rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Kierowca zatrzymany do rutynowej kontroli wypada z samochodu po otwarciu drzwi, które podpierały jego bezwładne ciało. Jest jednak na tyle trzeźwy, że podaje policjantom dokumenty. Te są w porządku, więc funkcjonariusze drogówki pomagają nieszczęśnikowi wsiąść do auta. Ten nie jest w stanie trafić kluczykiem w stacyjkę, więc życzliwi stróże prawa pomagają mu odpalić samochód i życzą szerokiej drogi.

Nie kazali mu dmuchać w balonik, bo nie muszą. Wprowadzenia obowiązku sprawdzania alkomatem każdego kierowcy przy każdej kontroli dopiero domaga się platformerski poseł Henryk Siedlaczek.

A skoro się domaga, to znaczy, że policja nie sprawdza kierowców. Stąd wnoszę, że rutynowe kontrole wyglądają tak, jak opisana na wstępie. Jak się policjantowi zachce, to sprawdzi, jak nie, to nie - pozwolą pijanemu jechać dalej.

Nie jest bowiem możliwe, że policjant pracujący w drogówce nie pozna po kilku chwilach rozmowy, że zatrzymany jegomość jest pod - choćby niewielkim - wpływem.

A nawet jeśli nowy przepis zostanie wprowadzony, to nie wierzę, że przyniesie on jakiekolwiek pozytywne efekty. Po pierwsze dlatego, że na jednej zmianie partol skontroluje mniej kierowców, bo kontrole będą dłuższe a po powrocie na komisariat dłużej trzeba będzie się rozliczać z użycia alkomatu.

Nietrzeźwi nie przestaną z powodu pomysłu posła Siedlaczka wsiadać za kółko także dlatego, że co ich obchodzi, czy kontrola trzeźwości jest obowiązkowa czy uznaniowa, skoro są przekonani, że wcale nie zostaną zatrzymani do kontroli!

Patroli - poza szczególnymi akcjami - jest tak mało, że można przejechać kraj nie fatygowanym przez drogówkę wzdłuż i wszerz, po drodze wytrzeźwieć, napić się i znów wytrzeźwieć.

Regularnie zdarza mi się jeździć przez pół dużego miasta w piątki, w godzinach wieczornych i nawet późno wieczornych. Przejeżdżam przez centrum miasta i tym samym przez centrum gastronomiczno-rozrywkowe. I przez ostatnich kilka lat nie tylko nie zastałem ani razu zatrzymany do kontroli, co ani razu nie widziałem patrolu.

Więc naprawdę jest mi obojętne, czy patrol, którego nie ma, ma obowiązek skontrolować moją trzeźwość, czy nie.

Z jeżdżeniem pod wpływem alkoholu jest jak z każdym innym przestępstwem bądź wykroczeniem. Skoro przestępca ma przekonanie, że nigdy nie zostanie złapany, to nie odstraszy go ani wysokość kary, ani dodatkowe obowiązki nakładane na policję.

Z innej beczki: czy wprowadzenie domniemania, że każdy kierowca jest pijany, oznacza, że państwo ma prawo dowolną grupę społeczną potraktować jak domniemanych przestępców? Czy kolejnym krokiem nie będzie wprowadzenie zasady, że każdy pijak to złodziej? Konieczne stanie się wprowadzenie obowiązku rewizji mieszkania każdego zatrzymanego nietrzeźwego obywatela w celu sprawdzenia, czy nie przetrzymuje fantów! 

 
 Oceń wpis
   

Znów robi się głośno o kredytach hipotecznych banków należących do BRE. Tym razem szczęśliwi i zawsze zadowoleni klienci szykują się, aby pozwać wyżej wymienione do sądu.

Jeśli im się uda, to będzie niezły, widowiskowy początek pozwów zbiorowych w Polsce. Składać takie będzie można od lipca i zapewne do tego czasu klienci zdążą się zorganizować. Ot, potęga internetu. Łatwo zebrać chętnych i zaszkodzić - choćby tylko wizerunkowo - nawet potężnej instytucji.

Zadyma trwa, a ja się zastanawia, o co chodzi BRE Bankowi. Mógłby troszkę ustąpić, obniżyć oprocentowanie kredytów do poziomu niższego od obecnego, ale jednak wyższego niż u konkurencji i miałby spokój. Zarobek by miał, a klienci nie robiliby zadymy.

Tymczasem rozsyła klientom nową niby superofertę. Super w niej jest jedynie to, że są preferencyjne warunki aneksu do umowy (brak opłat) oraz lepsze od normalnych warunki ewentualnego przewalutowania.

Jednak rzecz rozbija się o oprocentowanie. A to proponują zbójeckie. Niby warunki jasne, bo marża banku plus w zależności od waluty LIBOR, EURIBOR lub WIBOR, a nie jak dotychczas widzimisię zarządu banku. Ale rzecz w marży.

Może teraz marża w kredycie frankowym na poziomie 2,5 procent to norma, ale gdy w 2006 roku klienci je zaciągali, to banki proponowały marże na poziomie jednego procenta.

Gdyby od ówczesnej oferty odjąć LIBOR, to właśnie wyszłoby, że Multibank i mBank zadowalały się zarobkiem jednoprocentowym.

Nie rozumiem też, dlaczego bank przedstawił klientom tak obłudną ofertę. Gdy z niej skorzystają, będą mieli dziś ratę niższą dajmy na to o 100 złotych. Jednak dziś LIBOR 3M jest niski - wynosi poniżej 0,3 procent.

Co jednak będzie, gdy wzrośnie do 2 procent? Okaże się, że klienci zadłużeni we frankach będą mieli oprocentowanie wyższe niż obecne kredytów złotowych i znów będą się buntować i poczują się po raz drugi nabici w butelkę.

O to chodzi bankom z grupy BRE? Nie wiem, ile wart jest wizerunek - to niepoliczalne - ale szykując taką ofertę bank może wiele stracić i to na lata. Czarny PR robiony w internecie przez rozczarowanych klientów pozostanie na długo i każdy potencjalny przyszły klient dwa razy się zastanowi, zanim skorzysta z usług. Chyba, że nie wrzuci w googla BRE, mBank, czy Multipbank. Ale takich coraz mniej.

Zastrzegam, że ten wpis nie ma nic wspólnego z obiektywizmem. Jako klient ze starego portfela nie potrafię nabrać dystansu. Jednak nie dymię na forach, nie zakładam stron, nie przyłączę się też do pozwu zbiorowego. Wiedziałem jaką umowę podpisuję i teraz z zaciśniętymi zębami się z niej wywiązuję.

Jednak nie życzę sobie, żeby bank przysyłał mi takie propozycję zmiany zasad oprocentowania kredytu, jak przysłał i jeszcze wmawiał mi, że to dla mnie korzystne. To mnie po prostu obraża. Poza wpisem na bblogu, sprowokowanym tym artykułem, nie zamierzam odpowiadać na super oferty banku.

Przyjąłem inną taktykę: przeczekam. Sytuacja na rynku kredytowym kiedyś wróci do normy. Wtedy inne banki znów będą mnie kusić, abym wziął kredyt u nich. Poszukam najlepszego i zmienię bank. Może istnieje taki, który nie wykorzystuje trudnej sytuacji na rynku, aby wycisnąć jak najwięcej z klientów? A jeśli nie? Wtedy pozostanę wierny mojemu bankowi. Ale jeszcze tylko przez 26 lat. I ani roku dłużej, niech sobie nie myślą!

 
 Oceń wpis
   

Wprowadzenie zakazu palenia w pubach, restauracjach, knajpach i innych klubokawiarniach to łamanie praw palaczy - argumentują zwolennicy dymka. Skoro papierosy są legalne, to nie powinno się ograniczać praw palaczy - dowodzą również.

Gdzie było ich oburzenie, gdy wprowadzano zakaz picia również legalnego alkoholu pod chmurką? Dlaczego podoba im się to, że palacze od pijących mają lepiej? Choć palić nie można wszędzie, to wszędzie można wyroby tytoniowe nabyć. Można je kupić nad jeziorem, przy kościele, obok szkoły a nawet na dworcu kolejowym. A alkoholu nie.

Pijący są bardziej szykanowani, a nikt nie staje w ich obronie. Gdy uchwalane są kolejne obostrzenia przepisów, nie słyszy się o posłach zgłaszających łagodzące poprawki. A przecież picie jest mniej uciążliwe dla otoczenia, bo opróżniając kieliszek przy barze nie truję nikogo poza sobą, a wypalając papierosa jak najbardziej.

Dlaczego zatem szykany wobec palaczy napotykają na opór, a pijących można dręczyć?

Odpowiedź na to pytanie może okazać się prosta: czyżby ustawodawca działał na zasadzie skoro dużo płacisz - możesz wymagać, albo inaczej: nasz klient - nasz pan. Palacze w minionym roku zapłacili rządzącym 14,5 mld zł, a pijący ledwie 10 miliardów. To wpływy z akcyzy od wyrobów nikotynowych oraz suma wpływów z akcyzy od piwa wina i wódki.

Podobnie jak w sklepie lub barze: lepiej traktowany jest stały klient, który zostawia 150 złotych od tego, co płaci 100 zł (oczywiście nie sugeruję, że Sejm to sklep z ustawami). Nawet jeśli ten pierwszy gorzej pachnie, to może liczyć na specjalne względy.

Żeby pijący mogli wymagać takiego traktowania jak palacze, muszą więcej pić. Tak o połowę więcej. Jak z ich picia budżet zyska jeszcze z pięć miliardów złotych, wtedy może liczba obrońców praw pijących wzrośnie i posłowie koalicji rządzącej zaczną zgłaszać poprawki łagodzące surowe prawo antyalkoholowe.

Zatem: zdrowie posłów i za pomyślność budżetu!

 
 Oceń wpis
   

Cieszy, że urzędnicy potrafią wyjść poza sztampę. Zamiast drukować ulotki, których nikt nie czyta, forsuje swoje idee tak, aby trafiły do jak najszerszych kręgów. Przynajmniej tak działa Ministerstwo Edukacji Narodowej - postanowiło promować przedszkola w popularnych serialach. Ich bohaterowie będą przekonywać, że edukacja maluchów jest potrzebna.

Resort szczególnie chce dotrzeć do rodziców spoza dużych aglomeracji i zmieniać ich nastawienie do placówek oświatowo-wychowawczych. Pomysł, aby zrobić to przez seriale - M jak miłość ogląda nawet dziewięć milionów osób - wydaje się świetny i wart trzech czwartych miliona złotych (roczny koszt utrzymania przedszkola na sto dzieci).

Urzędnicy jednak nie odpowiedzieli sobie na zasadnicze pytanie: po co to robić?

Według PWN-u promocja to działania zmierzające do zwiększenia popularności jakiegoś produktu lub przedsięwzięcia. Jednak jaki jest sens zwiększania popularności produktu deficytowego?

Dotychczas promocje deficytowych towarów były specjalnością dużych sieci handlowych z elektroniką i sprzętem AGD. Wydają one sporo pieniędzy, aby potencjalni klienci dowiedzieli się, że jest promocja na telewizory. Nie dodają tylko, że te tanie są dwa.

Sensem takiego działania jest ściągnięcie ludzi do sklepu z nadzieją, że jeśli nie będzie telewizora za półtora tysiąca, to może kupią inny za dwa i pół. I chyba musi to działać, skoro takie chwyty stosują od lat.

Jeśli promocja MEN-u wygląda analogicznie, to czemu ma służyć? Po co wzbudzać zainteresowanie rodziców systemem edukacji przedszkolnej? Żeby się dowiedzieli, że nie ma w nim miejsca dla ich dzieci?

Wychodzi na to, że to kampania na rzecz prywatnych placówek. Przekonani przez seriale rodzice przy próbie zapisania dziecka do przedszkola nabędą wiedzę, że mogą liczyć tylko na prywatne placówki za 900 złotych miesięcznie, bo w publicznych za 400 nie ma miejsc. Co któryś rodzic się skusi i biznes będzie się kręcił.

Nasuwają się kilka wątpliwości: dlaczego prywatne przedszkola promowane są za pieniądze podatnika? Czy MEN rzeczywiście chce płacić za to, żeby serialowa Baśka czy Małgosia z M jak miłość powiedziała mężowi: Wiesz, ta sąsiadka, która zapisała dziecko do przedszkola, to ma szczęście! Kilka osób zrezygnowało i w kolejce ze 169 miejsca przesunęła się na 148.

- O to super, rzeczywiście szczęściara. A ile jest wolnych miejsc w tym przedszkolu?

- Czternaście.

 





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.