czytelnik wiedział, co czyta.

A najgorsze jest to, że Wyborcza straciła wiarygodność. Przez to, że Wajrakowi kazała napisać tekst na zlecenie o Puszczy Białowieskiej, to ja teraz nie wiem, jaką on i Gazeta mieli motywację, żeby bronić Doliny Rospudy. Skąd mam wiedzieć, że jakaś firma, czy jakiś minister nie zapłacili, żeby zmienić przebieg drogi?

Od dziś będę uważniej czytał teksty w Wyborczej. Za każdym razem będę się zastanawiał, czy czasem ktoś za dany tekst nie zapłacił.

Ale za to poznałem cenę wiarygodności. Wyborczej wystarczyło 60 tysięcy złotych, aby ją sprzedać.

 





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.