rzecz o polityce, gospodarce i życiu naszym codziennym
 Oceń wpis
   

Ze zdumieniem wysłuchałem wczoraj w radiowym serwisie informacyjnym relacji z protestu artystów przed Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Tancerze domagali się, aby 40-letnie tancerki i 45-letni tancerze mogli przechodzić na garnuszek podatników.

To żądanie nawet mnie nie zdziwiło - każda grupa zawodowa domaga się prawa do wcześniejszej emerytury, bo każda uważa, że ma pracę bardziej męczącą niż inni. Sprawę rozwiązałby obowiązek przechodzenia na emeryturę w wieku 40 lat. I koniec z protestami, dyskusjami, dyskryminacją mężczyzn, tancerzy, górników, policjantów, żołnierzy, krawców, piekarzy, nauczycieli, hutników, itd.

Na razie jednak żaden rząd na wprowadzenie tego słusznego prawa nie zdecydował się i nie wiem dlaczego.

Co prawda parę lat do czterdziestki mi zostało, ale jakoś tam się doczołgam do zasłużonej emerytury.

Wracam jednak do protestu tancerzy. Domagali się nie tylko kasy, ale także bronili abonamentu radiowo-telewizyjnego. Naturalne - pomyślałem - że bronią TVP, bo bez abonamentu nie będzie w telewizji baletu. Nie wygra on walki o oglądalność z tańcami na lodzie, a nie każdy baletowy tancerz ma łyżwy (a swoją drogą, to czemu w TVP nie ma baletu, a są tańce na lodzie?).

Ku mojemu zdumieniu nie chodziło im jednak o telewizję, tylko kierowała nimi troska o radio! Jak to jeden z protestujących ujął, likwidacja abonamentu to zamordowanie radia publicznego.

I przyznam szczerze, że od wysłuchania tego newsa nie jestem już sobą. Coś we mnie pękło, zmieniłem się, apetyt mam jakby mniejszy.

Nie znam się na kulturze wysokiej, fanem baletu nie jestem, w środowisku artystycznym nie obracam się. Jednak spróbowałem wczuć się w rolę tancerza i naprawdę nie wiem, dlaczego tak bardzo bronią radia. Gdybym był tancerzem i miał występować w mediach publicznych, to jednak wybrałbym telewizję.

Nie sądzę, aby w radiu były wyższe gaże niż w telewizji. A czy to taka atrakcja dla tancerza, żeby być słuchanym przez miliony odbiorców?

Muszę to jeszcze wszystko dokładnie przemyśleć. Sprawdzę, może dziś w Programie II Polskiego Radia puszczą jakiś niezły balet. Posłucham, ukulturalnię się i lepiej zrozumiem tancerzy.

 
 Oceń wpis
   

Jaki sens może mieć reforma polegająca na przekształceniu szpitali w spółki, w których sto procent udziałów będą miały samorządy? Żaden problem nie zniknie, za to wszystkie zostaną zepchnięte szczebel lub dwa szczeble niżej i od razu rząd będzie miał lepszy PR.

Wyniesienie zbuka z kuchni i schowanie go do szafy w przedpokoju nie sprawi, że przeterminowane jajko stanie się jadalne. Zmienimy tylko miejsce, z którego nieciekawy zapach się roznosi.

To właśnie Platforma zamierza zrobić ze szpitalami. Wypowiedzi polityków rządzącej partii tak brzmią po przetłumaczeniu z języka polityki na język polski: Nie mamy ani odwagi, ani pomysłu na reformę służby zdrowia, a trzeba coś zrobić, bo sytuacja jest zła. Pozbędziemy się więc szpitali. Damy je samorządom - rząd będzie miał czyste ręce, a niech lokalne władze się martwią, skąd wziąć pieniądze na ich funkcjonowanie, na spłatę długów, niech też pertraktują ze strajkującymi pracownikami, a jeśli uznają za stosowne, niech zlikwidują szpital.
Klikając tutaj, przeczytasz tę wypowiedź w oryginale (para cyników w akcji, czyli wypowiedzi Ewy Kopacz i Zbigniewa Chlebowskiego).

Jestem ogromny zwolennikiem przekazywania władzy samorządom - z reguły wiedzą lepiej, co potrzeba mieszkańcom niż władza centralna. Jednak pomysł przekazania szpitali w takim stanie samorządom, jest po prostu świństwem. Co taki marszałek, starosta, czy prezydent ma z nimi zrobić? Zaniechać budowy i remontu dróg i całą kasę pakować w dofinansowanie szpitali? Zabrać pieniądze szkołom?

W wielu województwach i powiatach jest zbyt wiele szpitali i część trzeba zlikwidować. Jednak skoro do dziś nikt nie miał politycznej odwagi tego uczynić, to ma na to zdobyć się starosta?

Taki szpital, choć zaniedbany i niedofinansowany, to miejsce pracy wyborców. Są powiaty, gdzie to największy pracodawca. Mieszkańcy mają też złudne poczucie bezpieczeństwa. Taka placówka w okolicy niby zapewni im pomoc w razie czego, choć w rzeczywistości na poważniejsze zabiegi i tak są transportowani do lepszych szpitali, które mają sprzęt i odpowiednią kadrę.

Nie widzę najmniejszej szansy na to, że samorządy zreformują sieć szpitali na swoim terenie. Pomysłodawcy przekazania im placówek też nie są naiwni. Ale nieźle to wykombinowali - niech samorządy się martwią i spłacają długi - a oni na pytania dziennikarzy będą mogli odpowiadać, że problemy szpitali to nie jest sprawa rządu, proszę pytać samorządowców, dlaczego sytuacja jest taka zła. Rząd się troszczy, przygląda sytuacji, ale przecież nic nie może zrobić!

 
 Oceń wpis
   

Mamy bardzo dobrą konstytucję! O tym, że jest bardzo dobra świadczy fakt, że nie podoba się nikomu. Nie ma dla niej lepszej rekomendacji.

Gdyby bowiem ustawa zasadnicza w stu procentach spełniała oczekiwania jednej siły politycznej, byłaby konstytucją dla jednej opcji. A powinna być dla wszystkich, nie tylko dla wszystkich polityków, ale dla wszystkich obywateli.

Skoro ma być dla wszystkich, to oznacza, że musi być efektem kompromisu, a zatem nikt nie jest z niej w pełni zadowolony, ale jednocześnie ma taki kształt, który wszyscy są skłonni zaakceptować z często mniejszym niż większym entuzjazmem, a najczęściej bez entuzjazmu.

Wolałbym nie doczekać chwili, kiedy ktoś powie: mamy idealną konstytucję. A jeśli powiedziałby to szef którejś partii, oznaczałoby to, że doczekaliśmy się konstytucji napisanej pod jedną partię.

Dlatego nie chcę konstytucji tuskowej, ani nie chcę kaczyńskiej. Chcę ułomnej, niczyjej, czyli wspólnej!

Irytują mnie głosy namawiające do poprawiania konstytucji pod obecny układ polityczny - skoro premier drze koty z prezydentem, to trzeba jednemu zabrać władzę, a drugiemu dać - albo odwrotnie, zależy, czy o zmianach mówi obóz rządowy, czy prezydencki.

Przecież przeżyjemy Tuska, przeżyjemy Kaczyńskich, a konstytucja zostanie. Specjalnie władza została podzielona między premiera a prezydenta, żeby żaden nie mógł zbyt mocno nabałaganić. Oczywiście możliwa jest pełnia władzy wykonawczej, gdy oba urzędy obsadzi jedna opcja polityczna lub nawet jedna rodzina.

Jedno i drugie się już zdarzyło i to całkiem niedawno. Jednak o ile układ rodzinny się sprawdzał, to układ partyjny już niekoniecznie. Duet Kwaśniewski-Miller nie był - delikatnie mówiąc - idealny. Nie wystarczy pochodzić z jednej partii - w każdej są jeszcze frakcje, które najczęściej ze sobą skrycie lub jawnie rywalizują.

Tak więc poza układem rodzinnym, który nieczęsto w historii się zdarza, na linii prezydent-rząd często iskrzy i mało tego, iskrzyć powinno! Kto bowiem powiedział, że sprawowanie władzy ma być komfortowe? Im mniej komfortowe jest tym lepiej dla obywateli. Władza demoralizuje, władza absolutna demoralizuje absolutnie - rzekł lord Acton i wiedział co mówi.

Polska konstytucja była pisana pod polskich polityków - na wszelki wypadek nie można dać pełni władzy jednemu.

Czy trudno sobie wyobrazić, że premierem zostaje imbecyl? A gdybyśmy mieli system kanclerski i nikt nie przeszkadzałby mu w realizacji chorych wizji?

A gdybyśmy mieli prezydenta - zakompleksionego, niezrealizowanego frustrata, który chciałby się wyżyć za wszystkie niepowodzenia? Co by się działo, gdyby obowiązywał system prezydencki?

Wcale mnie nie roztkliwia utyskiwanie Tuska i jego ekipy, że nie mogą nic zrobić, bo prezydent zawetuje. Dlatego na wszelki wypadek nic nie robią. A co szkodzi przygotować projekt ustawy i zanim zgłosi się go pod obrady Sejmu, pójść z nim do prezydenta, zaprezentować i zapytać, jakie zmiany wprowadzić, żeby ustawa zyskała poparcie głowy państwa?

To się nazywa: negocjacje. Jeśli przyniosą efekt, to mamy do czynienia z kompromisem. (Dla obecnych polityków to trudne słowa, dlatego wyjaśniam ich znaczenie.)

Jeśli nie można dogadać się z prezydentem, rząd może negocjować z lewicą, aby ta zagłosowała za odrzuceniem prezydenckiego weta. Tak czy inaczej może powstać prawo, które nie zadowoli w pełni Platformy i PSL, ale po części zadowoli zwolenników PO, PSL, SLD, a w pierwszym scenariuszu zadowoli PO, PSL, zwolenników prezydenta, a więc w dużej mierze i PiS-u. W efekcie mamy prawo, które ma znacznie szersze poparcie, choć nie spełnia w stu procentach oczekiwań jednej opcji.

Na tym polega demokracja.

I już.

Skoro politycy nie potrafią się poruszać w ramach zasad nakreślonych przez obecną konstytucję, to nie będą potrafili także odnaleźć się w zasadach zmienionej konstytucji (jeśli nie daj Bóg do zmiany dojdzie).

Bo tak między Bogiem a prawdą, czy system kanclerski nadaje się dla Tuska? Dobry byłby dla Millera, Buzka, itd.? A czy prezydencki nadałby się dla Kaczyńskiego? A może dla Kwaśniewskiego lub Wałęsy? O pierwszego prezydenta III RP pytać nie będę.

 
 Oceń wpis
   

Bardzo pocieszający jest fakt, że poprawność polityczna jest tak głęboko zakorzeniona wśród blogerów na bblog.pl oraz wśród osób zaglądających tu przypadkiem bądź z sympatii, a nawet wśród wszystkich Polaków - co wykazały badania. Nikt - słownie nikt - nie chce, aby na znakach drogowych, tak jak obecnie, dominowali mężczyźni!

Przecież idący mężczyzna, który symbolizuje przejście dla pieszych, to jawna dyskryminacja kobiet. Dlatego właśnie - w ramach równouprawnienia - na znakach powinny się pojawić kobiety. Przecież one także są uczestniczkami ruchu drogowego. Dlaczego mężczyźni mają im oznajmiać, że tu jest przejście drogowe, a tu roboty drogowe, a tam miejsce parkingowe dla niepełnosprawnych?

Osoby, które to czytają, a nie wiedzą, o co chodzi, to koniecznie muszą przeczytać poprzedni wpis (kliknąć powinny tutaj).

Żeby dowieść, iż nie tylko bblogerzy, ale także w ogóle Polacy są przeciwni dyskryminacji płci, a także dyskryminacji rasowej oraz religijnej, przeprowadziłem badania socjologiczne na reprezentatywnej próbie Polaków.

Okazało się, że nikt, absolutnie nikt, nie chce utrzymania obecnej konwencji, która zakłada obecność facetów na większości znaków drogowych. Wśród badanych, nikt nie odpowiedział, że chce, aby znaki pozostały bez zmian!

To rewelacyjny wynik!

Mało tego, bardzo długo 100 procent badanych uważało, że najtrafniejszą odpowiedzią na pytanie, Czy znaki drogowe powinny ulec zmianie?, jest odpowiedź: Jeśli nowe znaki będą tak ładne, jak je zaprojektował Chochoł, to koniecznie trzeba szybko je wprowadzić.

Niestety później w ankiecie na moim blogu zagłosowała szósta osoba i wynik radykalnie uległ zmianie.

Z czasem było coraz gorzej, aż w końcu doszło do takich wyników:



Mimo że 100 procent badanych nie uznało znaków mojego autorstwa za jedyne godne wprowadzenia, to i tak bardzo mnie cieszy, że nikt nie chciał, aby obecne pozostawić bez zmian.

Świadczy to tylko o tym, że nasze społeczeństwo jest świadome rachunku krzywd, jakie przez minione lata błędów i wypaczeń doświadczyły kobiety, mniejszości religijne oraz rasowe.

Proszę zauważyć, że nikt też nie chce, aby na znakach były po prostu kobiety. Społeczeństwo chce także różnorodności religijnej oraz rasowej.

Nie ma lepszego dowodu na zmianę świadomości Polaków. Możemy być wzorem nawet dla najbardziej tolerancyjnych krajów Europy, nawet Amerykanie powinni nam się kłaniać w pas.

Ze wstydem przyznam się, iż obawiałem się, że w badaniu z 80 procent albo i więcej będzie za tym, aby zachować znaki bez zmian. Wstydzę się, że posądzałem moich rodaków o inklinacje do takiego wstecznictwa i takiej zaściankowości.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 30.04 - 04.05 na reprezentatywnej próbie 23 Polaków, którzy zechcieli wziąć udział w sondażu na chochol.bblog.pl :)

 





Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:20
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
Od różowej lalki przez tipsy do Joli Rutowicz
pozdrowienia :)
 
2013-12-22 00:28
sw-elzbieta.com do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
:)
 
2013-11-08 23:10
Arecki1 do wpisu:
6-latki do szkół. Zwierzenia wkurwionego rodzica
realnie, to zwolni 1/3 miejsc w przedszkolach + Szkoła jest bezpłatna + reszta wyjdzie w praniu.